Выбрать главу

— Lepiej zapytaj ją samą — odparła Elszabet.

— A więc to prawda, miała — powiedział szurając sandałem po ziemi. — Czy moglibyśmy wejść do biura, Elszabet?

— Oczywiście. O co chodzi, Bill?

Nie odzywał się, dopóki nie weszli do pokoju. Oparł się o ścianę danych, spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem i zapytał:

— Czy mogę liczyć na twoją dyskrecję?

— Jak najbardziej.

— Pamiętasz, jak mówiłem, że kosmiczne sny to oszustwo i że pacjenci wymyślają je, żeby nas nabrać? Tak naprawdę nawet chyba przez chwilę w to nie wierzyłem, a teraz tym bardziej.

— Czyżby?

— Teraz sam miałem wizję.

— Ty?

— Dziś w nocy miałem Podwójną Gwiazdę III. Ze wszystkimi szczegółami. Pomarańczowe słońce wysoko, żółte nisko nad horyzontem, podwójne cienie. Później żółte zaszło i wszystko jakby stanęło w płomieniach.

Elszabet spojrzała na niego uważnie. Wydawało jej się, że Bill zaraz się rozpłacze.

— Zaczekaj — rzekł — to nie wszystko. Moja wizja była pełniejsza. Gdy April miała ją w zeszłym tygodniu, nie było jeszcze istot żywych, prawda? A ja je widziałem. Błękitne stwory w kształcie kul z niewielkimi mackami, podobnymi do macek kałamarnicy, na górnej części ciała. Czy to nie piękne? Przechadzały się po czymś na kształt amfiteatru jak Arystoteles ze swymi uczniami. Ładne, bardzo ładne.

— Jak się czujesz? — spytała Elszabet.

Wstrząsnął nim dreszcz.

— Mam zaśmieconą głowę. Tak jakby ktoś rozsypał mi piasek po całej czaszce.

— Bill… — ogarnęło ją współczucie.

To była dobra chwila, by powiedzieć mu, że nie jest sam, że ona też czuła Zielony Świat czający się na skraju jej świadomości i że również ona miała takie same obawy. Nie potrafiła jednak tego zrobić. Parszywie tak się nie przyznawać, gdy on cierpi. Ale nie mogła się na to zdobyć. Powiedzieć mu, komukolwiek, że jej umysł też nie potrafi się temu oprzeć? Nie, nie zrobi tego, nie potrafi. Poczuła się jak hipokrytka. Trudno, niech będzie. Pozostała spokojna, opanowana: życzliwy przełożony wysłuchający zwierzeń pracownika.

Pomóż mu jakoś — pomyślała Elszabet.

— Chcę ci powiedzieć, że nie jesteś w tym sam.

— Wiem; Teddy Lansford, Dante. Chyba Naresh Patel też. Coś tam wspominał parę tygodni temu. Pewnie jeszcze i inni z nas.

— Pewnie tak — powiedziała.

— Nie jest to więc zjawisko psychotyczne oddziałujące jedynie na pacjentów.

— Nigdy nie ograniczało się to do pacjentów. Prawie od samego początku działało także na pracowników.

— Czy wobec tego oni również mają zaburzenia psychiczne? Może wczesne stadium Gelbarda?

Pokręciła głową.

— Po pierwsze, nie rzucaj na lewo i prawo zaburzeniami psychicznymi, dobrze? Po drugie, dzielenie pewnych objawów z pacjentami cierpiącymi na syndrom Gelbarda nie musi wcale oznaczać, iż też się na niego choruje, a jedynie, że dzieje się coś dziwnego, działającego na pacjentów mocniej niż na pracowników. Ale i ci drudzy nie są od tego wolni. Po trzecie…

— Boję się, Elszabet.

— Ja również. Po trzecie, to co tu mamy, nie ogranicza się tylko do Centrum Nepenthe. Mam zresztą zamiar zasygnalizować to na jutrzejszym zebraniu.

Waldstein patrzył osłupiały.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Popatrz na ścianę danych — powiedziała.

Odwrócił się. Elszabet włączyła ekran. Pojawiła się mapa stanów wybrzeża Pacyfiku.

— Sny zaobserwowano również w ośrodkach kasowania pamięci w San Francisco, Monterey i Eureka — nacisnęła klawisz i na mapie rozbłysły te miejsca. — Jestem w kontakcie z szefami tych ośrodków. Te same siedem wizji, choć niekoniecznie wszystkie siedem w każdym ośrodku. Odbierane głównie przez pacjentów; mniejszy zasięg wśród personelu.

— Ale co…

— Zaczekaj — przerwała mu. Na ekranie pojawiły się nowe światełka. — Dave Paolucci z San Francisco zbiera dane dotyczące występowania kosmicznych snów poza północną Kalifornią i wygląda na to, że właśnie ma coś nowego.

Kolorowe wzorki kłębiły się w południowej części stanu.

— Spójrz na to — powiedziała Elszabet. — Muszę do niego zadzwonić. Muszę dowiedzieć się szczegółów. Popatrz: duża koncentracja snów w rejonie San Diego, widzisz? Trochę w Los Angeles. I tu, wyżej. Co to jest? Seattle? Vancouver? O Chryste, Bill, zobacz! Wszędzie! To epidemia!

— W Denver też — wskazał palcem Waldstein.

— Tak, to Denver. Dalej na wschód nie mamy łączności ani nie działa regularna komunikacja, ale kto wie, co dzieje się za Górami Skalistymi? Tak, Bill, nie ty jeden. Już prawie wszyscy mają te przeklęte sny.

— Jakoś mało mnie to pociesza — powiedział Waldstein.

4

— Wiesz, co chcę zrobić? — powiedział Ferguson do Allelui. — Zerwać się stąd tak szybko, jak się da, i zacząć zgarniać forsę na tym całym obłędzie.

— W jaki sposób? — spytała.

— Do diabła, to żaden problem. Po tamtej stronie centrum jest brama, a tutaj tylko las. Można wymknąć się po obiedzie i iść przed siebie pamiętając, żeby słońce mieć po południu z tyłu, a rano przed sobą. Za dwa, najwyżej trzy dni, jeśli zachować ostrożność, dojdzie się do starej autostrady i dalej do Ukiah, powiedzmy…

— Pytałam, jak chcesz zrobić na tym pieniądze.

Ferguson uśmiechnął się. Leżeli na porośniętej mchem polanie, dwadzieścia minut na wschód od centrum, wśród sekwoi i paproci nad strumykiem. Trudno było w to miejsce trafić za sprawą pofałdowania terenu. To była jego ulubiona polana. Skrupulatnie zapisał na rekorderze, jak do niej dojść, by nie miał kłopotów z jej odnalezieniem, gdyby się zdarzyło, że skasują mu ją z pamięci. Niektóre rzeczy się pamięta, innych nie; nigdy nie ma się pewności.

— Te sny mają nie tylko pacjenci. Wiem to na pewno — rzekł.

— Naprawdę?

— Słucham, co ludzie mówią. Znasz technika Lansforda? Miał wizje może dwa albo trzy razy. Słyszałem, jak rozmawiali: Waldstein, Robinson, Elszabet Lewis. Wydaje mi się, że ten mały hinduski lekarz też ma te sny. Myślę, że nawet Waldstein. Ale wizje zdarzały się również poza centrum.

— Skąd wiesz?

— Mam powód, żeby tak sądzić. — Ferguson przesunął dłonią po udzie Allelui zatrzymując się niedaleko krocza. Skórę miała gładką jak jedwab, a może jeszcze gładszą. Minęło już pół godziny, odkąd to robili, a on wciąż był spocony, podczas gdy Alleluja wcale. Takie były syntetyczne kobiety — doskonałe — nawet prawie się nie pociły. Mówił dalej: — Mam przyjaciółkę w San Francisco. Parę tygodni temu opowiedziała mi o śnie. Takim samym, jak ty kiedyś miałaś, pamiętasz? Stwór z rogami, płyta z białego kamienia, dwa słońca…

— Myślałam, że to ty miałeś ten sen.

— Ja? Skąd! To byłaś ty. Ja jeszcze nigdy nie miałem żadnej wizji. Ani jednej. Wtedy gdy ci o tym opowiadałem, mówiłem, że to sen mojej przyjaciółki, tej z San Francisco. Jeśli więc wizje są tu i tam, to założę się, że są wszędzie.

— I co?

Położył na piersi jej rękę. Wyprężyła się i przylgnęła do niego. Lubił to. Był już prawie gotów zacząć od nowa. Jak dziecko — pomyślał. — Zawsze gotowa na bis, nawet teraz.

— Wiesz, za co mnie tu posadzili? — zapytał.

— Mówiłeś mi, ale się skasowało.

— Za oszustwo. Oferowałem ludziom podróże na obce planety, na których mogliby się osiedlić i zacząć od nowa wyrwawszy się z tego bagna na Ziemi. Rozumiesz? Dajcie mi parę tysięcy dolców, a będziecie mogli, gdy tylko udoskonalimy proces…