Rozumiałem więc, że choć oni sobie tak te piniądze między sobą dają, mnie by ich chętniej dali, żeby to sobie łaskę moją kupić… tyle tylko, że im niezręcznie było, bo ze mną śmiałości nie mieli. Owóż powiadam:
– Nie gorączkujcie się Panowie, z wolna, z wolna. Ale oni tylko szukali, którędy to mnie te Piniądze wcisnąć i w końcu Baron za głowę się złapał:
– A toż ja dziurawą mam kieszeń, ot, lepiej tobie Piniądze moje dam, bo jeszcze zgubię!… i zaczął mnie Piniądze wciskać, co widząc, tamci tyż mnie swoje wtykają:
– Weźże i moje, i moje, bo u mnie kieszeń tyż dziurawa. Ja powiadam:
– Bójcie się Boga, panowie, po co mnie dajecie?… ale w tejże chwili wszedł ktoś za potrzebą, więc oni do urynału, portki rozpinają, pogwizdują, że to niby nic, że za potrzebą… Dopiroż gdy ten! co był wszedł, wyszedł, oni znów do mnie, a że już większe śmiałości nabrali, nuże mnie Piniądze wciskać i „bierz, bierz" wołają. Ja powiadam:
– W imię Ojca i Syna, panowie, po cóż wy mnie to dajecie, na co mnie piniądze wasze? W tej chwili jednak ktoś wszedł, za potrzebą, więc oni do urynału, pogwizdują… ale jak tylko sami zostaliśmy, znowu przyskoczyli i krzyknął Pyckaclass="underline"
– Bierz, bierz, gdy ci dają, a bierzże, bierz, bo on 300 albo 400 ma Milionów! – Nie bierz od Pyckala, ode mnie weź – krzyknął Baron, furcząc i bzycząc jak osa ode mnie bierz, bo, bójże się Boga, on może i 400 albo 500 Milionów!
Ciumkała zaś jęczał, płakał, wzdychał:
– Dopraszam łaski, a może i 600 Milionów, weźźe Pan Wielmożny i mój grosik! Gdy tak nastają rozczerwienieni, rozpaleni i Piniędzrnj tymi wymachują, mnie je tkają, pchają, a jeden z drugim i z trzecim, jeden przez drugiego, trzeciego, i tak Razem Między sobą na mnie, na mnie, nie chciałem już dłużej wstrętów czynili i pozwoliłem, żeby mnie Piniądze wetknęli. Wtenczas wszyscy do urynału: bo właśnie ktoś wchodził. Ja z piniędzmi tymi we drzwi i z ustępu na salę wybiegłem; a tam muzyka gra, pary się kręcą. Przystanąłem z piniędzmi i widzę, że Gonzal mój przy stoliku wciąż figluje i figluje i figluje…
A to więc Rączką machnie; a to oczkiem strzeli; to znów gałki z chleba podrzuca, to szklaneczką brzęczy, to paluszkiem drobi, a tak pośród tych figielków swoich jak Indor między Wróbelkami… i śmiechem hucznym wita własne figle swoje!; Owóż ci co tam bliżej siedzieli pewnie myśleli, że zawieruszony, ale ja wiedziałem jakie to wino jego i do kogo on owe figielki; kieruje. Choć więc, zbrzydzony, do domu chciałem wracać, umykać, a wszystko to rzucić, widok ten jakby mnie nożem pchnął (a tu piętę do góry zadziera) bo przecie to towarzysz mój (a tu chusteczką zamachał), to mój poplecznik (w dłonie klaska, kolanami strzela) z którym ja chodziłem (dalejże palcami przebierać) więc na to pozwolić nie mogę aby on mnie przed ludźmi takie hece robił (na trąbce papierowej trąbi). Do stolika tedy na powrót się skierowałem.
On, zobaczywszy mnie, z figlów machać, kiwać na mnie zaczął. Dopiroż, gdy się zbliżyłem, zawołał:
– Hej ha, siadaj, siadaj, to się zabawimy! Hej ha, hej ha, sasanka, cacanka! Cacy cacy jest Pankracy, Choć i gładki tyż Ignacy!
I gałką w nos mnie ciska, w papir trąbi, a po cichu mówi:
– Zdrajco, gdzie byłeś, co robiłeś, tobie Nudna moja sprawa! Zaraz tyż szklanką wina ze mną się trąca, bibułki rozrzuca i mnie wino do szklanki nalewa. Napijmy się! Napijmy się! Mama tańców zakazuje, A ja Skoczkiem dokazuję Oj, bawmy się! Oj, używajmy! Wina mnie nalewa. Mnie trudno odmówić, bo hucznie zaprasza. Pijemy. Ale obok, przy drugim stoliku, Baron, Pyckal, Ciumkała zasiedli i wina wołają! Niechże to diabli! Widać że, gdy mnie piniędzy dali, już śmielsi się czuli, a gdy Gonzalo popija, oni tyż do kuflów, do kieliszków, kuflami, kieliszkami, kubkami się trącają, piją, wychylają, wykrzykują, a hejże ha, a hoc hoc, a było nie było! Jednakowoż tyle śmiałości nie mieli, żeby do nas przepijać, więc tylko między sobą przepijali. My też z Gonzalem do siebie przepijamy.
„Oczko moje co tak strzelasz Ubij, zabij, idzie Grzela! A po cichu mówi:
– Idźże do Starego, poproś ich do kompanii. Poznajomimy się. Powiadam:
– Nie można.
Mnie do ręki pod stołem coś pcha i mówi:
– Weź to, weź to, masz to, trzymaj to… a to Piniądze były. Weź, mówi, w potrzebie jesteś, poznaj Przyjaciela, Wielbiciela, a byłeś mnie Przyjacielem był już ja ci Przyjacielem będę! Ja brać nie chcę, ale mnie siłą pcha i wepchał. Owóż byłbym mu te piniądze na ziemię cisnął; ale, że to już tamte piniądze miałem, a tera do tamtych nowe mnie dołożono, sam nie wiem co robić; bo chyba już razem ze cztery tysiące się zebrało. Tymczasem Baron z towarzyszami swymi między sobą popijają; ale i di mnie przepijać zaczęli. Z piniędzmi ich w kieszeni, już tego im nie mogłem zrobić żebym do nich nie przepił; oni wie znowuż do mnie; Gonzalo do mnie; ja do Gonzala; oni do Gonzala; Gonzalo do nich! Pijemy, popijamy. Dopiroż zabawa Buziak, buziak, ojejjóziak, Nie dla Józia moja buzia!
Trąbi w papir, rączką, nóżką macha! Hoc, hoc, hoc! Już tedy my wszyscy razem do siebie od stolika do stolika przepijamy, ale prawdę mówiąc nie do nich a do tamtych Gonzalo pił, to jest do Starego i do syna. Powiada tyż do mnie:
– Idź poproś do kompanii!
Dopiroż wstaję i, do starego się zbliżywszy, w te słowa ozwałem się:
– Wybacz pan natrętność, ale mowę naszą posłyszałem więc Swojaka pozdrowić pragnę.
Zaraz, najuprzejmiej powstawszy, przedstawił się jako Kobrzycki Tomasz, dawniej Major, teraz Emeryt, a i syna swojego Ignacego przedstawił. Potem siadać prosi. Przysiadłem się, on piwem częstuje, ale widać było że mu niezbyt do smaku kompania moja była, a to z przyczyny tamtych Kompanów moich. A głównie, że tam Ryczą, Piją, Hałasują! Widząc więc, że nadzwyczaj porządny, przyzwoity człowiek w te słowa odzywam się:
– Ja w kompanii, ale podobnież trochę sobie podkurzyli; a już to Panu Szanownemu wiadomo, że nikt tutaj znajomości nie wybiera; nieraz i lepiej byłoby, żeby się Znajomi w Nieznajomych przemienili.
A tam hałasują. Ale powiada:
– Rozumiem przymusowi Pana położenie i, jeśli wola, proszę z nami spokojniejszej zażyć zabawy. Dalej tedy rozmawiamy. Człowiek ten nadzwyczajnie zacnym, przyzwoitym był, rysów suchych, regularnych, silnie szpakowaty, oko jasne, siwe i bardzo krzaczaste, twarz sucha, ale omszała, głos także omszały, ręka sucha a również omszała, nos orli, ale krzaczasty i bardzo omszały i takoż uszy, kępkami włosów siwych, starych zarośnięte. Syn z bliska dość zręcznym, składnym mnie się wydal, a tak jemu ręka, noga, tak zęby, czupryna, że szelma, szelma, o, szelma Gonzalo! A tam krzyczą, pokrzykują! Dopiroż Stary do mnie, że Syna Jedynego do wojska wyprawia, a jeśli on do Kraju się nie przedostanie, to w Anglii lub we Francji się zaciągnie, żeby choć z tej strony wrogów szarpał. Owóż, mówi, my do Parku tego zaszliśmy, żeby mój lgnąc przed odjazdem trochę się rozerwał i jemu Ludowe Zabawy pokazać pragnę. Mówi, a tam piją. Co więc w tym człowieku uwagę zwracało, to nadzwyczajna jakaś w mowie i w całym zachowaniu się roztropność, a już tak roztropnym, tak to ostrożnym był w każdem słowie i uczynku swoim, że jak Astronom jaki wciąż tam w sobie bada, nasłuchuje. Nadzwyczaj tyż grzeczny.