Выбрать главу

— Będę jego żoną, jeżeli taka jest twoja wola, Senior.

— Zaraz, chwilecz…

— Tak, to jest dobrze być mężem i żoną. Nie chcesz tego, Jaspijn?

Zachwiał się na nogach i nie odpowiedział. Miał wrażenie, jakby wpadł pod rozpędzony walec. Poślubienie Jill było ostatnią rzeczą, o której mógłby pomyśleć pięć minut temu, gdy wchodził do autobusu.

— Jeśli chcesz posiąść wyższą wiedzę, Jaspijn, musisz zagłębić się w tajemnice. Żeby zaś to zrobić, musisz się ożenić.

Ach tak — pomyślał Jaspin. Powoli zaczynał wszystko rozumieć. Od jakiegoś czasu sprawy odchodziły od schematów, ale teraz znów wszystko układało się w logiczną całość. Ten cały mistycyzm — pomyślał — uświęcone małżeństwo, hieros gamos; starodawny, odwieczny sekret płodności. Jeśli chcesz dotrzeć do tajemnic, musisz przejść inicjację. Nie ma innej drogi. Jill musiała zrozumieć to intuicyjnie. A może po prostu jest lepszym antropologiem.

Senior Papamacer czekał wciąż na odpowiedź, która zresztą mogła być tylko jedna. Walec przejechał i Jaspin był już spłaszczony.

Poczuł się bezradny. Dobrze — pomyślał — odegram tę rolę. Nie trać humoru, bo nie masz wyboru!

Najbardziej pokornym tonem, na jaki go było stać, przemówił:

— Oddaję swój los w ręce Seniora.

— Poślubisz więc tę kobietę?

Tak, tak, naturalnie, miał już odpowiedzieć, będzie tak, jak sobie tego życzysz, Senior. Słowa nie chciały mu jednak przejść przez gardło.

Jaspin odwrócił się w stronę Jill. Jej oczy znów błyszczały. Nie dla mnie błyszczą, nie dla mnie.

Potrząsnął głową. Na miłość boską, czy naprawdę mam ją poślubić tu i teraz? Tę kościstą, głupią sziksę, tego Szczerego Wyznawcę, obdartą, przemądrzałą fanatyczkę? Niewiarygodny pomysł. Wszystko się w nim sprzeciwiało. Jakiś głos wewnątrz krzyczał: „Co ty robisz, do cholery, człowieku? Oddaję swój los w ręce Seniora”. Co? Żenić się? Ot tak, za pięć minut? Z nią? Wyobraził sobie, jak zabiera ją do domu, by przedstawić rodzicom. Mamo, tato, to moja żona, pani Jaspin. Tak, przez cały czas czekałem, aż poznam idealną towarzyszkę życia i oto ona. Wiem, że wam się spodoba, tak, tak. Za chwilę jednak pomyślał: Nie bądź dupkiem, przecież to nic ważnego. To nic nie znaczy poza tym autobusem. W każdej chwili można się wycofać. Ożeń się z nią, miej to już za sobą i potraktuj to jako część badań antropologicznych. Ceremonia plemienna, przez którą trzeba przejść, by wódz dopuścił cię do innych rytuałów.

Następna myśl była odmienna: Zapomnij o tym wszystkim. Przestań myśleć o sobie i ziemskich korzyściach. Jeśli naprawdę masz nadzieję, że będziesz mógł oddać się Chungirze-Który-Przyjdzie podczas otwarcia wrót, musisz być posłuszny Seniorowi Papamacerowi we wszystkich sprawach. Jaspin poczuł, jak trzęsą się mu kolana. Doszedł wreszcie do prawdy. Może nie robił tego z miłości, ale również nie z czystego oportunizmu. Nie, uświadomił sobie właśnie to, co chciał przed sobą ukryć. Teraz musiał to przyznać. Robił to, bo pragnął, by jego umysłem i duszą zawładnął Chungira-Który-Przyjdzie. Jeśli nie będzie posłuszny Seniorowi Papamacerowi, nie stanie się to nigdy. A więc zrobi to. Ze względu na Boga.

— Tak, wezmę ją za żonę — powiedział Jaspin.

Przez wąskie usta Seniora Papamacera przemknął cień uśmiechu.

— Uklęknijcie oboje obok Seniory.

4

Sala konferencyjna kołysała się próbując przybrać zieloną barwę. Elszabet oddychała głęboko, starając się utrzymać ostrość widzenia. Wiedziała, że znajduje się na krawędzi histerii. Może powinnam im powiedzieć — pomyślała — że miałam w nocy sen kosmiczny, z którego wciąż nie potrafię się otrząsnąć, a zawodową ambicję posłać do diabła? Nie, nie, musisz to przetrzymać — rozkazała sobie. — Nie możesz się rozkleić przy wszystkich.

Spróbowała skupić się na zebraniu. Nie przyszło jej to łatwo, ale udało się.

Energicznie zabrała głos:

— Zgodzimy się wszyscy, jak sądzę, że mamy do czynienia ze zjawiskiem niezwykle trudnym do wyjaśnienia. Myślę jednak, że pierwszym naszym założeniem powinno być twierdzenie, iż zjawisko to jest możliwe do określenia, zmierzenia i zdefiniowania w kategoriach ściśle naukowych.

To brzmiało nieźle.

Naresh Patel podniósł głowę znad pliku komputerowych wydruków, które przeglądał.

— Czyżby? Masz na myśli takie tabelki i wykresy, jak te tutaj? Częstotliwość i geograficzną dystrybucję przypadków halucynacji, wykresy zmiennych i analogii, analizę obrazów, wektory filtrów kognitywnych, korelacje halucynacji z indeksem stabilności Gelbarda-Louita każdej osoby ulegającej wizjom? A jeżeli to zjawisko całkowicie niewytłumaczalne w kategoriach naukowych?

No właśnie, jeśli tak, to co wtedy — pomyślała Elszabet. — A jeśli nie? Chyba teraz mam coś powiedzieć?

Dan Robinson pospieszył z pomocą. Usłyszała jego głos jakby z wielkiej odległości.

— Jeśli nie da się tego wyjaśnić, to nie wyjaśnimy tego, nieprawdaż? Ale dlaczego mielibyśmy tak sądzić? Wybacz mi moje zachodnie, materialistyczne skrzywienie, Naresh, ale wierzę, że wszystko, co dzieje się we wszechświecie, ma jakieś logiczne wytłumaczenie. Niekoniecznie musi być ono dostępne człowiekowi, ze względu na ograniczone możliwości współczesnych metod badawczych, co nie zmienia faktu, że wytłumaczenie takie istnieje. Zanim, na przykład, wynaleziono spektroskop, szaloną fantazją byłoby twierdzić, że kiedykolwiek będziemy w stanie dowiedzieć się, z jakich pierwiastków zbudowane są gwiazdy. Tymczasem dla współczesnego astronoma nie stanowi problemu przyjrzenie się gwieździe odległej o pięćdziesiąt, a choćby i o pięć miliardów lat świetlnych od Ziemi i stwierdzenie niemal ze stuprocentową pewnością, że składa się ona z wodoru, helu, wapnia, potasu…

— Zgoda — odparł Patel — niemniej jednak uważam za możliwe, że siedemnastowieczny astronom mógłby uznać, iż kiedyś będzie w stanie się tego dowiedzieć. Potrzebny był mu tylko spektroskop, a to kwestia rozwoju techniki, udoskonalenia metod; nie ma w tym za grosz potrzeby konceptualizacji. Poza tym zgadzam się z tobą, że teoretycznie wszystko da się jakoś wytłumaczyć. Gdyby temu zaprzeczyć, trzeba byłoby przyjąć, że wszechświat dopuszcza czystą przypadkowość, a nie sądzę, żeby tak było.

Sala znów się zazieleniła. Patel, Robinson, Bill Waldstein i inni przybierali lśniącą, krystaliczną strukturę. Elszabet wciąż słyszała, co mówią, rozróżniała słowa, ale nie rozumiała ich. Nie była pewna, gdzie jest.

Patel ciągnął dalej:

— …jestem jednak zdania, że to, o czym rozmawiamy, może nie mieć wytłumaczenia mieszczącego się w kanonach zachodniej myśli naukowej, a co za tym idzie, nie będziemy mogli niczego pojąć, jeśli skoncentrujemy się na liczeniu i mierzeniu.

— O co właściwie ci chodzi, Naresh? — zapytał Bill Waldstein.

Patel uśmiechnął się.

— A jeśli, dla przykładu, te zbiorowe halucynacje nie są wcale halucynacjami, tylko znakami obwieszczającymi nadejście tajemniczej niebiańskiej siły, ducha lub, jeśli wolicie, Boga?

— Oszczędź nam tych hinduskich mitów — powiedział Waldstein.

— Nie ma w tym nic specjalnie hinduskiego — odparł szorstko Patel. — To, co zasugerowałem, nie jest niemożliwe. Zresztą nie ma w tym nawet, według mnie, filozofii typowej dla Wschodu w ogóle. Gdybyśmy, powiedzmy, porozmawiali z ojcem Christie, moglibyśmy znaleźć w tej koncepcji motywy chrześcijańskie czy żydowskie, mesjanistyczne. Chcę tylko powiedzieć, że próbujemy podejść do zagadnienia w sposób naukowy, podczas gdy może ono znajdować się całkowicie poza zasięgiem tego typu metod.