Z bazą w Oregonie mógłby zacząć jakoś wykorzystywać kosmiczne sny. Nie wiedział jeszcze tylko w jaki sposób. Może uruchomić odmianę afery Betelguzy V? Niezawodne przenoszenie na nowe, rozwijające się planety, które tak często widzicie w swoich snach. Z pewnością byłoby mu łatwiej, gdyby osobiście doświadczył wizji, ale nie było to takie ważne, dopóki miał przy sobie Alleluję. Miał ją przy sobie również w nocy: co noc to wspaniałe ciało pantery…
— Hej, gdzie się tak spieszysz? — zawołał za nią, gdyż właśnie zaczęła sunąć wielkimi krokami zostawiając go daleko z tyłu.
Odwróciła się w jego stronę ze złośliwym uśmiechem.
— Nie możesz nadążyć, Ed?
— Odpieprz się — odparł Ferguson przyjacielsko. — Wszyscy wiedzą, że jesteście wyższą formą życia. Nie musisz, do diabła, wciąż tego udowadniać. A teraz zwolnij trochę i idźmy razem, w porządku?
— Teraz mam ochotę iść szybko — powiedziała — żeby rozruszać trochę serce.
— Jeśli stracę cię z oczu, to zgubimy się na dobre. Z pewnością jesteś doskonała, ale nie wiesz nawet, w którą stronę idziemy, nieprawdaż? Dalej, szarżuj sobie przez las. Może cię jeszcze zobaczę, a może nie.
Z oddali doszedł go jej śmiech. Czując wzbierający gniew Ferguson przyspieszył, nie spuszczając z niej wzroku. Dziwka — pomyślał — po co wystawia mnie na taką próbę? Prawdziwa dziwka. Trzeba jednak przyznać, że to cudowna dziwka.
Nigdy nie znał takiej kobiety jak ona, mimo że kobiet znał wiele. Wysoka i sprawna, mniej więcej jego wzrostu. No i piękna; te kruczoczarne włosy, te piersi, nogi. A jaka silna: pod satynową skórą widać było drgające mięśnie. Otaczająca ją aura potężnej mocy musiała budzić respekt. I taka nieobliczalna: nigdy nie można było przewidzieć, co zrobi. Jej umysł pracował w taki sposób, że można ją było wziąć za Marsjankę albo za kobietę z Betelguzy V. Ferguson był ciekaw, jakie to problemy zaprowadziły ją do ośrodka kasowania pamięci. Pierwszą rzeczą, którą mówiono pacjentom, było to, aby nie rozmawiać z innymi na temat swojej przeszłości. „W waszej przeszłości jest wasze cierpienie”, mówili, „a my was od niej uwolnimy dzięki kasowaniu. Gdy w ostatniej fazie leczenia wasza osobowość znów się zintegruje, wróci do was tylko wartościowa, potrzebna część przeszłości, cierpienia odejdą na zawsze, a więc nie jest wskazane ranienie pamięci rozmowami o tym, co było”. Ferguson oczywiście łamał te zasady, podobnie zresztą jak wszystkie inne. Taką już miał naturę. Natomiast Alleluja nigdy nie opowiadała mu o problemach, które przywiodły ją do centrum. Może miała ataki depresji, jak to się zdarza ludziom z syndromem Gelbarda. Może nawet zabijała ludzi gołymi rękami, by się pocieszyć? Nie wiedział tego. Tak czy inaczej zatrzymała to dla siebie. Może zresztą sama nie wiedziała? Może wszystko zostało wymazane z jej pamięci podczas kasowania? Dziwna to kobieta, ale wspaniała. Wspaniała.
Nie mógł dopuścić, by zostawiła go zbyt daleko z tyłu. Prawie jej już nie widział. Zaczął biec truchtem ciężko dysząc, potykając się na miękkim leśnym runie. Na twarzy pojawił się pot, a po chwili poczuł lekki ból za mostkiem; nic wielkiego, po prostu mocniejszy ucisk, choć trochę go to zaniepokoiło.
Do diabła — pomyślał sapiąc i dysząc — przecież powinienieś umieć dogonić dziewczynę, prawda? Nie, nieprawda — powiedział do siebie. — Nie bądź idiotą. To nie żadna dziewczyna, tylko nadludzka sztuczna istota, która w dodatku już na starcie była sto metrów przed tobą. Poza tym masz pięćdziesiąt lat. Nie jesteś już chłopcem. Nie ma sensu jej tak gonić po lesie.
Mimo to biegł dalej. Koszulę miał zupełnie przemoczoną, serce waliło mu jak młot, a w całej klatce piersiowej czuł mocny ucisk, ale nie mógł pozwolić sobie, by został z tyłu.
— Allie, do cholery, zaczekaj na mnie! — wrzasnął biegnąc jeszcze szybciej.
Już jej nawet nie widział. Przed sobą miał ścianę olbrzymich sekwoi. Mam ją gdzieś — pomyślał — niech biegnie, gdzie chce, i zgubi się w lesie. To ja mam cały prowiant. Wciąż jednak nie zwalniał.
Nagle stopa utknęła mu w jakiejś norze i runął ciężko na ziemię, czując jak w chwili upadku skręca kostkę. Ból przeszył całą nogę. Usiadł. Ostrożnie dotknął potłuczonych miejsc. Rwanie w kostce nie ustępowało. Spróbował wstać, ale nie udało mu się. Miał wrażenie, że przy najmniejszym obciążeniu pokruszy mu się cała noga. No i jak teraz dojdzie do Ukiah? Przyłożył dłonie do ust i zawołał:
— Allie, Allie! Wracaj, jestem ranny!
Minęło pięć minut, żadnej odpowiedzi. Ferguson masował obolałą kostkę licząc, że jakoś dojdzie do siebie, ale gdy znów spróbował stanąć na nogi, było jeszcze gorzej niż przedtem. Stopa zaczęła puchnąć.
— Alleluja, do cholery, Alleluja, gdzie jesteś?
— Spokojnie, spokojnie, jestem tutaj.
Podniósł głowę i zobaczył ją wreszcie. Biegła w jego stronę długim krokiem gazeli. Gdy stanęła przy nim, wcale nie była zdyszana: oddech miała spokojny, jak gdyby spacerowała.
— Co ci się stało? — spytała.
— Przewróciłem się, skręciłem kostkę. Nie mogę chodzić, Allie.
— Możesz, możesz. Zrobię ci kulę.
— Boże, kulę? Nie umiem chodzić o kulach. I co, mam kuśtykać trzydzieści mil? Po co, do cholery, musiałaś gdzieś uciekać? Nie upadłbym, gdybym nie musiał cię gonić. I…
— Uspokój się — powiedziała.
Patrzył zdumiony, jak nagina drzewko do samej ziemi, odłamuje jedną trzecią pnia i zaczyna odrywać gałęzie.
— Nie musisz wcale iść daleko. Tu zaraz jest droga. Zatrzymamy kogoś i poprosimy, żeby nas podwiózł do Ukiah. A jeżeli nie będzie chciał jechać do Ukiah, to go przekonamy.
— Droga?
— Mała droga z płyt betonowych, zaraz za tymi drzewami, może pięć minut stąd. Byłam tam, gdy mnie zawołałeś. Nawet od czasu do czasu przejeżdża samochód. Nie martw się, dobrze?
Postawiła go na nogi, jakby ważył tyle, co worek pierza, i podłożyła mu szczudło pod pachę. Było trochę za długie. Trzymając go jedną ręką, drugą oparła drąg o nogę i odłamała czubek.
— Proszę — powiedziała — teraz powinno być dobre.
Gdyby tego nie widział na własne oczy, nie uwierzyłby, że można w ten sposób przełamać młode, zielone drzewko grubości jej nadgarstka jednym, prawie niedostrzegalnym ruchem. Czy byłoby dla niej problemem złamać komuś rękę lub nogę?
Szczudło pomogło. Szło się co prawda ciężko, ale jakoś posuwał się do przodu nie stając na zranionej nodze. Ona szła obok podtrzymując go. Wędrowali pod górę, aż doszli do gęstej ściany sekwoi. Odtąd teren zaczynał się znów obniżać. Wkrótce wyszli na otwartą przestrzeń i ujrzeli przed sobą drogę. Była to stara, lokalna dwupasmówka, zniszczona i dziurawa. Nie widać było żadnych urządzeń do kontroli pojazdów. Po takich drogach jeżdżono przed stu pięćdziesięciu laty. W okolicy panowała absolutna cisza, nie było słychać żadnego samochodu. Z tyłu, za nimi, słońce zeszło już nisko wędrując w stronę Pacyfiku.
— Coś jedzie — powiedziała Alleluja.
— Nic nie słyszę.
— Ja też nie, ale widzę coś na drodze. Teraz słyszę już nawet silnik. To chyba poduszkowiec, bo taki cichy.
Ferguson nic jeszcze nie widział. Jej zmysły były zadziwiające. Po kilku minutach dostrzegł ciemną ciężarówkę nadjeżdżającą z południa.
— No dobrze — powiedział. — Ja schowam się w lesie, a ty wyjdź na drogę i zatrzymaj go.
— A zatrzymają się?
— Musieliby nie mieć dobrze w głowie, żeby nie zatrzymać się dla kobiety o twoim wyglądzie, samej na pustkowiu, gdy zbliża się zmierzch. Zatrzymają się. Wtedy powiesz im, że twój mąż ma zranioną nogę i spytasz, czy nie podwieźliby nas do Ukiah. Wtedy ja wyjdę, a oni już nic nie będą mogli zrobić. Tymczasem ty musisz stanąć blisko kierowcy i gdyby chciał odjechać, włożysz rękę przez okno i chwycisz go za gardło, dobrze? Nie tak, żeby zrobić mu krzywdę, tylko żeby zmusić go do współpracy.