Выбрать главу

— „Ja jestem Alfą i Omegą, początkiem i końcem”, rzecze Pan — powiedział Tom drżąc z lekka, mimo że po tej stronie mostu było o wiele cieplej niż w San Francisco — który jest, który był i który przyjdzie. Wszechmogący.

— To prawda, Tom — rzekł Charley łagodnie — to prawda. Chodź już do ciężarówki. Wszyscy do ciężarówki.

3

— Jezu, ale upał! — powiedział Jaspin, gdy karawana tumbonde zjechała z gór na szeroką płaszczyznę doliny San Joaquin. Czuł się przygnieciony olbrzymią, złowrogą masą nieruchomego, rozgrzanego powietrza, niemalże zbyt gorącego, by nim oddychać. Stary samochód Jaspina był trzeci w długiej procesji, zaraz za parą zdezelowanych autokarów wiozących Seniora, Seniorę i Radę Wewnętrzną.

— To niemożliwe, niewiarygodne. Ten upał. Dokąd, u diabła, jedziemy? Na Saharę?

— W stronę Bakersfield — odparła Jill. — Jesteśmy kawałek drogi na południe od Bakersfield.

— Wiem, ale tu jest jak na Saharze. Jak dwie Sahary, jedna na drugiej. Chryste, jeśli rzeczywiście jedziemy na biegun północny, to szkoda, że nie jesteśmy już trochę bliżej celu.

Wydawało mu się, że za chwilę niebo stanie w płomieniach. Tak jakby ciepło z całej doliny skumulowało się i toczyło na południe jak rozpalona do białości kula do gry w kręgle, a po rozbiciu się o ścianę gór Tehachapi czekało tam, by ich pochłonąć.

— Myślę, że zatrzymamy się tu na noc — powiedziała Jill. — Widzisz? Wciągają flagi.

— Ale dopiero jest trzecia — zauważył Jaspin.

— Nic nie szkodzi, spójrz na autokar Seniora. Flagi wciągnięte.

Miała rację. Wyjrzał przez okno i zobaczył kilku ludzi tumbonde kręcących się na dachu prowadzącego autokaru i ustawiających pstrokate sztandary, które były sygnałem do zatrzymania i rozbicia obozu na noc. Autokar skręcił z autostrady w lewo, na otwarte pole. Tak samo zrobił drugi, a po nim również, wzruszywszy ramionami, Jaspin. Za Jaspinem cała osobliwa karawana autokarów i samochodów, wozów i ciężarówek zjeżdżała z drogi w lewo. Pojazd za pojazdem, jak dziwaczna, gigantyczna gąsienica, podążały w ślad za autokarem Seniora.

Jaspin ustawił swój samochód za drugim, pomarańczowo-czarnym autokarem wiozącym jedenastu członków Rady Wewnętrznej i większość figur bogów. Wysiadł. Odwrócił się i, osłoniwszy oczy przed ostrym popołudniowym słońcem, spojrzał na cienką wstążkę drogi wznoszącej się stromo w góry, z których niedawno zjechali. Sznur pojazdów ciągnął się aż po widnokrąg. Prawdopodobnie ostatnie nie minęły jeszcze Gorman, a może nawet koniec ogona jest jeszcze przed przełęczą Tejon, może dopiero w Castaic? Niewiarygodne, niewiarygodne. To wszystko jest absolutnie niewiarygodne — pomyślał. On sam za jedną z najbardziej niewiarygodnych rzeczy uważał swój własny w tym udział. Tu, na czele całej procesji, o krok za Radą Wewnętrzną. Był oczywiście obserwatorem, antropologiem, ale to tylko połowa prawdy, a może nawet mniej. Zdawał sobie sprawę, że przybył tu również jako uczeń Seniora. Złożył wyznanie wiary, przyjął tumbonde i jechał na północ, by oczekiwać otwarcia wrót i przyjścia Chungiry-Który-Przyjdzie. Ostatniej nocy, leżąc w niespokojnym śnie na dmuchanym materacu obok samochodu na jakiejś opuszczonej ulicy, tam gdzie kiedyś było Gorman czy Eagle Rock, miał wizję. Ujrzał jednego z nowych bogów dostojnie przemierzającego świat, w którym wszystko, również niebo, było zielone. Bóg, wspaniała, wielka istota, pozdrowił go i zwracając się do niego po imieniu obiecał mu wielką szczęśliwość po transformacji świata. Jakie to wszystko dziwne — pomyślał Jaspin.

— Popatrz tam — powiedział. — Oto marsz wielkiej hordy Mongołów.

— Nie powinieneś mówić w ten sposób, Barry.

— Czy powiedziałem coś złego?

— Horda Mongołów! Co za porównanie! Oni byli najeźdźcami, barbarzyńskimi rabusiami, a to jest święta procesja.

Jaspin spojrzał na nią. Była mokra i błyszcząca od potu. Koszulkę miała kompletnie przesiąkniętą, wyraźnie było widać pod nią kształt piersi. Blask jej oczu napawał lękiem. Blask prawdziwej wiary — pomyślał. Zastanowił się, czy i jego oczy czasem tak wyglądają. Mało prawdopodobne.

— Co, może nie jest święta?

— Ależ oczywiście.

— Czasem mówisz tak lekceważąco.

— Naprawdę? — powiedział Jaspin. — To chyba takie skrzywienie antropologa. Nie potrafię uwolnić się od roli chłodnego obserwatora.

— Mimo że wierzysz?

— Tak, mimo to.

— Żal mi cię — powiedziała.

— Daj spokój, nie przejmuj się.

— Nie podoba mi się, że robisz sobie z tego wszystkiego żarty. Horda Mongołów i w ogóle…

— No dobrze — odparł — jestem nonszalancki, więc zastrzel mnie. Mam to w genach. Nic na to nie poradzę. Mam we krwi pięć tysięcy lat nonszalancji.

Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia, pozostawiając smugę na zroszonej potem skórze. Odsunęła się. Ostatnio coraz częściej to robiła.

— No przestań już — powiedział — przepraszam, że byłem nonszalancki.

— Jeśli to horda Mongołów — powiedziała Jill — to ty jesteś jednym z nich. Nie zapominaj o tym.

— Masz rację, nie zapomnę.

Odwróciła się, poszperała chwilę po samochodzie i wydobyła butelkę wody z torby chłodniczej. Pociągnęła długi łyk i odłożyła z powrotem do torby nie częstując go. Potem podeszła do autokaru Seniora Papamacera i zaczęła mu się przyglądać.

Nowa Jill — pomyślał.

Odkąd wyruszyli z San Diego z karawaną tumbonde, dostrzegł w niej pewną małą zmianę. Może nawet wcale nie tak małą. Zrobiła się chłodna, wytworzył się pomiędzy nimi dystans. Nie była już tym bezdomnym dzieckiem, usłużnym i nieśmiałym. Stała się bardziej pewna siebie. Nie okazywała już wdzięczności wspaniałemu człowiekowi, doktorowi Barry’emu Jaspinowi z UCLA za to, że łaskawie pozwolił sobie towarzyszyć. Nie było już uwielbienia w szeroko otwartych oczach, skończyły się nabożne spojrzenia skierowane na domniemanego kustosza całej mądrości rasy ludzkiej. A seks, tak łatwy i swobodny w ciągu pierwszych tygodni, coraz bardziej przygasał przechodząc już prawie do historii. No tak, Jaspin wiedział, że jest to raczej nieuchronne. Przerabiał już to wszystko z innymi kobietami. Był tylko zwykłym człowiekiem, ulepionym z tej samej gliny, co wszyscy, a ona musiała prędzej czy później to sobie uświadomić.

Zaczynała dostrzegać, że nie jest tak cudowny, jak widziała go w swoich marzeniach, zaczynała patrzeć na niego trzeźwo. W porządku, przecież ją ostrzegał. „Nie jestem szlachetną, romantyczną, intelektualną postacią, za jaką mnie uważasz”, powiedział jej wyraźnie na samym początku. Mógł też powiedzieć jej, że nie jest szalonym, namiętnym kochankiem, jakim sobie go wyobrażała, ale nie było takiej potrzeby; miała dość czasu, by się o tym osobiście przekonać. Dobrze, dobrze, w końcu bycie uwielbianym nie jest znów takie wspaniałe, zwłaszcza jeżeli uwielbienie opiera się na złudzeniach.

Działo się jednak jeszcze coś innego, budzącego obawę. Ona wciąż była czcicielem, osobowością zależną, a jedyną zmianą, która w niej zaszła, stało się przeniesienie uczuć podziwu i uwielbienia z niego na bogów tumbonde. Całym szacunkiem, jaki do niego miała, teraz obdarowany został Senior Papamacer, ziemski namiestnik Chungiry-Który-Przyjdzie. Podejrzewał, że byłaby skłonna zrobić wszystko, czego by sobie życzyli tumbonde. Absolutnie wszystko.

Popatrzył znów na południe, na stromą ścianę gór. Pojazdy wciąż zjeżdżały w dolinę nie kończącym się łańcuchem. Był to piąty dzień podróży. Liczebność pielgrzymki wzrastała codziennie. Wybrali drogę oddaloną nieco od wybrzeża, by uniknąć kłopotów z ruchem drogowym i władzami wielkich miast nadmorskich. Jechali przez takie miejscowości, jak Escondido, Vista i Corona, następnie przez wschodnie obrzeża Los Angeles. Podróż była wolna, z licznymi postojami na obrzędy, modlitwy i ogromne, rytualne posiłki. Całą wieczność trwało, zanim kolumny ruszyły w drogę na sygnał do wymarszu. Prawdopodobnie większość tych, którzy tu są, jedzie z procesją od San Diego. Tumbonde nie byli znani poza południową częścią hrabstwa San Diego, gdzie mieszkały duże społeczności uchodźców, ale w miarę posuwania się karawany wciąż przyłączały się tłumy. Może było już łącznie z pięćdziesiąt tysięcy? A może sto tysięcy? Prawdziwa horda Mongołów na trasie.