Charley odezwał się do idącego obok Toma:
— Wiesz, pięknie to wszystko opowiadałeś tam na moście. O tych miastach. Czasami jesteś trochę zwariowany, ale i tak masz wspaniały umysł, Tom. Te rzeczy, które widzisz, o których nam opowiadasz…
— Wiem, że jestem szczęściarzem. Bóg obdarzył mnie łaską.
— Chciałbym zobaczyć jedną dziesiątą z tego, co ty. Ale ja też niektóre z nich widzę, wiesz? — Charley ściszył głos jak zwykle, gdy nie chciał, by pozostali drapacze słyszeli. Wszyscy byli jednak daleko z przodu, w połowie drogi do następnego skrzyżowania. — Prawie co noc mam sny, fantastyczne sny. Wiesz, że widziałem ten świetlisty świat, o którym mi opowiadałeś, gdzie żyją Ludzie-Oczy? Nie chciałem o tym mówić w czasie podróży, ale widziałem go. Dokładnie tak, jak opowiadałeś; wszechobecne światło. Widziałem też inny, z dwoma słońcami na niebie, białym i żółtym, żadnych cieni, czerwone niebo.
— Piąty Świat Zygerone — pokiwał głową Tom. — Tak myślałem. On przychodzi bardzo mocno.
— Znasz ich nazwy i w ogóle…
— Oglądam je praktycznie przez całe życie. Gdy byłem mały, myślałem, że wszyscy je widzą. Przeraziłem się, gdy zrozumiałem, że nie widzi ich nikt. Ale się przyzwyczaiłem. Zresztą inni je też już oglądają. Tymczasem moje wizje wciąż stają się wyraźniejsze.
— Myślisz, że zaczynam je widzieć, bo podróżuję z tobą? Czy to możliwe?
— Możliwe — odparł Tom. — Nie wiem. Może to ja jestem źródłem, a może wszyscy mamy wizje równocześnie? Może światy komunikują się już z całą ludzkością, a nie tylko ze mną? Nie wiem.
— Wydaje mi się, że inni też mają te sny, ale nie chcą się przyznać — powiedział Charley. — Chyba Choke i może Nicholas. Może zresztą wszyscy. Oni boją się o tym mówić. Czasem rano dziwnie wyglądają, ale nikt nic nie mówi. Myślą, że nazwiemy ich wariatami, jeśli przyznają się, iż widzą to samo, co ty. Boją się, że ich wyśmiejemy. Tego najbardziej nie cierpią; ośmieszenia. To gorsze niż uchodzić za świra.
— Mnie to nie przeszkadza. Przyzwyczaiłem się do jednego i drugiego. Można się ze mnie śmiać i nazywać mnie szaleńcem. Biedny Tom. Biedny, szalony Tom. Czasem dobrze być wariatem. Nikt nie chce krzywdzić wariata. Ale to, co widzi biedny, szalony Tom, to rzeczywistość. Ja to wiem, Charley. Pewnego dnia cały świat się dowie. Wtedy będziemy wezwani do Przejścia. Otworzy się niebo i pójdziemy do światów Świętego Imperium.
Charley uśmiechnął się i pokiwał głową.
— To właśnie mnie w tobie śmieszy, stary, gdy zaczynasz mówić w ten sposób. A jak już zaczniesz… — zatrzymał się w pół kroku — Słyszałeś coś z tyłu, Tom?
— Co z tyłu?
— Nie, na pewno byś nie usłyszał.
Charley odwrócił się i popatrzył w tył, tam gdzie zostawili ciężarówkę. W tej samej chwili nadbiegł Mujer.
— To był Nicholas — wykrztusił zdyszany. — Wołał o pomoc.
— Tak. Jasna cholera!
Charley rzucił się pędem w stronę ciężarówki, podobnie jak Mujer i pozostali. Stidge mknął wściekły ze szpikulcem w ręku. Tom poczuł ciarki na skórze. Nie ma co, będą kłopoty. Ruszył biegiem za nimi. Nicholas krzyczał teraz raz za razem. Tom spojrzał przed siebie i zobaczył dwóch mężczyzn w podartych dżinsach i szerokich koszulach oddalających się od ciężarówki. Biegnąc ostrzeliwali się wiązkami czerwonych promieni. Zwaliste ciało Rupe’a leżało twarzą w dół na ulicy. Nicholas strzelał wciąż zza ciężarówki. Gdy Tom dobiegł na miejsce, było już po wszystkim; obcy zniknęli z oczu, broń odłożono na bok. Charley rozglądał się wokół groźnie i zaciskał pięści z wściekłości.
— Przyjrzałeś im się dobrze? — zapytał Nicholasa.
— Nie ma wątpliwości, to te dwa dzieciaki z farmy, które uciekły, gdy Stidge im zabił ojca i matkę.
— Cholera — zaklął Charley — no i mamy miłe wczasy w San Francisco. Jasna cholera! Rupe nie żyje?
— Nie żyje — powiedział Mujer. — Wiązka prosto w brzuch.
— Cholera — powtórzył Charley — trudno. Musimy ich złapać. Stidge, ty nas w to wpakowałeś, więc teraz szukaj ich. Jeśli ich nie znajdziemy, wykoszą nas wszystkich po kolei bez problemu. Rusz dupę, człowieku. Musisz ich dostać. Idź już.
Charley popatrzył na Toma.
— Teraz rozumiesz, co mówiłem o zabijaniu? Jak się zaczęło, to trzeba dokończyć — dotknął swej laserowej bransoletki. — Zostań tu. Siedź w ciężarówce i nie otwieraj nikomu. Uważaj na siebie, Tom, słyszysz? Niedługo wrócimy. Niech to cholera! A tak się ładnie zaczęło.
ROZDZIAŁ CZWARTY
1
Dla Elszabet był to spokojny wieczór. O siódmej, w stołówce dla personelu we wschodnim skrzydle głównego budynku, zjadła niewielką kolację: sałatkę, jakąś pieczoną rybę. Do tego odrobina wina z jednej z małych winnic w okolicy. Siedziała przy stoliku razem z Lew Arcidiacono, który był elektrykiem i mechanikiem centrum, jego dziewczyną, Rhoną, pomocnicą Dante Corelli na oddziale fizykoterapii i Mugiem Watsonem, szefem utrzymania terenów ośrodka. Nikt z nich tego wieczoru jakoś nie kwapił się do rozmowy, z czego Elszabet była nawet zadowolona. Po kolacji poszła na godzinę do sal rekreacji, by posłuchać koncertów klawesynowych Bacha w wersji holowizyjnej.
O wpół do dziesiątej zmierzała już ścieżką w stronę swojego domku na drugim końcu centrum. Tak, to był spokojny wieczór.
Wieczory Elszabet zawsze miały spokojny przebieg. Ostatnie sesje z pacjentami odbywały się zwykle około siedemnastej; były to najczęściej porady, ocena postępów leczenia czy też interwencje w przypadkach pogorszenia stanu, jeśli takie się zdarzyły. Później spotykała się jeszcze indywidualnie z pracownikami, by omówić problemy dotyczące pacjentów i ich samych. Do 18.30 praca na ogół się kończyła i zaczynała się część towarzyska dnia. Dla Elszabet nie było to nic szczególnego. Najpierw wczesna kolacja, której nie jadła zresztą w stałym towarzystwie, lecz siadała tam, gdzie akurat było miejsce. Po posiłku godzinę lub dwie spędzała oglądając filmy, słuchając muzyki lub kąpiąc się w basenie, po czym wracała do domku. Oczywiście sama. Zawsze sama, z wyboru. Czasem trochę jeszcze czytała lub słuchała muzyki, ale światło gasło u niej niezmiennie na długo przed północą.
Od czasu do czasu zastanawiała się, co oni wszyscy o niej myślą. Dlaczego tak atrakcyjna kobieta stroni od towarzystwa? Czy uważają ją za dziwacznego samotnika? No cóż, mają rację. Czy myślą, że jest nietowarzyskim, aseksualnym, aroganckim snobem? O nie, mylą się. Trzyma się ostatnio na uboczu, bo tego chce, bo tego potrzebuje. Ci, którzy znają ją lepiej, rozumieją to. Na przykład Dan Robinson. Na pewno wie, że ona nie chce nikogo urazić. Chce tylko zamknąć się w sobie, żeby odpocząć, żeby dać zmęczonej duszy trochę czasu na zaleczenie ran. W pewnym sensie jest tu pacjentem, tak samo jak ojciec Christie, Nick Podwójna Tęcza czy też April Cranshaw, bez względu na to, czy ktoś o tym wie, czy nie. Od lat żyje na skraju przepaści. Do Centrum Nepenthe przyszła, żeby leczyć innych, ale i siebie. Różnica polega tylko na tym, że zamiast poddawać się codziennemu kasowaniu pamięci, aby wymazać z umysłu sprzeczności i uformować nową, zdrową osobowość, próbuje terapii na własną rękę poprzez życie ostrożne i rozważne oraz mozolną odbudowę nadwątlonych sił.