Nie poczuła swędzenia, kiedy pokonała zabezpieczenie. W ogóle niczego nie poczuła. Wiedziała, że nie poczuje. Od jego dotykania nie mogło jej się nic stać, ale i tak przywarła płasko do szorstkiego kamiennego muru. Po twarzy muskały ją gałązki pnączy wrosłe w szczeliny.
Powoli podpełzła do najbliższego okna — i w tym momencie omal nie zawróciła i nie zrezygnowała. Okno było szczelnie zamknięte, ale brakowało w nim szyb, które zastąpiono nasiąkniętą olejem szmatą; szmata być może przepuszczała światło, nie pozwalała jednak zobaczyć niczego w środku. Ani usłyszeć; w każdym razie jeśli nawet w tej izbie ktoś był, to i tak nie dochodził z niej żaden dźwięk. Zrobiwszy głęboki wdech, cal po calu skradała się w stronę następnego okna. W tym również brakowało jednej szyby, ale przez pozostałe było widać zniszczony, niegdyś paradny stół zasłany papierami i kałamarzami, kilka krzeseł, poza tym wnętrze było puste.
Mnąc w ustach przekleństwo, które zasłyszała kiedyś od Elayne — ta dziewczyna dysponowała ich zaskakującym zapasem — skradała się dalej, wymacując drogę po szorstkich kamieniach. Trzecie okno było uchylone. Przycisnęła nos do szyby. I natychmiast od niej odskoczyła. Raczej nie wierzyła, że coś znajdzie, a tymczasem we wnętrzu izby dostrzegła Tarnę. Wprawdzie nie w otoczeniu Zasiadających, ale za to z Sheriam, Myrelle i resztą tego towarzystwa. Gdyby serce nie łomotało jej tak mocno, usłyszałaby pomruk ich głosów, zanim zajrzała przez szybę.
Uklękła i przysunęła się do parapetu, najbliżej jak mogła, by nikt jej nie zobaczył od wewnątrz. Dolna część okiennicy ocierała się o czubek jej głowy.
— ...pewne, że taką właśnie wiadomość mam zawieźć z powrotem? — Ten stalowy głos musiał należeć do Tamy. — Żądacie więcej czasu na zastanowienie? Nad czym się tu zastanawiać?
— Wieża... — zaczęła Sheriam.
— Wieża — powtórzyła drwiąco emisariuszka z Wieży. — Nie myślcie sobie, że jestem ślepa i nie widzę, kto tu rządzi. Tutejsza tak zwana Wieża myśli to, co wasza szóstka każe jej myśleć.
— Wieża poprosiła o więcej czasu — powiedziała stanowczo Beonin. — Kto wie, jaką decyzję podejmą ostatecznie?
— Elaida będzie musiała zaczekać, zanim pozna ich decyzję — powiedziała Morvrin, całkiem udatnie naśladując zimny ton Tarny. — Czy ona nie może zaczekać choć trochę, żeby zobaczyć ponownie scaloną Wieżę?
Na co Tarna odpowiedziała jeszcze tonem jeszcze bardziej lodowatym:
— Zawiozę wasze... przesłanie waszej Komnaty do Amyrlin. Zobaczymy, jakie będzie jej zdanie. — Jakieś drzwi otworzyły się i zamknęły z głośnym trzaskiem.
Nynaeve aż miała ochotę krzyknąć z rozczarowania. Poznała odpowiedź, ale nie poznała treści pytania. Że też Janya i Delana nie puściły jej trochę wcześniej. Cóż, to lepsze niż nic. Lepsze niż: “Wrócimy i okażemy posłuszeństwo Elaidzie”. Nie było sensu tu zostawać w oczekiwaniu, aż któraś wyjrzy przez okno i zauważy ją.
Już zaczęła się cofać, gdy odezwała się Myrelle:
— Może powinnyśmy tylko wysłać jakąś wiadomość. Może powinnyśmy zwyczajnie ją wezwać.
Nynaeve została na swoim miejscu, marszcząc czoło. Kogo wezwać?
— Trzeba przestrzegać form — burknęła Morvrin. — To powinno się odbyć z należytym ceremoniałem.
Tuż po niej przemówiła Beonin, bardziej stanowczym tonem:
— Musimy przestrzegać litery prawa co do joty. Najmniejsze uchybienie zostanie wykorzystane przeciwko nam.
— A jeśli popełniłyśmy jakiś błąd? — Głos Carlinyi wskazywał, że po raz pierwszy w życiu coś ją poruszyło. — Ile jeszcze mamy czekać? Jak długo odważymy się czekać?
— Tak długo, jak będzie trzeba — odparła Morvrin.
— Tak długo, jak będziemy musiały. — To padło z ust Beonin. — Nie czekałam tak długo na to posłuszne dziecko po to tylko, by teraz zaniechać naszych planów.
To z jakiegoś powodu spowodowało milczenie, aczkolwiek Nynaeve usłyszała, jak któraś pomrukuje “posłuszne”, jakby badała to słowo. Jakie dziecko? Nowicjuszka? Przyjęta? Siostry nigdy nie czekały na nowicjuszki albo Przyjęte.
— Zaszłyśmy za daleko, żeby teraz zawracać, Carlinya — stwierdziła ostatecznie Sheriam. — Albo sprowadzimy ją tutaj i dopilnujemy, by zrobiła to, co powinna, albo pozostawimy wszystko Wieży i będziemy liczyć, że one nas nie powiodą ku katastrofie. — Sądząc z jej tonu, uważała, że nadzieja dobra jest chyba tylko dla głupców.
— Jedno omsknięcie — rzekła chłodno Carlinya, chłodniej jeszcze niż zazwyczaj — i skończymy z głowami nabitymi na piki.
— Tylko kto je nabije? — spytała po namyśle Anayia. — Elaida, Komnata czy Rand al’Thor?
Milczenie przeciągało się, za to zaszeleściły spódnice, po czym raz jeszcze rozległ się trzask towarzyszący otwieraniu i zamykaniu drzwi.
Nynaeve zaryzykowała i zerknęła. Izba opustoszała. Westchnęła z rozdrażnieniem. Niewielka w tym pociecha, że zamierzają czekać; treść ostatecznej odpowiedzi nadal mogła być każda. Komentarz Anayi wskazywał, że wciąż wystrzegały się Randa tak samo jak Elaidy. Może nawet bardziej. Elaida nie gromadziła mężczyzn, którzy potrafili przenosić. I kim jest to “posłuszne dziecko”? Nie, to akurat nie miało znaczenia. Mogły knuć pięćdziesiąt spisków, o których ona i tak nie miała zielonego pojęcia.
Zabezpieczenie zamrugało i zniknęło; Nynaeve drgnęła. Już dawno temu powinna była stąd zniknąć. Wyprostowawszy się niezdarnie, żwawo otrzepała kolana, jednocześnie odrywając się od muru. Zrobiła tylko jeden krok. Znieruchomiała, zgięta w pół, z rękoma przywartymi do brudnych plam na sukni. Patrzyła na Theodrin.
Kobieta Domani o policzkach barwy jabłka spojrzała jej w oczy, ale nie powiedziała ani słowa.
Nynaeve dokonała pospiesznej oceny sytuacji i zrezygnowała z głupawego zapewniania, że szukała czegoś, co tu niechcący upuściła. Wyprostowała się więc i przeszła wolno obok drugiej kobiety, jakby tu nie było czego wyjaśniać. Theodrin zrównała z nią krok, z dłońmi splecionymi z tyłu. Nynaeve zastanawiała się, jaki ma wybór. Mogła uderzyć Theodrin w głowę i uciec. Albo paść na kolana i błagać. Oba te pomysły, jak na jej gust, były raczej mało stosowne, ale jakoś nie potrafiła wpaść na nic pośredniego.
— Czy udało ci się zachować opanowanie? — spytała Theodrin, patrząc prosto przed siebie.
Nynaeve wzdrygnęła się. Tak brzmiało zalecenie, jakiego ta kobieta udzieliła jej wczoraj po nieudanej próbie obalenia blokady. “Bądź opanowana, bardzo opanowana; niech twoje myśli będą spokojne, zrównoważone”.
— Oczywiście — odparła i uśmiechnęła się blado. — Czy ja mam jakieś powody do zdenerwowania?
— To wspaniale — stwierdziła spokojnie Theodrin. — Dzisiaj zamierzam spróbować czegoś bardziej... bezpośredniego.
Nynaeve zerknęła na nią. Żadnych pytań? Żadnych oskarżeń? Oceniając dotychczasowy przebieg tego dnia, nie wierzyła, by to, co zrobiła, mogło ujść jej na sucho.
Nie obejrzała się w stronę kamiennego budynku, więc nie zobaczyła kobiety, która obserwowała ją i Theodrin z okna na pierwszym piętrze.
13
Pod kurzem
Zastanawiając się, czy rozpleść warkocz, Nynaeve wyjrzała ponuro spod postrzępionego ręcznika w czerwone paski na swoją suknię i bieliznę, przewieszone przez oparcia krzeseł; ściekająca z nich woda kapała na wymiecione do czysta deski podłogi. Inny zniszczony ręcznik, w zielone i białe paski, znacznie większy, służył jej jako zastępcze odzienie.
— Wiemy już teraz, że wstrząs nie działa — warknęła na Theodrin i skrzywiła się. Bolała ją szczęka i nadal piekł policzek. Theodrin reagowała szybko i miała silną rękę. — Teraz mogłabym przenieść, ale w tamtej chwili saidar był ostatnią rzeczą, o jakiej chciało mi się myśleć. — W chwili, podczas której, cała zalana wodą, łapała oddech, kiedy wszelka myśl ulotniła się, a jej miejsce zajął instynkt.