Выбрать главу

— Jak byś to zrobił?

— Użyłbym bram. — Taim pojął już, czym są bramy; bardzo szybko uczył się wszystkiego, co mu pokazywał Rand. — Dziennie mógłbym odwiedzać dwie albo nawet trzy wioski. Z wioskami byłoby na początku łatwiej niż z małymi miasteczkami. Każę Flinnowi doglądać przebiegu lekcji; wbrew temu, co widziałeś, on jest najbardziej zaawansowany. Zabiorę z sobą Grady’ego, Hopwila albo Morra. Będziesz nam musiał dostarczyć jakieś porządne konie. Ta chabeta, która ciągnie nasz wózek, nie nadaje się.

— Ale co ty zamierzasz? Ot tak sobie jeździć i głosić wszem i wobec, że szukasz mężczyzn, którzy chcą przenosić? Będziesz miał szczęście, jeśli wieśniacy nie będą cię próbowali natychmiast powiesić.

— Potrafię być trochę bardziej ostrożny — odparł oschłym tonem Taim. — Powiem, że prowadzę werbunek wyznawców Smoka Odrodzonego. — To miała być ta jego ostrożność? Nieszczególnie to wyglądało. — Coś takiego powinno w dostatecznym stopniu przestraszyć ludzi, aby nie skakali mi do gardła, przynajmniej przez jakiś czas, kiedy ja będę gromadził chętnych. A jednocześnie eliminował tych, którzy nie są gotowi cię wesprzeć. Bo chyba nie chcesz szkolić takich, którzy przy pierwszej lepszej okazji zwrócą się przeciwko tobie. — Uniósł pytająco brew, ale nie poczekał na oczywistą odpowiedź. — Będę ich najpierw wyprowadzał z danej wioski, a potem ściągał tutaj przez bramę. Niektórzy mogą panikować, ale z takimi powinienem poradzić sobie bez trudu. Jak już się zgodzą pójść za mężczyzną, który potrafi przenosić, to raczej nie będą się wzdragać z udzieleniem mi zgody na poddanie ich sprawdzianom. Tych, którzy obleją sprawdzian, odeślę do Caemlyn. Czas najwyższy, żebyś zaczął gromadzić własną armię, zamiast polegać na cudzej. Bashere może zmienić zdanie; zmieni je, jeśli tak każe Tenobia. I kto wie, co zrobią ci tak zwani Aielowie. — Umilkł w tym momencie, Rand jednak poskromił język. Sam myślał podobnie, aczkolwiek z pewnością nie na temat Aielów, jednak Taim wcale nie musiał o tym wiedzieć. Po chwili mężczyzna mówił dalej, jakby w ogóle nie poruszył tego wątku. — Proponuję ci zakład. Ty sam określisz stawkę. Pierwszego dnia werbunku znajdę tylu mężczyzn, którzy mogą się uczyć, ilu w ciągu miesiąca przybędzie do Caemlyn na własną rękę. Kiedy Flinn i kilku innych będą już gotowi wyprawiać się na samodzielne poszukiwania... — Rozłożył ręce. — Dla ciebie w niecały rok dorównam Wieży. I każdy mężczyzna będzie stanowił broń.

Rand wahał się. Dając Taimowi wolną rękę, ryzykował. Ten człowiek zachowywał się zbyt agresywnie. Co on zrobi, jeśli podczas którejś ze swych wypraw napotka Aes Sedai? Może dotrzyma słowa i daruje jej życie, ale co będzie, jeśli tamta odkryje, kim on jest? Albo nawet otoczy go tarczą i pojmie do niewoli? Na taką stratę Rand nie mógł sobie pozwolić. Nie dałby rady sam szkolić uczniów i jednocześnie zajmować się innymi sprawami. Sześć lat na dorównanie Wieży. O ile Aes Sedai nie znajdą prędzej farmy i nie zniszczą jej razem z uczniami, zanim ci nie nauczą się bronić. Albo mniej niż rok. Ostatecznie skinął głową. Jakby z oddalenia dobiegał go szmer obłąkańczego głosu Lewsa Therina.

— Dostaniesz swoje konie.

12

Pytania i odpowiedzi

— No i co? — spytała Nynaeve, najbardziej cierpliwym tonem, na jaki ją było stać. Dużo wysiłku kosztowało ją trzymanie rąk na podołku, podobnie zresztą jak spokojne siedzenie na łóżku. Stłumiła ziewnięcie. Pora była wczesna, a ona nie wysypiała się już od trzech dni pod rząd. Wiklinowa klatka ziała pustką, śpiewająca jaskółka odzyskała wolność. Żałowała, że ona sama nie może być wolna. — No i co?

Elayne klęczała na łóżku, wystawiwszy głowę i ramiona przez okno, wyglądała na malutką alejkę biegnącą pod domem. Z tego miejsca dysponowała niewielkim fragmentem widoku na tyły Małej Wieży, w której Zasiadające już od wczesnego ranka przyjmowały emisariuszkę z Białej Wieży. Widok był ograniczony, wystarczał jednak, by dostrzec część zabezpieczeń przeciwko podsłuchiwaniu, opasujących budynek karczmy. Miały zatrzymywać każdego, kto próbował słuchać, posługując się Mocą. Oto jaką płaciły cenę za podzielenie się z tamtymi wiedzą.

Po jakiejś chwili Elayne, z miną wyrażającą przygnębienie, przysiadła na piętach.

— No i nic. Twierdziłaś, że te sploty przenikną przez zabezpieczenia i nikt ich nie wykryje. Raczej mnie nie zauważono, ale w ogóle nic nie usłyszałam.

To ostatnie było skierowane do Moghedien, która siedziała w kącie na rozpadającym się zydlu. Brak choćby kropli potu na twarzy kobiety bezgranicznie irytował Nynaeve. Przeklęta twierdziła, że trzeba jakiś czas parać się Mocą, żeby osiągnąć dystans niezbędny do nieodczuwania gorąca albo zimna, co bynajmniej nie brzmiało lepiej od niejasnych obietnic Aes Sedai, jakoby to miało przyjść “kiedyś”, samo z siebie. Nynaeve i Elayne całe ociekały potem, natomiast Moghedien wyglądała tak, jakby to był chłodny wiosenny dzień. Światłości, ależ to działało na nerwy!

— Powiedziałam, że powinny. — Ciemne oczy Moghedien błyskały zaczepnie, przeważnie jednak patrzyła na Elayne; zawsze skupiała się na tej, która akurat nosiła bransoletę. — Powinny. Istnieją tysiące sposobów na ustawianie zabezpieczeń. Czasami trzeba wielu dni na utkanie w nich dziury.

Nynaeve trzymała język na wodzy, ale przychodziło jej to z wielkim trudem. Próbowały już tak od wielu dni. Mijał trzeci dzień od przyjazdu Tarny Feir, a Komnata nadal utrzymywała w tajemnicy treść wystosowanego przez Elaidę posłania przywiezionego przez Czerwoną siostrę. No cóż, Sheriam, Myrelle i całe to towarzystwo je znały — Nynaeve nie byłaby zdziwiona, gdyby je poznały o wiele wcześniej niż Komnata — ale nawet Siuan i Leane odmówiono wstępu na te posiedzenia. Tak przynajmniej twierdziły te dwie.

Nynaeve zorientowała się, że skubie fałdy spódnicy, więc wysiłkiem woli unieruchomiła ręce. Musiały jakimś sposobem się dowiedzieć, czego chce Elaida i, co ważniejsze, poznać odpowiedź Komnaty. Musiały. Nieważne jakim sposobem.

— Muszę już iść — powiedział Elayne i westchnęła. — Mam znowu pokazywać kolejnym siostrom, jak się wytwarza ter’angreale. — Bardzo niewiele Aes Sedai w Salidarze zdradzało do tego dryg, ale wszystkie chciały się uczyć i większość zdawała się uważać, że się nauczą, kiedy już zmuszą Elayne, by im to zademonstrowała dostateczną ilość razy. — Lepiej ty ją włóż — dodała, odpinając bransoletę. — Kiedy siostry mnie już puszczą, wypróbuję jedną nową rzecz dotyczącą tworzenia ter’angreali, a potem mam lekcję z nowicjuszkami. — Tym ostatnim też nie była specjalnie uszczęśliwiona, odwrotnie niż za pierwszym razem. Teraz po każdej lekcji wracała pełna irytacji, zjeżona zupełnie jak jakiś kot. Najmłodsze dziewczęta, nadgorliwe, rzucały się na rzeczy, z którymi w ogóle nie umiały sobie radzić, często nawet nie pytając uprzednio o pozwolenie, a te starsze, mimo iż nieco ostrożniejsze, lubiły się wykłócać albo wręcz odmawiać wykonania rozkazu kobiety młodszej od nich o sześć albo siedem lat. Elayne nabrała zwyczaju pomrukiwać “głupie nowicjuszki” i “uparte idiotki”, jakby była Przyjętą od dziesięciu lat. — Wykorzystaj ten czas na pytania, jeśli chcesz. Może tobie pójdzie łatwiej niż mnie z umiejętnością wykrywania, kiedy mężczyzna przenosi.