Выбрать главу

Oprócz siwowłosego Damera wszyscy uczniowie siedzieli w szeregu, odwróceni tyłem do Randa. Damer stał przed nimi, ze zmarszczonym czołem przypatrywał się kamieniowi wielkości ludzkiej głowy, leżącemu w odległości trzydziestu kroków.

— Teraz — powiedział Taim i Rand poczuł, że Damer obejmuje saidina, zobaczył, jak niewprawnie tka sploty Ognia i Ziemi.

Kamień eksplodował, a Damer i pozostali uczniowie przywarli płasko do ziemi, chroniąc się przed gradem odłamków. Wszyscy oprócz Taima — kamienne odpryski odbiły się od tarczy z Powietrza, którą okrył się w ostatniej chwili. Damer podniósł czujnie głowę i otarł krew z niewielkiej rany pod lewym okiem. Rand zacisnął usta; miał szczęście, że nie trafił go żaden z fruwających w powietrzu odłamków. Obejrzał się w stronę domu; Sora nadal stała w oknie, najwidoczniej nic jej się nie stało. I nadal się w niego wpatrywała. Kury drapały spokojnie pazurami w ziemi, już przyzwyczajone do podobnych wydarzeń.

— Może następnym razem zapamiętacie zasady, które wciąż powtarzam — rzekł spokojnie Taim, sprawiając jednocześnie, że utkany przezeń splot zniknął. — Podczas uderzenia otaczajcie się tarczą, bo inaczej możecie się zabić. — Zerknął na Randa takim wzrokiem, jakby cały czas wiedział, że on tutaj jest. — Róbcie dalej to samo — przykazał uczniom i ruszył w stronę Randa. Tego dnia jego orli nos wyglądał jak symbol okrucieństwa.

Kiedy Damer zasiadł z innymi w szeregu, wstał Eben, oszpecony na twarzy plamami jak po ospie, i nerwowo skubiąc swe wielkie ucho, użył Powietrza, by unieść kolejny kamień z usypanego z boku stosu. Sploty chybotały się; raz nawet upuścił kamień na ziemię, zanim umieścił go na wyznaczonym miejscu.

— Czy to bezpieczne tak ich pozostawiać bez dozoru? — spytał Rand, kiedy Taim do niego podszedł.

Drugi kamień eksplodował podobnie jak pierwszy, ale tym razem wszyscy uczniowie utkali tarcze. Zrobił to również Taim, który osłonił nie tylko siebie, ale również Randa. Rand bez słowa objął ponownie saidina i zrobił własną tarczę, odpychając od siebie Taimową. Taim wykrzywił usta w grymasie udającym uśmiech.

— Kazałeś ich maksymalnie wykorzystać, Lordzie Smoku, toteż ich wykorzystuję. Każę im wszystko robić z pomocą Mocy, codzienne czynności, wszystko. Najnowszy ugotował sobie ubiegłego wieczoru swój pierwszy posiłek. Jedzą zimną strawę, jeśli jej sobie sami nie podgrzeją. Większość czynności wykonują dwa razy wolniej, niż gdyby wykonywali je w zwykły sposób, ale uwierz mi, uczą się najefektywniej, jak tylko to możliwe, posługiwać Mocą. Rzecz jasna, ciągle jeszcze wiedzą bardzo mało.

Zignorowawszy zawarte w tym pytanie, Rand rozejrzał się dookoła.

— Gdzie Haslin? Chyba się znowu nie upił? Mówiłem przecież, jemu wolno pić wino tylko wieczorami. — Henre Haslin był Mistrzem Miecza w Gwardii Królowej, kierował szkoleniami rekrutów, dopóki Rahvin nie zaczął przekształcać Gwardii, wyrzucając z niej wszystkich żołnierzy lojalnych względem Morgase albo posyłając ich na pole bitewne do Cairhien. Haslinowi, zbyt staremu, by nadawał się do wojaczki, dano odprawę i pokazano bramę, a kiedy po Caemlyn rozeszła się wieść o śmierci Morgase, “utonął” w dzbanie z winem. Niemniej jednak wierzył, że to Rahvin — dla niego Gaebril — zabił Morgase, a poza tym mógł nauczać. Kiedy był trzeźwy.

— Odesłałem go — wyjaśnił Taim. — No bo jaki masz pożytek z mieczy? — Eksplodował kolejny kamień. — Sam ledwie sobie radzę, żeby się nie pokłuć, a zresztą nigdy mi nie doskwierał brak tej umiejętności. Oni teraz mają Moc.

“Zabij go! Zabij natychmiast!”

Głos Lewsa Therina roznosił się głuchym echem po wnętrzu Pustki. Rand przegnał echo, ale nie potrafił przegnać gniewu, który nagle zdał się podobny do otaczającej go skorupy. Dzięki Pustce mówił głosem wypranym z emocji:

— Znajdź go, Taim, i sprowadź tutaj. Powiedz mu, że zmieniłeś decyzję. To samo powiedz uczniom. Powiedz im zresztą, co chcesz, ale ja życzę sobie, żeby on był tutaj i codziennie udzielał im lekcji. Oni mają być częścią świata, a nie być od niego odseparowani. Co zrobią, jeśli nie będą mogli przenosić? Przecież ty sam, kiedy Aes Sedai odgrodziły cię tarczą, zdołałbyś uciec, gdybyś potrafił posłużyć się mieczem albo znał się na walce wręcz.

— Uciekłem. Jestem tutaj.

— A ja słyszałem, że wyswobodzili cię twoi wyznawcy; gdyby nie oni, trafiłbyś do Tar Valon, gdzie zostałbyś poskromiony. Ci ludzie nie będą mieli żadnych popleczników. Znajdź Haslina.

Drugi mężczyzna skłonił się lekko.

— Jak Lord Smok każe. Czy to właśnie sprowadza tutaj Lorda Smoka? Haslin i miecze?

Rand nie zareagował na jego pogardliwy ton.

— W Caemlyn są Aes Sedai. Należy skończyć z wyprawami do miasta, zarówno twoimi, jak i uczniów. Światłość wie tylko, co się stanie, gdy któryś wpadnie na Aes Sedai, a ona rozpozna, kim jest. — Albo gdy taki ją rozpozna, tak jak on bez wątpienia potrafi to zrobić. Zapewne rzuci się do ucieczki albo wpadnie w panikę, zdradzając się jednym jak i drugim. A to przypieczętowałoby jego los. Sam, na własnej skórze, przekonał się, że taka Verin albo Alanna mogłaby obezwładnić każdego z uczniów jak dziecko.

Taim wzruszył ramionami.

— Już teraz każdy z nich jest w stanie zrobić z głową Aes Sedai to samo co z jednym z tych kamieni. Tylko splot byłby nieco inny. — Obejrzawszy się przez ramię, podniósł głos: — Skup się, Adley. Skup się. — Chudy osobnik stojący przed pozostałymi uczniami, zbudowany jakby z samych tylko rąk i nóg, wzdrygnął się i wypuścił saidina. Po chwili niezdarnie go odnalazł. Kolejny kamień eksplodował, kiedy Taim zwrócił się w stronę Randa: — Skoro już o tym mowa, mógłbym... sam je... usunąć, jeśli ty tego nie zamierzasz zrobić.

— Gdybym chciał ich śmierci, tobym je zabił. — Uważał, że potrafiłby to zrobić, gdyby one starały się go zabić albo poskromić. Miał nadzieję, że potrafiłby. Tylko czy one będą próbowały zrobić jedno albo drugie po tym, jak nałożyły na niego zobowiązanie? Ta sprawa należała do tych, o których nie zamierzał informować Taima; nawet bez pomruków Lewsa Therina nie ufał temu człowiekowi dostatecznie, by ujawniać słabości, które był w stanie ukryć.

“Światłości, czym są te pęta, którymi związała mnie Alanna?”

— Powiadomię cię, kiedy przyjdzie pora na zabijanie Aes Sedai. Do tego czasu żadnemu nie wolno nawet krzyknąć na widok którejś, chyba że będzie starała się urwać mu głowę. W rzeczy samej macie się trzymać od Aes Sedai najdalej, jak tylko możecie. Nie życzę sobie żadnych incydentów, niczego, co mogłoby je usposobić wrogo względem mnie.

— Myślisz, że jeszcze nie są wrogo nastawione? — mruknął Taim. Rand znowu zlekceważył jego słowa. Tym razem dlatego, bo nie był pewien, co odpowiedzieć.

— I nie chcę też, by któryś zginął albo został poskromiony tylko dlatego, że nie potrafił usiedzieć na miejscu. Dopilnuj, by o tym wiedzieli. Obarczam cię odpowiedzialnością za nich.

— Jak sobie życzysz — odparł Taim i znowu wzruszył ramionami. — Niektórzy umrą prędzej lub później, chyba że zamierzasz ich trzymać w tym zamknięciu przez całą wieczność. Zresztą nawet jeśli tak zrobisz, niektórzy i tak zapewne umrą. Tego prawie nie da się uniknąć, chyba że spowolnię tempo lekcji. Nie musiałbyś tak nimi oszczędnie gospodarzyć, gdybyś mi pozwolił udać się na poszukiwania.

Znowu to samo. Rand popatrzył na uczniów. Spocony jasnowłosy młodzieniec o niebieskich oczach z trudem układał kamień na wyznaczonym miejscu. Stale gubił saidina, toteż kamień przemieszczał się małymi skokami po ziemi. Za kilka godzin z pałacu miał tu przyjechać wóz z kandydatami, którzy przybyli od poprzedniego popołudnia. Tym razem czterech. W niektóre dni bywało ich tylko trzech albo dwóch, aczkolwiek rzesza systematycznie rosła. Osiemnastu od czasu, gdy przed siedmioma dniami sprowadził tutaj Taima, ale tylko trzech mogło się uczyć przenoszenia. Taim upierał się, że jest to znacząca liczba, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż przybyli do Caemlyn po to tylko, by szukać jakiejś okazji. Wskazywał również, i to nie raz, że przy takim tempie w ciągu jakichś sześciu lat będą w stanie dorównać liczebnie Wieży. Rand zdawał sobie jednak doskonale sprawę, że nie dysponuje tak długim czasem. Nie mógł więc pozwolić, żeby uczyli się wolniej.