— Tomas, to ja, Elszabet. Słyszysz mnie przez te słuchawki, prawda? Przyszłam tylko się dowiedzieć, co u ciebie.
— Wszystko w porządku, gracias — odpowiedział nie otwierając oczu i poruszając wciąż rytmicznie ramionami.
— To świetnie. Czego słuchasz?
— To modlitwa do Maguali-ga.
— Nie znam, co to jest? Starożytna pieśń aztecka?
Potrząsnął głową. Przez moment na nic nie reagował, a jego kolana i zaciśnięte pięści uderzały z lekka jedno o drugie.
— Maguali-ga, Maguali-ga — zaintonował. — Chungira-Który-Przyjdzie!
Elszabet pochyliła się, by też usłyszeć muzykę, ale słuchawki policzkowe przekazywały dźwięk tylko temu, kto miał je na sobie. Opakowanie sześcianu, który właśnie odtwarzał, leżało na łóżku. Podniosła je i dostrzegła nędznie wydrukowaną etykietę, prawdopodobnie domowej roboty. Tekst liczył może sześć linijek w języku, który początkowo wzięła za hiszpański. Jednak znała nieco hiszpański, podczas gdy z tego nie rozumiała ani słowa. Portugalski? Na etykiecie widniał jakiś adres w San Diego. Tomas często dostawał różnego rodzaju przesyłki od przyjaciół z Chicano: nagrania, poezję, druki. Był bardzo lubiany w swoim środowisku. Czasami zastanawiała się, czy nie warto byłoby kontrolować te sześciany i kasety, które wciąż dostawał. Istniało niebezpieczeństwo, że zawierały treści mogące zakłócić proces leczenia. Chociaż, czegokolwiek słuchał, wszystko i tak następnego dnia ulegało skasowaniu. Poza tym cieszył się, gdy mógł śledzić na bieżąco osiągnięcia kulturalne swego narodu.
— Maguali-ga otwiera wrota — powiedział jasnym, mocnym głosem, jak gdyby ta fraza miała jej wszystko wytłumaczyć. Później otworzył na chwilę oczy i zmarszczył brwi. Wydawał się być zaskoczony towarzystwem.
— Ty jesteś Elszabet? — zapytał.
— Zgadza się.
— Czy masz wiadomość od mojej żony? Przyjeżdża na weekend? Moja Carmencita?
— Nie na ten weekend, Tomas. — Nie było sensu nic więcej mówić. — Czego słuchałeś przed chwilą?
— To od Paco Reala z San Diego — odpowiedział trochę nieśmiało. — Paco przysyła mi sporo ciekawych rzeczy.
— Nagrania?
— Piosenki, pieśni — rzekł Menendez — bardzo piękne, bardzo mocne. Powiedz mi, czy dziś w nocy miałem jakieś sny o innych światach?
— Nie, dzisiaj nie.
— A wczoraj?
— Dlaczego pytasz?
Uśmiechnął się smutno.
— Te sny są takie piękne. To sobie zapisuję; że sny są piękne. Nawet jeśli muszę je stracić, piękno pozostaje. Kiedy będę mógł zatrzymać sny, Elszabet?
— Kiedy ci się polepszy. Jest już coraz lepiej, ale jeszcze nie na tyle, Tomas.
— Chyba nie. Czyli nie mogę wiedzieć, kiedy śnię o tych światach. Czy mogę zapisywać sobie, że sny są takie piękne? Wiem, że nie wolno nam robić notatek, ale to taka mała rzecz; mówię sobie o wizji, ale jej nie opowiadam. — Spojrzał na nią prosząco — Albo może mógłbym zapisać ich treść?
— Nie, snów nie — powiedziała. — Jeszcze nie teraz. Czy mogłabym posłuchać twojego nowego sześcianu?
— Ależ oczywiście, proszę.
Założył jej na policzki słuchawki delikatnym, niemal czułym ruchem. Nacisnął przycisk, a ona usłyszała głęboki męski głos, jak głos żaby amerykańskiej albo krokodyla, śpiewający jednostajną pieśń z powtarzającym się motywem. Melodia oparta była na rytmach afrykańskich, z lekka barbarzyńskich; potężna i mocno działająca na słuchaczy. Usłyszała słowa, które powtarzał Menendez; Maguali-ga, Chungira. Później znów coś chyba po portugalsku, dźwięk bębnów i jakiegoś wysoko nastrojonego instrumentu, i wycie tłumu powtarzającego refren.
— Cóż to takiego? — zapytała.
— To jak nabożeństwo, święta modlitwa. Tam są bogowie. To bardzo piękne — zdjął jej słuchawki równie delikatnie, jak je założył. — A więc moja żona nie przyjedzie w tym tygodniu?
— Nie, Tomas.
— Och, to bardzo źle.
— Tak — Elszabet wyłączyła ekran. — A może chciałbyś pójść na salę gimnastyczną? Są tam teraz zajęcia taneczne. Na pewno by ci się podobało.
— Może na chwileczkę.
— W porządku. Nie wiesz, gdzie może być teraz Ed Ferguson?
— Ferguson? Nie wiem. Może spaceruje po lesie.
— Sam?
— Czasem z tą wielką kobietą, a czasem z tą sztuczną. Nie pamiętam imion.
— April i Alleluja.
— Tak, z którąś z nich — Menendez ujął delikatnie dłoń Elszabet. — Jesteś bardzo dobrą kobietą — powiedział. — Odwiedzisz mnie jutro?
— Oczywiście — zapewniła.
Gdy szła korytarzem kończąc obchód, w uszach wciąż brzmiała jej ta obca, dzika muzyka. Philippa, Alleluja, April. Allelui nie było. Zgadza się; jest w lesie z Fergusonem, to stara historia. Oboje warci siebie — pomyślała — zimnokrwisty oszust i zimnokrwisty syntetyk. Od razu jednak zbeształa się za brak wyrozumiałości. Co z ciebie za lekarz, skoro myślisz o pacjentach w taki sposób. No cóż, lekarz też jest tylko człowiekiem. Nie muszę kochać wszystkich w ośrodku. Nawet lubić. Muszę tylko dopilnować, by mieli wszystko, czego potrzebują.
Ruszyła truchtem w stronę biura. Poranek był śliczny, bezchmurny i ciepły. Była to pora roku, gdy nieprzerwanie następowały po sobie piękne, ciepłe dni. Pora letniej mgły skończyła się, natomiast, o czym przypomniał jej Nick Podwójna Tęcza, pora deszczowa nadejść miała dopiero za ponad miesiąc.
Pójdę po południu na plażę — zdecydowała. — Położę się w słońcu i spróbuję przemyśleć wszystkie sprawy.
Ostatnie wydarzenia bardzo ją niepokoiły. Wizje były zastanawiające nie tylko ze względu na zasięg występowania, ale również z racji niezwykłej treści. Te wszystkie słońca, światy, potwory z kosmosu. No i przypadki snów wśród personelu: Teddy Lansford i Naresh Patel, a wczoraj jeszcze Dante Corelli (widziała Dziewięć Słońc). Elszabet podejrzewała, że niektórzy z pozostałych pracowników mogą ukrywać, że przytrafiły im się kosmiczne sny. Ona też przecież nie potrafiła przyznać się, że od czasu do czasu, i to na jawie, próbują nachodzić ją fragmenty Zielonego Świata. Wszystko było takie dziwne. Dlaczego, dlaczego?
Dla Elszabet centrum było jedynym miejscem na świecie, w którym czuła się bezpiecznie, do którego nie sięgał szalony zamęt panujący na zewnątrz. Dlatego właśnie tu trafiła. Chciała pracować, pomagać ludziom, a jednocześnie uciec od okrucieństwa i zgryzot umierającego świata za murami centrum. Czasami prawie udawało jej się zapomnieć, co działo się na zewnątrz, choć stały napływ ofiar syndromu Gelbarda — wyniszczonych, o zapadniętych oczach — wciąż jej w tym przeszkadzał. Mimo wszystko centrum było spokojnym miejscem. Wiedziała jednak, że niemądrze byłoby liczyć na to, iż uda się uciec od świata. Rzeczywisty świat był wszędzie wokół, choć teraz stawał się coraz bardziej nierzeczywisty, a nierzeczywistość ta jak mgła wkradała się przez zamknięte bramy.
Gdy była już blisko biura, ścieżką z przeciwnej strony nadszedł Bill Waldstein.
— Gdzie są wszyscy? — zapytał.
— Kto? Personel? Pacjenci?
— Wszyscy. Strasznie tu cicho.
Elszabet wzruszyła ramionami.
— Dante prowadzi zajęcia taneczne. Pewnie prawie wszyscy są na sali. Kogo szukasz? Tomas i Indianin są w swoim pokoju, Philippa i April u siebie, Ferguson wałęsa się po lesie z Allelują…
Waldstein wyglądał na strapionego i przemęczonego.
— Czy to prawda, że Dante miała przedwczoraj kosmiczny sen?