Выбрать главу

— Bardzo mamy dziwne czasy…

— Właśnie, doktor Lewis. Dwa aspekty tumbonde są dla nas istotne. Po pierwsze, daje się zauważyć zdumiewającą korelację pomiędzy czczonymi przez nich bogami z kosmosu, których wzywają, a niezwykłymi snami i wizjami, których bardzo wiele odnotowano ostatnio zarówno w ośrodkach kasowania pamięci, jak i wśród ogółu populacji. Mam tu na myśli podobieństwo obrazów; z pewnością więc tumbonde również doświadczają kosmicznych snów, które służą za bazę ich, hm… teologii. Na przykład ich bóg Maguali-ga, który ma otworzyć wrota Ziemi pozostałym bóstwom, przedstawiany jest tak samo jak ogromna pozaziemska istota występująca w tak zwanym Śnie o Dziewięciu Słońcach. Natomiast ich odkupiciel, bóg znany pod imieniem Chungira-Który-Przyjdzie, wydaje się być istotą z rogami ze snu Podwójna Gwiazda I, z jednym czerwonym słońcem i jednym niebieskim.

Elszabet zamyśliła się. Gdzieś już słyszała te imiona: Maguali-ga, Chungira-Który-Przyjdzie, tylko gdzie? Dziś była tak zmęczona, głowę miała zaprzątniętą snem minionej nocy…

Kresh mówił dalej:

— Możliwe jest, o czym bardziej szczegółowo opowiem podczas zebrania, że te manifestacje tumbonde, o których głośno w środkach masowego przekazu w hrabstwie San Diego i całej południowej Kalifornii, mogą potęgować zasięg snów kosmicznych drogą masowej sugestii; to znaczy, ludziom może wydawać się, że mają sny, podczas gdy tak naprawdę to wszystko może być wywołane wpływem prasy i telewizji. To oczywiście nie może być brane pod uwagę tutaj, gdyż informacji o tumbonde nie podawano tu jeszcze do publicznej wiadomości. Stąd jednak wynika moje drugie spostrzeżenie, którym muszę się z wami pilnie podzielić. Otóż ważnym elementem teologii tumbonde jest objawienie, które wskazuje na biegun północny jako miejsce zstąpienia na Ziemię Chungiry-Który-Przyjdzie, jest to Siódme Miejsce. Senior Papamacer przyrzekł zaprowadzić swój lud w Siódme Miejsce, by tam oczekiwać przyjścia boga. Tak więc, choć zapewne jeszcze nic pani o tym nie wie, pielgrzymka już się rozpoczęła. Pięćdziesiąt, a może sto tysięcy wyznawców tumbonde posuwa się powoli na północ kawalkadą samochodów i autokarów, zyskując po drodze nowych zwolenników. Z informacji policji wynika, że powinni znajdować się obecnie gdzieś w pobliżu Monterey lub Santa Cruz. Być może doktor Paolucci będzie miał dokładniejsze dane na ten temat.

Maguali-ga — myślała Elszabet. — Chungira-Który-Przyjdzie. Przypomniała sobie: Tomas Menendez, sześcian, który odtwarzał. Dziwna, barbarzyńska, afrykańsko brzmiąca muzyka wciąż powtarzane imiona, Maguali-ga, Chungira-Który-Przyjdzie. Menendez ma przyjaciół w społeczności latynoskiej w San Diego. To oni przysyłają mu różne rzeczy. Zatem tumbonde niewątpliwie mają już co najmniej jednego współwyznawcę w północnej Kalifornii — pomyślała — i to tu, w ośrodku.

— Możliwe jest jednak — ciągnął Kresh — że pielgrzymi tumbonde będą przechodzić właśnie tędy, przez Mendocino, wzdłuż wybrzeża. Jest ich tylu, że część z nich może nagle znaleźć się na terenie pani centrum. Myślę, że warto byłoby zawczasu zastanowić się nad przygotowaniem środków zaradczych.

Elszabet skinęła głową.

— Z pewnością powinniśmy się nad tym zastanowić, skoro zmierza tu sto tysięcy ludzi — powiedziała. — Poruszę ten problem na dzisiejszym zebraniu personelu. Chciałabym też przedyskutować te sprawy podczas dzisiejszego spotkania, które nawiasem mówiąc, ma się za chwilę rozpocząć.

Okazało się, że Elszabet nie jest w stanie mówić o czymkolwiek podczas spotkania. To, czego najbardziej się obawiała, prześladowało ją przez cały ten czas: Zielony Świat usiłował wedrzeć się na jawie do jej świadomości i zabrać ją do siebie. Broniła się, dopóki mogła, w końcu jednak musiała się poddać i wtedy opuściła salę. Nie pamiętała, co stało się potem. Dano jej środek uspokajający i położono do łóżka, a gdy się obudziła, mieli już następny problem, którym musieli się zająć. Opowiedział jej o tym Dan Robinson. Otóż Ed Ferguson i syntetyczna kobieta, Alleluja, uciekli. Włączono oczywiście nadajniki powrotne i zlokalizowano zbiegów w lesie na wschód od centrum. Za godzinę Dan zamierzał wysłać za nimi helikopter, który miał ich odszukać, gdy tylko wyjdą na otwartą przestrzeń.

— Kto poleci? — zapytała Elszabet.

— Teddy Lansford, Dante Corelli i jeden z pracowników ochrony. No i ja też.

— Mnie też policz.

Robinson pokręcił głową.

— Jest tylko sześć miejsc, Elszabet. Musimy zostawić dwa dla Fergusona i Allelui.

— Więc niech Dante zostanie. Powinnam nadzorować przebieg akcji.

— Dante jest kobietą silną i zaradną. Oni mogą być niebezpieczni, zwłaszcza Alleluja. Chciałbym zabrać Dante.

— W takim razie Lansford…

— Nie, Elszabet.

— Nie chcesz, żebym poleciała.

Robinson skinął głową i powiedział jakby zwracał się do dziecka:

— Właśnie, wreszcie zrozumiałaś. Nie chcę, żebyś leciała. Na spotkaniu praktycznie straciłaś przytomność, a przez ostatnie dwie godziny byłaś na środkach uspokajających. Jesteś cholernie słaba. Nie ma sensu, żebyś uganiała się helikopterem za dwojgiem niesfornych uciekinierów, którzy są zresztą najbardziej nieobliczalnymi i niemoralnymi jednostkami w całym centrum. W porządku? Zgadzasz się nie brać udziału w akcji?

Nie mogła nadal się upierać. Jednak reszta popołudnia upłynęła jej bardzo niespokojnie. Uciekinierzy zawsze byli poważnym problemem. Ona ponosiła odpowiedzialność nie tylko za stan psychiczny pacjentów, ale również za ich zdrowie fizyczne. Wbrew przepisom było każde opuszczenie terenu centrum bez zezwolenia, a zezwolenie takie wydawano wyłącznie przy podjęciu surowych środków bezpieczeństwa. Należało też brać pod uwagę aspekty prawne. Ferguson znalazł się w centrum po zamianie kary pozbawienia wolności na leczenie, a sztuczna kobieta, choć nie została uznana za przestępcę, była czasami niezwykle gwałtowna w zachowaniu, co stanowiło duże zagrożenie dla innych ze względu na jej nadludzką siłę. Zanim trafiła do centrum, zdarzało się jej wyrządzić ludziom poważne krzywdy w czasie dzikich ataków szału. Elszabet nie chciała dopuścić, by któreś z nich znalazło się na wolności. Gdy wrócą, trzeba będzie poddać ich rozszerzonemu podwójnemu kasowaniu i może jeszcze powtórnemu formowaniu profilaktycznemu. A co będzie, jeżeli uda im się wymknąć grupie pościgowej albo jeśli zranią kogoś z personelu?

Było więc czym się martwić, nie mówiąc o pozostałościach snu, z którymi wciąż jeszcze musiała się zmagać. No i ta horda tumbonde idąca w tę stronę, choć nie był to jeszcze naglący problem, jeżeli przyjąć, że znajdują się nadal w okolicach San Francisco. Jak na razie wystarczy, by wywołać ból głowy.

To były długie godziny.

Helikopter wrócił na krótko przed zachodem słońca. Elszabet zmęczona, ale znacznie spokojniejsza niż w ciągu dnia, wyszła na powitanie. Alleluja była nieprzytomna. Dante powiedziała, że musieli ją uśpić. Ferguson, brudny, obdarty i jakby speszony, wyszedł utykając na jedną nogę. Przedzierając się przez las uszkodził sobie poważnie kostkę, ale oprócz tego był w dobrej formie.

— Połóżcie go pod paksem i niech to odsypia — powiedziała Elszabet. — Rano, gdy już nam opowie, gdzież to się wybrał, zrobimy mu podwójne kasowanie. Poproście też Billa Waldsteina, żeby obejrzał tę kostkę. Przygotujcie kasowanie dla Allelui, gdy tylko się obudzi, i upewnijcie się, że jest solidnie związana, bo może znów zechce rozrabiać. Jutro zrobimy jej jeszcze jedno kasowanie.

Elszabet przerwała. Z helikoptera wyszedł jakiś obcy mężczyzna: wysoki, szczupły, zaniedbany, o błyszczących oczach. Spojrzała na Dana Robinsona.