Выбрать главу

— Elszabet? Elszabet?

— Wybiorę się chyba na blask czworga dolin — powiedziała — i może na symfonię klęski żywiołowej. Na przestrajanie sensoryczne raczej nie. Czy nie będzie nietaktem opuszczenie przestrajania sensorycznego?

— O czym ona mówi?

Uśmiechnęła się i popatrzyła na nich. Dan, Bill, Dante, Naresh, Dave Paolucci, Leo Kresh. Snop zielonego światła wystrzelił z wielkiego stołu konferencyjnego. „Wszystko w porządku”, chciała powiedzieć, „po prostu oszalałam, to wszystko. Ale nie martwcie się o mnie. Przecież w dzisiejszych czasach to nic nadzwyczajnego.”

— Źle się czujesz, Elszabet? — odezwał się Dan Robinson, który stanął obok niej i delikatnie położył jej rękę na ramieniu.

— Tak — odpowiedziała — niezbyt dobrze. Już tak od rana. Czy mogłabym państwa przeprosić? Niezmiernie mi przykro, ale będę zmuszona położyć się. Proszę o wybaczenie. Dziękuję, strasznie mi przykro. Powinnam się położyć. Bardzo proszę, nie przerywajcie zebrania.

5

— A nie mówiłem? — powiedział Ferguson. — To proste. Wystarczy wymknąć się przez las i iść cały czas na wschód, a prędzej czy później trafimy w jakieś cywilizowane miejsce.

— A wiesz, gdzie w ogóle jesteśmy? — spytała Alleluja.

— W drodze do Ukiah.

— Ukiah? Gdzie to jest?

— Na wschód od Mendo, może ze trzydzieści mil od wybrzeża. Zapomniałaś? Skasowali ci to?

— Nie znam dobrze tej części Kalifornii — powiedziała. — Będziemy iść trzydzieści mil, Ed?

Spojrzał na nią.

— Przecież jesteś superkobietą, nieprawdaż? To chyba nie problem dla ciebie przejść trzydzieści mil? Może nawet niecałe trzydzieści. Zrobimy to w najwyżej dwa dni. Chyba dasz radę?

— Ja tak, ale ty? Potrafisz tyle przejść?

Ferguson uśmiechnął się i pogłaskał ją po ramieniu.

— Nie martw się o mnie, mała. Jestem w świetnej formie, jak na mój wiek. Jestem w świetnej formie i kropka. Zresztą gdybym się zmęczył, zawsze możemy zatrzymać się na parę godzin. Nikt nas nie będzie gonił.

— Jesteś pewny?

— Oczywiście — odparł z uśmiechem. — Wyobraź sobie: jutro żadnego kasowania, żadnego prania mózgu. Spędzimy cały dzień pamiętając, co robiliśmy wczoraj.

— I jakie mieliśmy sny.

— Tak, sny — jego uśmiechnięta dotąd twarz spochmurniała. — Miałaś w nocy sen? Kosmiczny?

— Chyba tak.

— Prawie co noc miewasz te sny.

— Naprawdę? — spytała.

— Co rano opowiadasz mi o nich przed kasowaniem. Wszystko mam zapisane na tym pierścionku. Co noc inna planeta; dziewięć słońc, zielony świat, świat z niebem wypełnionym gwiazdami. Wczoraj widziałaś wielką błękitną gwiazdę na niebie i błyszczące bąbelki unoszące się w powietrzu.

— Nie pamiętam — powiedziała Alleluja.

— Czasami pamiętasz, a czasami nie.

— A ty? Ty nigdy nie miałeś snów, prawda?

— Ani razu — powiedział czując wzbierający żal. — Wszyscy je mają, tylko nie ja. Nie wiem, chciałbym przynajmniej raz zobaczyć te wszystkie miejsca. Chciałbym wiedzieć, co, u diabła, dzieje się ludziom w głowach. Na pierścieniu zapisane mam, żeby zawsze rano zapytać się siebie, czy miałem tej nocy kosmiczny sen. Ale jeszcze nigdy nie miałem. To paskudnie nie czuć tego, co czują inni.

— Powinieneś na chwilę zostać syntetykiem. Wtedy byś się dowiedział, co to znaczy naprawdę być innym.

— Tak, pewnie, jeszcze tego mi brakuje — uśmiechnął się Ferguson. — Co tam, przynajmniej nie będę miał jutro kasowania. Nie wetkną mi w głowę tych cholernych elektronicznych skalpeli. Może za parę dni, z dala od tych sukinsynów, będę już miał te sny? Jak myślisz, Allie?

— Problem w tym — powiedziała — że za bardzo tego chcesz. Musisz przestać ich chcieć, jeśli kiedykolwiek mają przyjść do ciebie. Rozumiesz to, Ed?

— W twoich ustach to takie proste.

— Wiele trudnych spraw jest naprawdę prostych.

— Dajmy temu spokój. Przecież mogę żyć bez tych cholernych snów. Cieszę się, że się wyrwaliśmy z tego miejsca.

— Ja też — powiedziała ściskając jego ramię zapewne z uczuciem, ale tak mocno, iż przez moment pomyślał, że złamała mu rękę.

Od trzech godzin byli już poza centrum. Było późne popołudnie, lecz zmrok zapaść miał dopiero za kilka godzin. Wciąż było ciepło, choć dało się już odczuć pierwsze fale nadchodzącego wieczornego chłodu. Znajdowali się w gęstym, ciemnym lesie sekwojowym. Poszycie wciąż było wilgotne i miękkie pomimo wielomiesięcznej letniej suszy. Wszędzie biegały wiewiórki, a tu i ówdzie, spoza olbrzymich drzew, spoglądały na nich wystraszone oczy młodych saren.

Ucieczka była łatwa, dokładnie jak przewidywał Ferguson. Po obiedzie, w czasie wolnym, po prostu poszli do lasu kierując się w najbardziej oddaloną od oceanu część centrum. Nie było w tym nic niezwykłego. Szli jednak coraz dalej, co już nie było rzeczą w ośrodku zwyczajną.

Zatrzymali się na jego ulubionej polanie, by zabrać ukrytą tam dzień wcześniej torbę napełnioną chlebem, jabłkami, puszkami z sokiem. Na rekorderze miał szczegółowy zapis dotyczący ukrytych zapasów, co pozwoliło mu, pomimo kasowania, je odnaleźć. Wreszcie byli już w drodze. Chryste, to wspaniale czuć się wolnym! Wreszcie poza zamknięciem. Co prawda centrum nie przypominało więzienia; raczej szkołę z internatem o surowych regułach, ale Ferguson nie lubił również internatów. Podobnie jak każdego miejsca, w którym mówiono mu, co ma robić przez dwanaście, szesnaście godzin dziennie.

Miał swój plan: napierw dostać się do Ukiah. Było to miasteczko średniej wielkości, jak poinformował go rekorder. 30-40 tysięcy mieszkańców, a więc prawdziwa metropolia w czasach po Wojnie Pyłów. Dzieci było niewiele, populacja wciąż się zmniejszała, dochodząc do piętnastu procent najwyższej liczby ludności zanotowanej w dwudziestym wieku. Ferguson próbował czasem wyobrazić sobie świat z tymi wszystkimi ludźmi; 5, 6 milionów w samym Los Angeles; więcej niż w Nowym Jorku. Podobno w Mexico City mieszkało 16 milionów. Nie do wiary. Teraz nikogo już tam nie ma, nikogo, wszyscy rozpierzchli się, gdy Nicas zapylił miasto. W Los Angeles natomiast mieszka może milion, wliczając w to wszystkie miejscowości od Santa Barbara do Newport Beach.

Pojedźmy więc do Ukiah — pomyślał — znajdźmy motel, odpocznijmy, zorganizujmy się, ustalmy dalsze plany. Potem zadzwonię do Lacy, żeby przysłała trochę pieniędzy. Ona nie potrafi mi odmówić — pomyślał z nadzieją. — Zarobiła mnóstwo forsy, gdy pracowaliśmy razem, więc musi mieć dość dużo, żeby dać mi trochę. On oczywiście nie miał przy sobie nic. W centrum nie potrzebował pieniędzy, zresztą nie zachęcano tam nikogo do posiadania gotówki. Gdy ktoś wyjeżdżał na weekend na przepustkę, uruchamiali po prostu linię kredytową w miejscu, w którym miał się zatrzymać, i tam, gdzie miał się żywić. Nie mieli w zwyczaju wypuszczać pacjentów spod kontroli.

A jednak jemu uda się wyrwać spod kontroli. Zatrzyma się parę dni w Ukiah, by pozałatwiać sprawy, potem dalej do Idaho (przecież nie potrzebuje tam wizy, prawda?), skąd, po sześciu tygodniach potrzebnych do zalegalizowania pobytu, złoży podanie o wyjazd do Oregonu. Tam jest teraz coś w rodzaju republiki; Oregon i połowa obszaru, który kiedyś był stanem Waszyngton. Gdy raz przekroczy granicę, żadna siła nie ściągnie go z powrotem do Kalifornii. To sprawa niepodległości, a biorąc pod uwagę uczucia, jakimi w Oregonie darzą Kalifornijczyków, można mieć pewność, że stamtąd nikogo nie deportują.