Выбрать главу

— Nigdy nie wątpiłem — powiedział oszołomiony Jaspin. Zdawał sobie oczywiście sprawę, że kłamie. Jakaś jego cząstka nigdy nie pozbyła się sceptyzmu. Cząstka ta utrzymywała wciąż, że wszystko, czego doświadczył, to tylko rodzaj jakichś zwariowanych halucynacji. Jednak wszyscy mieli takie same, identyczne nawet w najdrobniejszych szczegółach halucynacje! Te dziwne, roślinopodobne rzeczy, które tak często widywał, ale nikomu o nich nie mówił, pojawiły się tu, na tym hologramie, i na tamtym też…

Był tym wszystkim całkowicie zaszokowany. Nie prosił o dowody, chciał żyć czystą wiarą, ale te hologramy były przygniatające.

— Prawdziwa prawda — powiedział Senior Papamacer.

— Prawdziwa prawda — wymamrotał Jaspin.

— Teraz idź. Napisz, co czujesz, co myślisz w tej chwili. Idź już, Jaspijn.

Jaspin skinął głową, wstał i ruszył potykając się w kierunku wyjścia z ciemnego, zatęchłego autokaru. Przeszedł po omacku przez kaplicę, wreszcie dotarł do przednich drzwi. Na schodach rozsiadło się kilku członków Rady Wewnętrznej: Carvalho, Lagosta, Barbosa. Spojrzeli na niego uśmiechając się drwiąco. Białka oczu błyskały szyderczo na tle ciemnych twarzy. Przeszedł ostrożnie między nimi, nie zwracając uwagi na ich głupawe uśmieszki; wciąż czuł w sobie obecność bogów. Idź i napisz, co czujesz, co myślisz. Tak, ale najpierw trzeba powiedzieć o tym Jill.

Zapadał zmierzch. Powietrze było chłodne. Znajdowali się gdzieś niedaleko Monterey, w głębi lądu. Obóz rozbili w miejscu, które było polem karczochowym, zanim wjechało na nie swoimi autobusami i ciężarówkami z przyczepami sto tysięcy pielgrzymów. Jaspin słyszał w oddali śpiewy. Płonęły trzy wielkie ogniska, wyrzucające w ciemniejące niebo czarne słupy dymu. Zajrzał do samochodu szukając Jill. Nie było jej tam.

Z tyłu dobiegł go śmiech. Pojawili się następni członkowie Rady Wewnętrznej: Cotovela i Johnny Espingarda stali oparci o swój pomarańczowo-żółty autokar. Popatrzył w ich stronę.

— Co was tak śmieszy?

— Śmieszy? Śmieszy?

— Nie widzieliście mojej żony?

Znów wybuchnęli trochę wymuszonym śmiechem. Starali się rozmyślnie wyprowadzić go z równowagi. Gardził tymi brazylijskimi bękartami o kamiennych twarzach, tymi apostołami Seniora tak obrzydliwie z siebie zadowolonymi w przekonaniu o własnej wyższości.

— Twoja żona — powiedział Johnny Espingarda, nadając tym słowom obsceniczne brzmienie.

— Właśnie, moja żona. Wiesz, gdzie jest?

Johnny Espingarda zwinął dłoń w pięść, przyłożył ją do ust, zakaszlał. Wydawało się, że Cotovela dusi się tłumionym śmiechem. Jaspin poczuł, jak oszołomienie, podziw i uniesienie, wzbudzone hologramami, ustępują pod naporem gniewu i zdenerwowania. Odwrócił się do nich tyłem i zaczął wypatrywać w ciemnościach Jill. Wszedł do samochodu z myślą, że być może rozłożyła koc z tyłu na zewnątrz. Tam jednak też jej nie było. Zobaczył ją wreszcie idącą od strony autokaru Rady Wewnętrznej. Była zarumieniona, spocona, rozczochrana. Majstrowała coś przy pasku od dżinsów. Za nią z autokaru wyłonił się Bacalhau i powiedział coś do Cotoveli i Johnny’ego Espingardy. Jaspin usłyszał ich grubiański śmiech. O Chryste — pomyślał — Chryste, nie, tylko nie Bacalhau.

— Jill? — zwrócił się do niej.

Oczy miała nieco zamglone.

— Byłeś u Seniora?

— Tak. A ty?

Wydawało się, że nie potrafi spojrzeć mu w oczy. Zaraz jednak popatrzyła na niego chłodnym, wyzywającym wzrokiem.

— Prowadziłam wywiad z Radą Wewnętrzną — odparła. — Trochę antropologii w terenie — zachichotała.

— Jill — powiedział — O Boże, Jill.

2

Stojąc pomiędzy dwojgiem obcych ludzi, piękną ciemnowłosą kobietą, która nie była prawdziwa, i ponuro wyglądającym mężczyzną ze zranioną nogą, Tom poczuł, że za chwilę nadejdzie wizja. Tu, przed liczną widownią w czasie zachodu słońca na opustoszałej lokalnej drodze.

Wizja jednak nie nadchodziła. Był co prawda charakterystyczny ryk w mózgu, zaczynało się jarzyć migotliwe światełko, ale na tym się skończyło. Wizja została wstrzymana. Działo się chyba coś innego.

Spojrzał na Charleya. Spojrzał na ciemnowłosą kobietę i mężczyznę ze zranioną nogą. Charley wypytywał go o miejsce, które ten nazwał centrum. Gdzie to jest, kto nim zarządza, co się tam robi. Tom słuchał z zainteresowaniem. Pomyślał, że chyba podobałoby mu się w tym centrum. Pojechałby tam nawet zaraz, usiadł i odpoczął w ogrodzie. Zbyt długo już podróżował błądząc tu i tam. Był już tym zmęczony.

— Czy to coś w rodzaju szpitala dla wariatów?

— Niezupełnie — odparł ponury mężczyzna. — Mają tam dużo ludzi niezrównoważonych. W większości nie tak bardzo chyba niezrównoważonych, jak wasz przyjaciel, ale jednak cierpiących. Wiesz, z głębokimi urazami w duszy. Tam się nimi opiekują, uspokajają ich. Mają na to sposoby.

Tom odezwał się:

— Tom potrzebuje uspokojenia. Biedny Tom.

Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Popatrzył na niebo. Było wciąż jeszcze błękitne, ale na obrzeżach zaczynało już szarzeć. Słońce schowało się za wierzchołkami olbrzymich sekwoi. Las zaczynał się niedaleko drogi, lecz nie było widać jego drugiego końca. W górze zaczęły pojawiać się gwiazdy przemierzające nieboskłon, kolorowe punkciki światła, czerwone, zielone, pomarańczowe, turkusowe.

Malutkie wędrujące iskierki, a każda z nich jest sercem imperium obejmującego tysiące światów, a imperia te związane są w konfederacje obejmujące całe galaktyki. W światach tych znajduje się miliard miliardów cudownych miast. W porównaniu z najmniejszym z nich Babilon był wioską, a Egipt kałużą. A teraz światło tych wszystkich gwiazd skupione jest na małym, nieważnym świecie, na pogrążonej w smutku Ziemi.

— A tak w ogóle, to coście za jedni? — spytał Charley.

— Jestem Ed, a to Allie.

— Ed, Allie. No dobrze. Wyszliście na spacer po lesie?

— Mhm. Chcieliśmy się trochę przejść. Włożyłem nogę w jakąś norę i skręciłem kostkę.

— Tak. Powinieneś uważać — Charley przyglądał się im uważnie. — A jak się nazywa to miejsce, to centrum?

— Centrum Nepenthe — odparł człowiek imieniem Ed. — Prowadzi je jakaś fundacja. Przyjmują ludzi z całej Kalifornii. Prawie jak hoteclass="underline" wycieczki, rekreacja i wszystko, tyle że oprócz tego jeszcze leczą twoje dolegliwości. Podobałoby mu się tam. To jest po drugiej stronie lasu, pomiędzy lasem a oceanem. Od frontu stoi duża brama, z tablicami. Nie da się nie zauważyć. Gdybyście byli uprzejmi zabrać Allie i mnie do Ukiah, to stamtąd jest prosta droga do Mendocino, z której zjeżdża się w bok do centrum.

— Skąd tyle o tym wiesz? — spytał Charley.

— Moja żona się tam leczyła.

— Allie? Co jej było?

— Nie, nie Allie — zmieszał się Ed. — Allie to moja przyjaciółka. Moja żona… — wzruszył ramionami. — To długa historia.

— Jasne.

Tom zrozumiał, że Charley zamierza zabić tych dwoje, gdy skończy z nimi rozmawiać. Musi to zrobić. Teraz mogliby go zidentyfikować. Gdyby przyjechała policja i zapytała ich: „Szukamy drapaczy, którzy zabili strażnika miejskiego w San Francisco; czy nie zauważyliście tu kogoś podejrzanego?”, oni mogliby odpowiedzieć: „Przejeżdżało tędy ośmiu facetów ciężarówką. Wyglądali tak i tak”. Charley nie może ryzykować. Charley powiedział, że nie lubi zabijać i chyba tak rzeczywiście jest, ale też nie cofa się przed zabójstwem, gdy uważa, że jest ono konieczne.