Выбрать главу

— Barry?

Jaspin podniósł głowę zniecierpliwiony. Przy oknie stała Jill stukając pięścią w dach samochodu.

— O co chodzi?

Pierwszy raz od dwóch czy trzech dni miał okazję uzupełnić swoje zapiski i chciał właśnie wprowadzić wiele ważnych informacji. Cokolwiek by to nie było, czy ona nie może poczekać jeszcze pół godziny?

— Ktoś do ciebie.

— Powiedz mu, że będę za pięć minut.

— Jej — poprawiła go Jill.

— Co?

— To kobieta. Kręcone rude włosy, wygląda trochę jak tramp, ale z klasą. Mówi, że jest z San Francisco.

— Chcę opracować notatki — powiedział Jaspin. — Nie znam żadnych rudzielców z San Francisco. Czego ona chce ode mnie?

— Niczego. Chce uzyskać audiencję u Seniora. Doszła już aż do Bacalhau, a Bacalhau powiedział jej, że powinna rozmawiać z tobą. Wygląda na to, że teraz ty tu jesteś szefem do spraw natchnionych anglosaskich dziwek.

— O Boże — westchnął Jaspin — no dobrze, powiedz jej, żeby zaczekała pięć minut. Tylko dokończę. Gdzie ona jest?

— Przy ołtarzu Maguali-ga — odpowiedziała Jill.

— Pięć minut — powtórzył.

Jego uwaga została już jednak rozproszona. W swej kronice chciał omówić zmiany w strukturze etnicznej procesji tumbonde. Pierwsi uczniowie Seniora Papamacera, głównie pochodzenia południowoamerykańskiego i afrykańskiego, rozpłynęli się w tłumie Amerykanów pochodzenia meksykańskiego, przybyłych z rolniczych obszarów doliny Salinas w okolicy Monterey. Teraz, z kolei, dalej na północy, zaznaczył się napływ wiejskiej ludności anglosaskiej, który również spowodował zmiany w ogólnym kształcie etnicznym wyprawy. Nowi wyznawcy nie mieli pojęcia o dionizyjskich elementach tumbonde, o pogańskim szale i ekstazie; oni słyszeli tylko o obiecanym bogactwie i życiu wiecznym, którego mieli dostąpić, gdy Chungira-Który-Przyjdzie zstąpi wreszcie na Ziemię przez otwarte wrota na biegunie północnym, chcieli „być przy tym, o tak, Panie”. Już teraz stwarzało to zakłócenia w marszu, a z pewnością będzie jeszcze gorzej, zwłaszcza jeśli Senior Papamacer nadal zechce rządzić in absentia, jak robił to już od jakiegoś czasu zamknięty w swoim autokarze. Zapisanie obserwacji musiało jednak teraz zostać odłożone. Jaspin zdawał sobie sprawę, że aby to zrobić, powinien był zamknąć się sam na godzinę lub dwie. Teraz było już za późno. Wyłączył kapsułę i wysiadł z samochodu.

Było gorące, parne popołudnie. Upał prześladował ich przez całą drogę w głąb stanu i jak na razie nic nie wskazywało, że zacznie się pora deszczowa. Mówiono, że deszcze zaczynają się tu w październiku, ale widocznie nie w tym październiku. Niskie, okrągłe wzgórza porośnięte suchą, letnią trawą brązowiły się w monotonnym krajobrazie okolicy. Wszystko było wyschnięte, wypalone, złocistobrązowe i czekało na nadejście zimy.

Wszędzie między wzgórzami, w całej dolinie, jak okiem sięgnąć, widać było tylko pielgrzymów tumbonde niczym falujące morze. W centrum tkwiły autobusy, w których podróżowali Senior i Seniora, Rada Wewnętrzna i figury bóstw. Obok znajdowała się duża łata poświęconej ziemi z ołtarzami, szałasem krwawych ofiar i Studnią Ofiarną. Wszystko było przygotowane dokładnie tak, jak na wzgórzu pod San Diego. Gdziekolwiek się znaleźli, zawsze rozkładali cały ten kram. Dalej, poza centralną, świętą strefą, widać było mnóstwo połatanych namiotów, dziesiątki tysięcy pielgrzymów, niezliczone kopcące ogniska, rozwrzeszczane dzieci, biegające wszędzie psy i koty oraz wszystkie, jakie można sobie tylko wyobrazić, zdezelowane samochody zaparkowane w chaotycznych stadach. Jaspin nigdy jeszcze nie widział tylu ludzi w jednym miejscu, a było ich z dnia na dzień coraz więcej. Zastanawiał się, jak wielka będzie armia tumbonde za miesiąc? Za dwa miesiące? Ciekaw był też, co się stanie, gdy dotrą do granicy kanadyjskiej, a właściwie obecnie Republiki Kolumbii Brytyjskiej. I co stanie się, gdy miesiąc za miesiącem posuwać będą się na północ, zacznie się zima, a Chungira-Który-Przyjdzie nie nadejdzie? Senior Papamacer obiecał, że nie będzie już zimy, gdy Maguali-ga otworzy wrota. Ale Senior Papamacer spędził całe życie w Rio, w Tijuana, w San Diego. Cóż on, u diabła, wie o zimie?

Mam to gdzieś — pomyślał Jaspin. — Bogowie pomogą. A jeśli nie, to nie. Nie moja w tym głowa. Przez te wszystkie lata kierowałem się głową i jak na tym wyszedłem? Chungira-Który-Przyjdzie przyjdzie. Jasne że tak.

Znalezienie owej kobiety nie sprawiło mu kłopotu. Tak jak powiedziała Jill, stała przed ołtarzem Maguali-ga, wpatrując się w dziewięć kul z kolorowego szkła, jakby spodziewała się, że bóg o wyłupiastych oczach w każdej chwili może się zmaterializować w jej obecności. Była niższa, niż Jaspin sobie wyobrażał (nie wiedzieć dlaczego myślał, że będzie wysoka) i nie tak olśniewająca. Mimo to była bardzo atrakcyjna. Jill powiedziała, że wygląda na trampa z klasą.

Jaspin znał trampów i wiedział, co to znaczy mieć klasę, ale w tym przypadku obydwa określenia były chybione. Wyglądała na kobietę energiczną i zaradną, która trochę świata widziała. Kobieta przedsiębiorcza — pomyślał.

— Chciała pani widzieć się ze mną? — zapytał. — Jestem Barry Jaspin, asystent Seniora.

— Lacy Meyers — przedstawiła się. — Przyjechałam właśnie z San Francisco. Muszę zobaczyć się z Seniorem Papamacerem.

— Muszę?

— Chcę — powiedziała — bardzo chcę.

— To będzie trudne — odparł. Stwierdził nagle, że stoi bliżej niej, niż jest to potrzebne, ale nie cofnął się. Właściwie to naprawdę bardzo atrakcyjna kobieta. Około trzydziestki, może trochę więcej. Miała ciasno ułożone włosy, które tworzyły coś na kształt czepca ze ściśniętych, malutkich pierścionków, oczy w kolorze głębokiej, lśniącej zieleni, delikatny spiczasty nos, ładne policzki i może nieco zbyt grube usta. — Czy to ma być wywiad dla prasy? — zapytał.

— Nie, audiencja. Chciałabym, żeby mnie przyjął. — Była napięta; wystarczy dotknąć, a zaraz eksploduje. — On jest może najważniejszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek istniał, rozumie pan? Przynajmniej dla mnie. Chcę uklęknąć przed nim i powiedzieć, co dla mnie znaczy.

— Ci wszyscy ludzie, których pani widzi, chcą tego samego, pani Meyers. Myślę, że rozumie pani, jak wielkimi obowiązkami obarczony jest Senior i chociaż chciałby on, by każdy wierny miał do niego swobodny dostęp, jednak jest to niemożliwe.