„Idę”, powiedziała chwytając ich chłodne, krystaliczne ręce, które uniosły ją dalej. Płynęła tuż nad ziemią. Od czasu do czasu trącały ją w stopy źdźbła grubej, mięsistej trawy, a wtedy czuła ostre, ale nie przykre pieczenie i słyszała dźwięk dzwonków.
Wpływali właśnie do pawilonu. Wyglądał, jakby zrobiony był ze szkła. Było to jednak szkło w szczególnym gatunku: sprężyste, ciepłe i nieco podobne w dotyku do gumy, jak zamrożone łzy. Wszędzie przesuwały się delikatne krystaliczne istoty kłaniając się, uśmiechając i gładząc ją po ramieniu. Wypowiadali swoje imiona. Książę taki a taki, hrabina taka a taka. Między nimi przechadzał się krystaliczny kot. Gdy otarł się krystalicznym uchem o jej nogę, spostrzegła, że jej nogi również są kryształowe, podobnie jak całe ciało, lśniące i cudowne. Ktoś podał jej napój. Smakował jak kwiaty, a przepływając przez jej przezroczyste ciało rozbłysnął tysiącem wspaniałych kolorów. „Smakuje ci?”, pytali. „Napijesz się jeszcze? Elszabet, Elszabet.” Oto jeden z książąt, a obok niego księżna, jeszcze jeden książę i markiz. „Popatrz, popatrz, tam w dole jest miasto. Chcesz je? Nazwiemy je twoim imieniem, jeśli chcesz. Już załatwione. Elszabet, Elszabet.”
Wszyscy gratulowali jej. Otoczyli ją, słyszała delikatny brzęk poruszających się kończyn, jak srebrzysty szept kołyszących się na wietrze ozdób choinkowych. „Podoba ci się tutaj, Elszabet? Podobamy ci się? Mamy dla ciebie wiersz. Gdzie jest wiersz? Gdzie poeta? O, jest tutaj. Miejsce dla wiersza! Przejście dla poety!” Jeden z krystalicznych, którego wcześniej nie widziała, wyższy od innych, podszedł do niej uśmiechając się nieśmiało. „Chodź”, powiedział, „mam dla ciebie wiersz.”
Wyszli z namiotu, a zieleń spłynęła na nich jak szmaragdowy deszcz.
Włożył jej coś do rąk; jakiś dziwny, mały przedmiot przypominający szklaną układankę złożoną z warstw przezroczystego tworzywa. W środku widać było sieć obracających się, błyszczących oślepiająco szklanych trybików. „Oto twój wiersz”, rzekł znowu, „nazywam go Elszabet.” Dotknął pudełeczka, z którego natychmiast wystrzelił do nieba snop zielonego światła. Z pawilonu dał się słyszeć brzękliwy odgłos owacji. „Elszabet”, mówili wszyscy, „Elszabet, Elszabet.”
Zielone światło gęstniało dookoła, spowijając ją coraz ściślej, a powietrze było niemal wyczuwalne dotykiem. Takie ciepłe, puszyste. Takie zielone, zielone, zielone.
Nagle znieruchomiała, drgnęła i odwróciła się z westchnieniem. W oddali, poprzez zieleń zobaczyła silne żółte światło, które nagle wyzwoliło w niej niejasny lęk. Głos z jej wnętrza ponaglał do powrotu. Po chwili stwierdziła, że to jej własny głos mówił: Musisz być ostrożna. Czy wiesz, dokąd idziesz? Czy wiesz, co się tam z tobą stanie? To takie zachęcające, takie kuszące, ale uważaj, Elszabet. Jeżeli zajdziesz za daleko, może nie być już stamtąd powrotu.
A może to się już stało? Może jesteś już za daleko? Może już nie da się wrócić? Dotknęła znów wiersza i znów wydobyło się z niego zielone światło, poeta uśmiechnął się, a krystaliczni wiwatowali i powtarzali jej imię. Jakie to wszystko zielone — pomyślała Elszabet — jakie piękne. Jakie zielone, jakie zielone, jakie zielone.
2
Znów więc mieli zabijać.
Tom przyjął to ze spokojem. Jeśli podróżuje się z zabójcami, trzeba się z tym liczyć. Co nie znaczy, że mu się to podobało. Nie zabijaj, napisane było w Biblii, na samym początku. „Nie będziesz mordował”, mówił Jezus. Nie można polemizować z tym przykazaniem. Oczywiście w czasie wojny przykazania są zawieszone, a teraz świat w pewnym sensie znajduje się w stanie wojny, gdyż każdy podnosi rękę na każdego. Może i tak.
Siedział skulony w przedniej części ciężarówki, spoglądając na ciało Rupe’a spoczywające na tylnym siedzeniu. Rupe sprawiał wrażenie śpiącego. Miał zamknięte oczy, na jego szerokiej, okrągłej twarzy malował się spokój. Wydawać się mogło, że za chwilę zacznie chrapać. Mujer i Charley ułożyli go z tyłu w pozycji siedzącej, a Stidge owinął w pasie starym kocem, by zakryć wypaloną laserem na wylot ranę w brzuchu. Naprawdę wydawało się, że śpi. Cóż, Rupe, nawet gdy żył, nie miał wiele do powiedzenia.
A oni znów szli zabijać. Życie za życie, właściwie dwa za jedno. Nie, to nie tak — pomyślał Tom. — To nie jest zwykła zemsta. Mieli zamiar zabijać, gdyż był to jedyny sposób na zapewnienie sobie bezpieczeństwa: wyeliminowanie tamtych dwóch. W czasie wojny trzeba eliminować nieprzyjaciół. Może zresztą nie zdołają znaleźć tych chłopców z farmy. Miasto ma przecież milion zaułków, milion piwnic. Mogli się ukryć gdziekolwiek. Mieli przecież z pięć minut przewagi nad pogonią, a jeśli nie pięć, to co najmniej dwie, trzy, więc może uciekną? Szkoda, że trzeba teraz zabijać, gdy Ostatnie Dni są już tak blisko, gdy Przejście ma się lada chwila rozpocząć. Jeśli umrzesz teraz, ominie cię Przejście. Żal byłoby gnić w ziemi ze wszystkimi zmarłymi w przeszłości, gdy żywi wyruszać będą w drogę do gwiazd. To straszne, stracić wszystko w ostatniej chwili. Biedni chłopcy.
— Rupe — odezwał się Tom. — Hej, Rupe?
Odpowiedziała mu cisza. Tom wyjął instrument.
— Mogę zaśpiewać, Rupe?
Wydawało się, że Rupe nie ma nic przeciwko temu.
— Świetnie — powiedział Tom i zaśpiewał:
— Słyszałeś to już kiedyś, Rupe? Chyba nigdy. I chyba nigdy nie usłyszysz.
Usłyszał stukanie w ciężarówkę. Nie wyjrzał nawet na zewnątrz. Charley? Tak szybko z powrotem? Wzruszył ramionami i śpiewał dalej:
Znów pukanie, jeszcze głośniejsze i gniewny głos:
— Otwieraj to cholerne okno! Słyszysz czy nie? Otwieraj!
Tom zmarszczył brwi, wychylił się w przód i spojrzał na zewnątrz. Zobaczył obcego mężczyznę; niskiego, o chłodnych, niebieskich oczach, ze złocistymi, kręconymi włosami i kędzierzawą brodą tegoż koloru. Mężczyzna był najwyraźniej czymś poruszony. Tom zastanowił się przez chwilę, co powinien zrobić. Charley powiedział mu: „Zostań tu w ciężarówce i nikomu nie otwieraj”.
Tom uśmiechnął się, pokiwał głową i odsunął się od okna. Poczuł nadchodzącą wizję. Ten sam przeraźliwy dźwięk głęboko w mózgu. Świst wiatru. Światło nieznanych słońc rozbłysło w jego umyśle; niebieskie, białe, pomarańczowe.
Wciąż jednak słyszał gniewny głos z zewnątrz:
— Rusz stąd to auto albo ja się tym zajmę — mówił złotowłosy mężczyzna waląc pięścią w metalowe drzwi. — Kto ci powiedział, że tu wolno parkować? Gdzie masz swoje pieprzone zezwolenie? O, ta twoja ciężarówka nie ma nawet rejestracji. Otwierasz, do cholery, czy nie?
— Oto Wielki Mistrz Imperium — powiedział Tom spokojnie. — Ten blask, ta światłość. Nie widzisz go, co? Właściwie ich. To złożony byt. Trzy dusze w jednej. Czujesz tę moc? Taki Wielki Mistrz ma moc związywania i rozwiązywania. Wśród wojowników Sorgaz krąży opowieść, że w czasie odwrotu sił Theluvary, który nazwano Wielką Abdykacją, Wielki Mistrz sam stał pomiędzy Sorgazjanami a Źródłem Potęgi i wszyscy zostaliby pochłonięci, gdyby nie… och, spójrz na te kolory, popatrz tam!