— Ach tak. To w takim razie przenieś teraz, żeby wysuszyć rzeczy — mruknęła Theodrin.
Szczęka od razu przestała ją tak boleć, gdy zobaczyła, jak Theodrin zagląda do trójkątnego kawałka rozbitego lusterka i trze palcem oko. Otaczająca je skóra zdążyła już obrzmieć i Nynaeve podejrzewała, że siniec będzie doprawdy okazały, jeśli nic z nim nie zostanie zrobione. Sama też nie miała słabej ręki. Taki siniec to najmniejsza kara, na jaką zasłużyła sobie Theodrin!
Być może tej przyszło do głowy to samo, bo powiedziała z westchnieniem:
— Tego już więcej nie zastosuję. Ale nauczę cię, w taki czy inny sposób, poddawania się saidarowi, byś nie musiała przedtem być gotowa gryźć go ze złości.
Nynaeve zastanawiała się chwilę, popatrując krzywo na przesiąknięte wodą ubranie. Nigdy dotąd nie robiła czegoś takiego. Zakaz zabraniający posługiwania się Mocą przy wykonywaniu codziennych czynności egzekwowany był surowo i nie bez powodu. Saidar potrafił skusić. Im więcej przeniosłaś, tym jeszcze więcej pragnęłaś przenieść, a im więcej pragnęłaś przenieść, tym większe było ryzyko, że ostatecznie zaczerpniesz za dużo i albo sama się ujarzmisz, albo się zabijesz. W danej chwili słodycz Prawdziwego Źródła napełniała ją, nie napotykając na żadne przeszkody. W znacznej mierze przyczyniła się do tego Theodrin i jej wiadro, aczkolwiek wystarczyłby pewnie ten poranek. Zwykły splot Wody odsączył wilgoć z ubrania, która zebrała się na posadzce w postaci kałuży, dołączając szybko do większej kałuży wody, jaką tamta wylała na nią z wiadra.
— Nie jestem specjalnie dobra w poddawaniu się — oświadczyła. No chyba że nie było sensu walczyć. Tylko głupiec obstawał przy swoim, jeśli nie miał żadnej szansy. Nie potrafiła oddychać pod wodą, nie potrafiła pofrunąć, gdy machała rękami. I nie potrafiła przenosić, jeśli nie była zła.
Theodrin przeniosła krzywe spojrzenie z kałuży na Nynaeve, wspierając pięści na smukłych biodrach.
— Wiem o tym znakomicie — odparła tonem trochę zbyt surowym. — Z wszelkich nauk, jakie otrzymałam, wynika, że ty w ogóle nie powinnaś być zdolna do przenoszenia. Mnie uczono, że do przenoszenia niezbędny jest spokój, chłód oraz wewnętrzne opanowanie i że jednocześnie trzeba być otwartym i całkiem uległym. — W tym momencie otoczyła się łuną saidara i strumienie Wody zebrały kałużę w kulę, osiadłą absurdalnie na posadzce. — Trzeba się najpierw poddać, żeby potem móc kierować. Ale ty, Nynaeve... jakbyś mocno nie starała się poddać, a widziałam, jak próbujesz, ty się opierasz do ostatka, wczepiona paznokciami, dopóki coś cię tak rozwścieczy, że się zapomnisz. — Strumienie Powietrza uniosły rozkołysaną kulę. Nynaeve przez chwilę miała wrażenie, że druga kobieta zamierza ją zdzielić tą kulą, ale wodna bańka przepłynęła przez izbę i wyfrunęła za otwarte okno. Gdy spadła z głośnym pluskiem, usłyszały przerażony wrzask kota. Być może zakaz nie obowiązywał, gdy ktoś osiągnął taki poziom umiejętności jak Theodrin.
— Czemu tego tak nie zostawić? — Nynaeve starała się mówić pogodnym tonem, ale sama słyszała, że robiła to bez powodzenia. Chciała przenosić wtedy, kiedy zechce. Ale jak mówiło stare porzekadło: “Gdyby życzenia były skrzydłami, to świnie by latały”. — Nie ma sensu marnować...
— Daj sobie spokój — powiedziała Theodrin, kiedy Nynaeve spróbowała wysuszyć włosy splotem Wody. — Uwolnij saidara i pozwól im wyschnąć naturalnie. I ubierz się.
Nynaeve zmrużyła oczy.
— Nie chowasz chyba w zanadrzu jakiejś nowej niespodzianki, prawda?
— Nie. A teraz zacznij przygotowywać umysł. Jesteś pączkiem kwiatowym, który czuje ciepło Źródła, gotowym otworzyć się na to ciepło. Saidar jest rzeką, ty brzegiem. Rzeka jest potężniejsza niż brzeg, ale brzeg ogranicza ją i prowadzi. Opróżnij umysł, pozostawiając sam pączek. W twych myślach nie istnieje nic oprócz pączka. Jesteś pączkiem...
Wciągnąwszy koszulę przez głowę, Nynaeve westchnęła, zasłuchana w jednostajne, hipnotyczne brzmienie głosu Theodrin. Ćwiczenia nowicjuszek. Gdyby działały w jej przypadku, już dawno temu zaczęłaby przenosić, wedle własnej woli. Powinna to przerwać i przekonać się, co naprawdę potrafi zrobić, czy na przykład namówi Elayne na wyprawę do Caemlyn. Ale jednocześnie chciała, żeby Theodrin się powiodło, nawet gdyby to wymagało użycia dziesięciu wiader wody. Przyjęte nie wychodzą bez pozwolenia; Przyjęte się nie buntują. Nie znosiła, jak jej ktoś mówił, czego nie wolno robić, bardziej nawet niż wówczas, gdy jej mówiono, co zrobić musi.
Mijały całe godziny, a one siedziały naprzeciwko siebie, po dwóch stronach stołu, który tak wyglądał, jakby go zabrano z jakiejś zrujnowanej farmy, i bez końca powtarzały ćwiczenia, które nowicjuszki prawdopodobnie z miejsca wykonywały poprawnie. Pączek kwiatowy i brzeg rzeki. Letni wietrzyk i szemrzący strumyk. Próbowała stać się nasionkiem żonkila unoszącym się na wietrze, ziemią spijającą wiosenny deszcz, korzeniem wciskającym się w głąb gleby. Wszystko bez efektu, albo w każdym razie bez tego efektu, jakiego domagała się Theodrin. Zaproponowała nawet, by Nynaeve wyobraziła sobie siebie w ramionach kochanka, co odniosło katastrofalny skutek, ponieważ zaczęła wtedy myśleć o Lanie i o tym, że on śmiał zniknąć w taki sposób! A kiedy rozgoryczenie rozpalało gniew niczym rozżarzony węgiel rzucony na suchą trawę, pozwalając jej objąć saidara, Theodrin z miejsca kazała jej go uwalniać i zaczynać od nowa, pocieszając ją jednocześnie i uspokajając. Zawziętość, z jaką ta kobieta dążyła do swego celu, przyprawiała o szaleństwo. Nynaeve miała wrażenie, że tamta potrafiłaby muły uczyć uporu. Ani razu się nie zniechęciła, była mistrzynią opanowania. Nynaeve miała ochotę postawić jej na głowie wiadro z wodą, do góry dnem, i sprawdzić, co ona na to. Ale potem ból w szczęce dał znać o sobie i stwierdziła, że to chyba nie jest dobry pomysł.
Theodrin Uzdrowiła ból, zanim Nynaeve wyszła, wykorzystując do tego chyba cały zakres swych umiejętności w tym Talencie. Po krótkiej chwili Nynaeve zrewanżowała się tym samym. Oko Theodrin nabrało barwy jaskrawej purpury; Nynaeve nie potrafiła ścierpieć myśli, że nie może go tak zostawić, by przypominało tej kobiecie, że w przyszłości ma uważać na to, co robi. Tak czy owak rezultat okazał się pomyślny, a posykiwania i dreszcze, jakimi Theodrin zareagowała na przepływające przez nią sploty Ducha, Powietrza i Wody, stanowiły jakąś rekompensatę za wrzask, jaki wydała z siebie Nynaeve, kiedy wylała się na nią zawartość wiadra. Sama oczywiście też dygotała podczas Uzdrawiania, ale ostatecznie nie można mieć wszystkiego.
Po wyjściu na zewnątrz stwierdziła, że słońce pokonało już połowę drogi do zachodniego horyzontu. Przez tłumy zgromadzone na ulicy szła fala ukłonów i dygnięć, a po chwili ruchliwa ciżba rozstąpiła się, ukazując Tarnę Feir, która szła majestatycznym krokiem niczym królowa przez chlew; szal z czerwonymi frędzlami zapętlony na ramionach bił w oczy jak jakiś sztandar. Nawet z odległości pięćdziesięciu kroków jej nastawienie wobec otoczenia było oczywiste; odzwierciedlał je sposób, w jaki trzymała głowę, podkasywała spódnice, by ich nie unurzać w kurzu, lekceważyła nawet uprzejmości kierowane do niej przez mijających ją ludzi. Pierwszego dnia tych grzeczności towarzyszyło jej znacznie mniej, a za to znacznie więcej wrzawy, ale Aes Sedai to Aes Sedai, w każdym razie w opinii sióstr zgromadzonych w Salidarze. Żeby to podkreślić jeszcze dobitniej, dwie Przyjęte, pięć nowicjuszek i blisko tuzin służących spędzało czas, który normalnie mieliby wolny, na targaniu odpadków z kuchni i zawartości nocnych naczyń do lasu, gdzie potem musieli je zakopywać.