Выбрать главу

To miejsce jest dla niej sanktuarium. Życie poza centrum wyniszczyło ją, tak jak wszystkich; niepewność, stresy, lęk. Świadomość, iż świat, który dany był wszystkim ludziom, stoi u progu zagłady. Elszabet nabrała przekonania, iż to właśnie jest syndrom Gelbarda w całej okazałości; świadomość, że współczesny świat żyje na skraju przepaści.

Tak wpłynęła na ludzkie umysły Wojna Pyłów. Od stu lat ludzie żyli w strachu przed okropnościami wojny nuklearnej; przerażającym błyskiem oślepiającego światła, leżącymi w gruzach miastami, stopionymi ciałami ludzi. Gdy apokalipsa wreszcie nadeszła, wszystko odbyło się spokojnie. Bez bomb, za to z pyłem radioaktywnym, o wiele mniej spektakularnym, lecz o wiele bardziej podstępnym i nieuchronnie niszczącym. Całe połacie lądu stały się martwe, podczas gdy w innych regionach życie na pozór toczyło się dalej normalnie. Narody rozpadły się, porozbijane na wiele grup, oddzielonych od siebie pasmami pyłu. Rozpoczęły się wędrówki, przewroty, nastąpił paraliż transportu i łączności. Upadła kultura, do głosu zaczęły dochodzić prymitywne instynkty. Rozpadały się społeczeństwa, rozpadały się osobowości ludzi. Czas apokalipsy. Zdarzyło się już wiele złego, a mimo to ludzie wciąż uważali, że nadejdzie coś jeszcze gorszego, choć nikt nie potrafił powiedzieć, co to miałoby być.

Czy te dziwaczne sny coś takiego zwiastują? Kto może to wiedzieć? Czy są one skutkiem, czy też przyczyną? Czy wszyscy odchodzą od zmysłów? Czy wszyscy już zwariowali? Elszabet sądziła, że jest w lepszym stanie niż inni, dlatego też przebywa tu w charakterze lekarza, a nie pacjenta. Nie oszukiwała się jednak. W tym rozbitym i okaleczonym świecie ciągle żyje się w zagrożeniu. W każdej chwili można runąć w otchłań jak ojciec Christie, April czy Nick. Tylko miłosierdzie boże wciąż ją chroni, ale nie wiadomo przecież, jak długo jeszcze może to potrwać. Idzie więc przez życie ostrożnie, jak po polu minowym. Nie można pozwolić sobie na żadne wstrząsy emocjonalne czy uczuciowe zaangażowanie. Niech inni mają burzliwe romanse — pomyślała. — Niech oni zwyciężają i ponoszą klęski.

Nie mogłaby, rzecz jasna, powiedzieć, że nie brakuje jej seksu. Czasami straszliwie jej brakowało. Tęskniła za tym cudownym, ciepłym uściskiem, dłońmi na jej piersiach, brzuchem na jej brzuchu, oczami wpatrzonymi w jej oczy, nagłym, gwałtownym pchnięciem i gorącą powodzią spełnienia: jego, jej, ich. Nie zapomniała jeszcze tych uczuć. Tęskniła za obecnością drugiej osoby, wyłączając nawet seks, za kojącą świadomością, że jest jeszcze ktoś, że nie trzeba zmagać się z życiem w pojedynkę. Kiedyś tak było, może kiedyś znów tak będzie? Nie teraz jednak, nie tutaj, nie tak blisko przepaści. Najbardziej obawiała się, że gdyby to przyszło, mogłoby przecież w każdej chwili znów odejść. Lepiej nie próbować. Zaczekać, aż poczuje się silniejsza. Czasem zadawała sobie pytanie: jeśli nie teraz, to kiedy? Nie umiała na nie odpowiedzieć.

Zrzuciła z siebie ubranie i wyszła na chwilę na pogrążoną w mroku werandę.

Noc była ciepła. Z wierzchołków drzew odzywały się sowy. Cudowne, północnokalifornijskie lato potrwać miało jeszcze co najmniej kilka tygodni. Jest wrzesień. Czasami deszcze zaczynają się dopiero w połowie listopada. Jakiż to kontrast, gdy nagle nie kończący się ciąg upalnych dni ustępuje nieubłaganym ulewom zimy w hrabstwie Mendocino. Bywa, że leje całymi tygodniami, cały grudzień, styczeń, luty. A potem znowu jest wiosna, drzewa się zielenią, a nasiąknięta wodą ziemia powoli się osusza.

W oddali słychać było śmiechy. Personel się wygłupia — pomyślała. Dla niektórych to miejsce było wielkim, całorocznym obozem dla dorosłych. Popracować w dzień, poszaleć wieczorem, zabawić się w tym czy innym domku. Na weekend wyskoczyć do Mendocino, wpaść do jakiejś restauracji czy coś w tym rodzaju. W całej okolicy Mendocino było miejscem najbardziej zbliżonym do miasta. Pięćdziesiąt lat temu przeżywało nawet spory rozkwit, próbując rywalizować z San Francisco o miano głównego miasta północnej Kalifornii. Działo się to w czasie, gdy San Francisco wciąż wstrząsane było tektonicznymi ciosami. W końcu jednak stało się jasne to, co wszyscy i tak przez cały czas wiedzieli; ze względu na położenie to właśnie San Francisco, a nie Mendocino, predestynowane było do roli metropolii. Tak czy inaczej, Mendocino też można było uznać za miasto i podobno dało się tam spędzić przyjemny weekend. Tak, nawet w tych czasach można było miło spędzać czas, jeśli posiadało się umiejętność przymykania oczu na niezbyt przyjemne aspekty rzeczywistości.

Znów śmiech, tym razem oktawę wyżej, jakieś piski. Elszabet uśmiechnęła się i poszła do łóżka. Może trochę muzyki do poduszki — pomyślała. — Bach? Nie, wystarczy na dzisiaj Bacha. Kwintet smyczkowy Schuberta? Jasne. Ciepła pajęczyna głębokiego, melodyjnego, nastrojowego dźwięku. Zaprogramowała automatyczne wyłączenie po odtworzeniu utworów i włożyła sześcian. Położyła się rozmyślając raczej o jutrzejszym zebraniu niż o muzyce. Sny kosmiczne w Vancouver, w San Diego, w Denver. Wszędzie. Paolucci wybiera się tu z San Francisco ze specjalnym raportem. Możliwe, że przyjedzie również Leo Kresh aż z San Diego. Ponoć w San Diego dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Ale przecież wszędzie dzieją się dziwne rzeczy. Jeszcze po południu, gdy byli na plaży, śmiała się z teorii Dana Robinsona, który sugerował, że sny mogą być przekazem ze zbliżającego się do Ziemi statku kosmicznego obcych. Pomyślała wtedy, że to zwariowany pomysł. Teraz już wcale nie była tego pewna. Ciekawe czy Robinson pracował jeszcze nad swą teorią, żeby sprawdzić, na ile może być prawdopodobna. Zapytam go jutro na zebraniu, czy…

Pogrążyła się we śnie.

Tej właśnie nocy dopadła ją kosmiczna wizja.

Najpierw pojawiła się zieleń. Cienkie smugi gęstej, wełnistej mgły wkradły się do jej głowy. Była jeszcze na tyle świadoma, by zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje, a zarazem na tyle śpiąca, by się nie bronić. Walczyła z tym tak długo, jak umiała. Nie wiedzieć skąd nadchodziła inwazja mistycznej, obcej tajemnicy. Nie potrafiła już się jej przeciwstawić. Poddała się prawie z ulgą. Dobrze — powiedziała do wizji — niech się stanie. Chyba już czas, widocznie kolej na mnie.

Zieleń.

Zielone niebo, zielone powietrze, zielone chmury. Cały krajobraz składał się z różnych odcieni zieleni; zbocze wzgórza, rzeka w dolinie i rozpościerające się po horyzont łąki. Wszystko wyglądało łagodnie i przyjaźnie. Spokojny krajobraz tropikalny. Okazałe, bezlistne drzewa o smukłych, zielonych pniach i poskręcanych jak sprężyny łuskowatych gałęziach. Słońce z trudem przebijało się przez zasłonę z zielonej mgły. Zapewne ono też było zielone, choć trudno byłoby stwierdzić to z całą pewnością.

Coś ją wzywało.

Ujrzała krystaliczne istoty, giętkie i delikatne, o długich kończynach i lśniącej skórze. Na każdej z czterech stron głowy błyszczał rząd trojga ciemnych oczu. Wszyscy posuwali się w stronę wielkiego, połyskliwego namiotu na wzgórzu zapraszając ją, by udała się z nimi. Wołali ją po imieniu: „Elszabet, Elszabet!” Wypowiadali to jednak budzącym grozę pozaziemskim głosem, brzmiącym jak stłumiony, odbijający się wielokrotnie echem szept połączony z niesamowitym świstem i dudnieniem odległej wichury. „Elszabet, Elszabet!”