— Nie słyszę, co mówisz, walnięty palancie! Otwórz to cholerne okno, jeśli chcesz ze mną rozmawiać!
Tom uśmiechnął się. Milczał. Z każdą chwilą oddalał się coraz bardziej. Wciąż słychać było gniewny głos:
— W imieniu prawa, jako funkcjonariusz straży miejskiej miasta i hrabstwa San Francisco, stwierdzam, że pojazd ten narusza artykuł 117 Kodeksu Cywilnego, w związku z czym…
Teraz Tom usłyszał inny głos, dobrze mu znany.
— W porządku stary, właśnie mieliśmy odjechać. Mój kolega, tam w środku, nie może prowadzić samochodu; względy medyczne. Ten drugi też nie.
Był to głos Charleya.
Tom z wysiłkiem przeniósł swą świadomość z powrotem do otaczającego go świata. Niebieskie, pulsujące słońce zgasło, a za nim białe i pomarańczowe.
— Wszystko w porządku — powiedział Charley — możesz nas wpuścić, Tom.
Tom zobaczył Mujera i Stidge’a stojących obok Charleya. Po drugiej stronie ulicy stali Nicholas, Choke, Tamale i Buffalo. Trzymali dwóch młodych śmiertelnie przerażonych mężczyzn. Chłopcy z farmy — pomyślał. — Niedobrze.
Tom odezwał się nieśmiało:
— Ten człowiek stukał w ciężarówkę. Nie wiedziałem…
— Dobrze, dobrze — rzekł Charley — otwórz.
Tom zdziwił się, dlaczego Charley sam nie otwiera drzwi. Przecież ma chyba klucz? Charley wyglądał już na zniecierpliwionego. Tom wychylił się i nacisnął klamkę. Gdy drzwi się odsunęły, Charley odskoczył na bok, a Stidge z Mujerem chwycili złotowłosego pod ręce i wepchnęli do środka rzucając go twarzą w dół na podłogę.
— Co jest — wymamrotał stażnik — jestem funkcjonariuszem straży…
Urwał, gdy Stidge uderzył go czymś w tył głowy. Wtedy wszyscy rzucili się do ciężarówki: Charley, Nicholas i Choke, Tamale i Buffalo i dwóch chłopców z farmy.
— Dobra, ruszaj Mujer! — zarządził Charley. — Nie możemy tu zostać.
Mujer wskoczył za kierownicę i ciężarówka odpłynęła szybko środkiem ulicy.
— Czego chciał? — spytał Toma Charley. — Co ci mówił?
— Nie jestem pewny — odparł Tom — coś o parkowaniu tutaj. I o braku rejestracji. Walił w drzwi, ale ty mówiłeś, żeby nikogo nie wpuszczać, a potem wróciłeś i…
— Więc to naprawdę glina — mruknął Charley. — Pieprzony strażnik — sięgnął do kieszeni policjanta, wyjął błyszczący przedmiot przypominający komputer, przyłożył go do ucha, pokiwał głową, po czym rozdeptał na kawałki.
— Teraz nie mają z nim kontaktu — powiedział — ale musimy się go pozbyć. Pozbyć się gliniarza, cholera!
— Tak to jest, jak się zostawia świra przy samochodzie — zauważył Stidge.
— Dobrze, dobrze — rzekł Charley.
— A z tym parkowaniem tu to też nie był taki dobry pomysł.
— No dobrze, w porządku.
— Gdzie mam jechać? — zapytał Mujer.
— Skręć w lewo — powiedział Charley — a potem jedź prosto. Jak zobaczysz drogowskazy na Most Złotej Bramy, to pojedziesz w tamtą stronę i dalej na północ, aż wyjedziemy z miasta. Tylko prowadź spokojnie. Tego by tylko brakowało, żeby zatrzymał nas patrol drogowy. Cholera, ale bagno! — pokręcił głową.
— Już wyjeżdżamy z San Francisco? — spytał Tamale. — Tak szybko?
Charley odwrócił się w jego stronę.
— A co, chciałbyś zostać? Mamy trupa w aucie, porwaliśmy gliniarza i jeszcze musimy załatwić dwóch facetów, a ty chcesz tu zostać? Wprowadźmy się do hotelu i wydajmy przyjęcie dla burmistrza! O Jezu, Tamale, Jezu Chryste!
— To chyba drogowskaz na most, prawda? — zapytał Mujer.
— A jak ci się wydaje? Most Złotej Bramy, jak byk!
— Nie byłem pewny — odparł Mujer.
— Mujer ma trochę kłopotów z czytaniem — wtrącił Stidge — nie uczył się za dobrze, co Mujer?
— Chinga tu madre — odciął się Mujer. — Pija! Hi jo de puta!
— Co on mówi? — spytał Stidge.
— Mówi, jak mu się strasznie podobają twoje rude włosy — wyjaśnił Choke.
— Jeżeli nie zostajemy w San Francisco, to gdzie jedziemy, Charley? — spytał Buffalo.
— Później ci powiem, dobrze? — odpowiedział Charley. — Mujer, zaraz jak skończy się most, skręć w pierwszy zjazd i wal prosto, aż dojedziemy do podmiejskiej drogi, a potem w stronę plaży. — Potrzasnął znów głową i uderzył się dłonią w czoło. — Ale to idiotyczne, ale idiotyczne! Mogliśmy zostać w San Francisco przez całe lato, a tu co? Beznadzieja! Nie pamiętam, żeby kiedyś coś tak głupio spieprzyć.
— Dobrze jedziemy? — spytał znowu Mujer.
— Tak, dobrze. Stań tutaj.
— Ostatnie Dni już prawie nadeszły — rzekł wtedy Tom. — Zbliża się Czas Przejścia. Oszczędź ich, Charley. Nie pozbawiaj ich szansy na Przejście.
Charley spojrzał na niego ze smutkiem.
— Chciałbym, Tom, ale nie mamy wyboru — dał znak pozostałym. — No dobra, wysadźcie ich z ciężarówki na pobocze.
Policjant z San Francisco wciąż leżał twarzą w dół, od czasu do czasu jęcząc. Stidge wywlókł go na zewnątrz. Nicholas i Buffalo wypchnęli za nimi chłopców z farmy, którzy trzęśli się ze strachu. Jeden z nich miał mokro w spodniach. Mieli może, według Toma, po osiemnaście, dwadzieścia lat.
Tom przemówił:
— I dzierżył On w prawicy siedem gwiazd, a z ust Jego wysunął się miecz obosieczny. Oblicze Jego jaśniało jak słońce, a gdy Go ujrzałem, upadłem jak martwy u Jego stóp. On zaś położył na mnie dłoń mówiąc: „Nie lękaj się. Ja jestem Alfą i Omegą. Jestem, który żyje, a martwym był i żyć będę na wieki. Ja mam klucze do piekieł i śmierci bram.”
— Na razie wystarczy, Tom — odezwał się Charley. — Ustawcie ich na skraju wąwozu. Dobrze, teraz odsuńcie się.
Odbezpieczył laserową bransoletkę i wystrzelił trzy krótkie wiązki; najpierw w policjanta, następnie w starszego z chłopców i wreszcie w młodszego. Żaden z nich nie jęknął.
— Kurwa mać! — mruknął. — Co za parszywe, niepotrzebne bagno. W porządku, zrzućcie ich do wąwozu, tylko daleko w dół.
Choke i Buffalo zrzucili strażnika, natomiast Nicholas z Mujerem i Tamale ze Stidge’em zajęli się pozostałymi.
— Teraz Rupe — rzekł znów Charley. — Zabierajcie go trochę dalej i też zrzućcie.
Choke spojrzał na niego zdziwiony.
— Na miłość boską, Charley…
— A co chcesz zrobić? Zabrać go ze sobą na pamiątkę? A może wyprawić mu chrześcijański pogrzeb? Daj już spokój; zrzućcie go i spadajmy stąd, do diabła!
— Powiesz nam wreszcie, dokąd jedziemy? — spytał Buffalo.
— Teraz mogę wam powiedzieć, bo nikt już nie podsłucha. Pojedziemy na północ, do hrabstwa Mendocino. Tam jest dużo lasów, można się świetnie ukryć, bo tego właśnie teraz potrzebujemy; dobrej kryjówki. — Przerwał na chwilę, patrząc jak Nicholas, Tamale i Stidge ciągną ciężkie ciało Rupe’a na skraj wąwozu i zrzucają je w gęste krzaki na samym dole. — Dobrze, ruszajmy.
— Zabieramy świra? — spytał Stidge. — To ryzykowne po tym, co widział.
— Jedzie z nami — odparł Charley. — Wszędzie tam, gdzie my. W porządku, Tom? Zostajesz z nami.