Выбрать главу

Głos zabrała Dante Corelli:

— Daj spokój, Naresh. Czy uważasz, że mamy usiąść z założonymi rękami i czekać, co się stanie? To z pewnością jest hinduskie podejście, jeśli o tym mowa.

— W jednym punkcie zgadzam się z Nareshem — wtrącił Dan Robinson — a mianowicie, że owe halucynacje nie są żadnymi halucynacjami.

Bill Waldstein pochylił się do przodu.

— Czym więc są według ciebie?

Robinson spojrzał w stronę miejsca przewodniczącego konferencji.

— Elszabet, czy mam odpowiedzieć na to pytanie?

Zamrugała oczami.

— Co mówiłeś, Dan?

— Czy mam odpowiedzieć na pytanie Billa? Czy mogę już przedstawić moją koncepcję pochodzenia kosmicznych snów?

— Koncepcję pochodzenia kosmicznych snów — powtórzyła, zupełnie zagubiona. Zrozumiała, że musiała właśnie wrócić z odległych krain. — Tak, tak, oczywiście, Dan — odpowiedziała niewyraźnie.

Zielony świat był tuż za oknem. Pofałdowane łąki, poskręcane z gracją bezlistne drzewa.

— Elszabet? Elszabet?

— Proszę, mów, Dan. Co się stało? Mów dalej.

Rozejrzała się. Dan, Bill, Dante, Naresh. Dave Paolucci z ośrodka w San Francisco po drugiej stronie stołu. Leo Kresh aż z San Diego. Ważne zebranie. Trzeba słuchać, uważnie. Wpatrzyła się w słoje drewna sekwoi, z którego zrobiony był stół. Boże, pomóż mi — pomyślała. — Co się ze mną dzieje? Co się dzieje?

Przemawiał Robinson.

— …projekt sondy gwiezdnej, wysianej w kierunku Proximy Centauri chyba w 2057 roku. Chciałbym zasugerować, że obca cywilizacja na znacznie wyższym stopniu rozwoju w systemie Alfa Centauri (Proxima Centauri jest jedną z trzech znanych nam gwiazd tego systemu) wysłała być może własną sondę do nas, wykorzystując nie znaną nam, ale wytłumaczalną technikę w celu nawiązania bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Emitują przekaz, a sygnał w miarę zbliżania się do Ziemi staje się coraz intensywniejszy.

— Na miłość boską — mruknął Waldstein.

— Czy mogę skończyć, Bill? Sygnał ten, powiedzmy, odbierany był początkowo wyłącznie przez najbardziej wrażliwych, którymi okazali się chorzy na syndrom Gelbarda w tej lecznicy i gdzie indziej. W miarę wzrastania mocy sygnału, zwiększył się również zakres jego odbioru — teraz dociera do znacznej części populacji ludzkiej, nie wyłączając sporej, jak sądzę, grupy osób tu obecnych. Jeżeli mam rację, to nie stoimy w obliczu epidemii nowej choroby umysłowej czy też, wybacz mi, Naresh, metafizycznego objawienia, ale ważnego, historycznego wydarzenia: inauguracji kontaktów z inteligentnymi istotami pozaziemskimi. Fakt ten zaś nie powinien być powodem do obaw ani…

— Jest jednak jeden problem, doktorze Robinson — odezwał się nowy głos z drugiej strony stołu. Spokojny, stanowczy. — Czy mógłbym zabrać głos? Doktorze Robinson? Doktor Lewis?

Słysząc swoje nazwisko Elszabet podniosła głowę zmieszana, znów zdając sobie sprawę, że była gdzie indziej. Wszyscy patrzyli na nią.

— Czy mógłbym naświetlić ów problem, pani Lewis? — zabrzmiał znów głos z drugiego końca sali. Elszabet rozpoznała wreszcie głos mężczyzny z San Diego, jej kolegi, dyrektora Centrum Nepenthe w tym mieście, Leo Kresha. Był on człowiekiem niewysokim, około czterdziestki, łysiejącym, precyzyjnym w mowie i gestach. Spojrzała na niego, ale zbyt daleko była już od dyskusji, by wiedzieć, co rzec.

— Ależ proszę, doktorze Kresh — wyręczył ją znów Dan Robinson.

Kresh skinął głową.

— Ja również myślałem, że wizje obcych światów mogą być w jakiś sposób związane z projektem sondy gwiezdnej, doktorze Robinson, dlatego też zbadałem szczegółowo prawdopodobieństwo takiej hipotezy. Niestety, w efekcie musiałem ją wykluczyć. Jak słusznie pan nadmienił, bezzałogowy pojazd kosmiczny wystrzelono w roku 2057, na kilka lat przed wybuchem Wojny Pyłów. Udało mi się jednak stwierdzić, że nawet przy niezwykle dużych prędkościach, które była w stanie osiągnąć gwiezdna sonda, nie mogłaby ona dotrzeć w pobliże Proxima Centauri, oddalonej od Ziemi o cztery i dwie dziesiąte lat świetlnych, przed rokiem 2099. W tej sytuacji, jak państwo widzą, nie byłoby nawet czasu na przesłanie sygnału bezpośrednio z sondy, która emituje fale radiowe wąskiego pasma, rozchodzące się z prędkością światła, nie mówiąc o hipotetycznych mieszkańcach tego systemu, którzy mieliby wysyłać własny przekaz. No i oczywiście jeżeli Proximianie, o ile istnieją, wysłali do nas, jak pan sugeruje, własną sondę, nie jest możliwe, by dotarła ona na Ziemię w ciągu najbliższych dekad. Uważam zatem, iż zmuszeni jesteśmy wykluczyć hipotezę, że sny kosmiczne wywodzą się z pozaziemskich źródeł, jakkolwiek kuszący byłby to pomysł.

— Przypuśćmy — powiedział Robinson — że Proximianie znają sposoby wysyłania statków kosmicznych z prędkością większą niż prędkość światła?

Kresh odpowiedział uprzejmie:

— Wybaczy pan, doktorze Robinson, ale musiałbym nazwać to nadmiernym spiętrzaniem hipotez. Nie tylko bowiem musielibyśmy uznać istnienie Proximian, ale również, jak pan postuluje, przekaz szybszy od światła, który według współczesnych praw fizyki, jest po prostu…

— Chwileczkę — powiedział Bill Waldstein — o czym my tu mówimy? Statki kosmiczne do gwiazd i z powrotem? Podróże szybsze od światła? Elszabet, na miłość boską, przerwij te wywody. Mamy wystarczająco dużo kłopotów z tym, że sytuacja jest sama w sobie niesamowita. Rozumiecie? Setki tysięcy ludzi na całym Zachodnim Wybrzeżu mają takie same dziwaczne sny! Może zresztą gdzie indziej też? Tu już naprawdę nie potrzeba fantastycznych spekulacji.

— Chciałbym dodać — rzekł Naresh Patel — że minęły już dwa miesiące, odkąd zanotowano pierwsze wizje. W świetle tego, co powiedział doktor Kresh o czasie, w jakim sonda gwiezdna mogłaby dotrzeć na tamtą planetę, i czasie, jaki musiałby upłynąć, zanim jej sygnał radiowy wróciłby do nas, uważam, że z całą pewnością nie ma żadnego związku między wizjami a ewentualnymi danymi, które być może prześle nam sonda.

— Ponadto — włączyła się Dante Corelli — raporty mówią o obrazach z co najmniej siedmiu różnych układów słonecznych, prawda? Gwiezdna sonda natomiast, jeśli się nie mylę, została wysłana tylko do jednego systemu. Nawet więc pomijając sprawę szybkości transmisji, którą poruszył doktor Kresh, jak moglibyśmy otrzymywać z sondy tak wiele różnych przekazów? Uważam…

— Następny punkt! — krzyknął Bill Waldstein. — Elszabet, może pozwolisz nam wreszcie zająć się czymś bardziej racjonalnym? Mamy tu gości z San Francisco i San Diego, którzy chcieliby opowiedzieć nam o sytuacji w ich ośrodkach, więc… Elszabet? Elszabet? Dobrze się czujesz?

Starała się zrozumieć jego słowa. Głowę miała pełną zielonej mgły. Krystaliczne postacie przesuwały się z wdziękiem tam i z powrotem przedstawiając się jej. Zapraszały na niezrozumiałe imprezy artystyczno-towarzyskie: symfonię klęski żywiołowej, blask czworga dolin, przestrajanie sensoryczne. „Wszyscy tam będą, droga Elszabet. Wiesz, twój poeta zaprezentuje najnowsze dzieła. Jest też szansa na jeszcze jedną zieloną zorzę; byłaby to już druga w tym roku. Mówią, że następna ma być najwcześniej za piętnaście cykli tonalnych”…