Nynaeve wyrzuciła ręce w górę. Gdyby czyjś wygląd stanowił odzwierciedlenie charakteru, to wtedy Elayne wyglądałaby jak muł wyrzeźbiony z kamienia. Ta dziewczyna wymyśliła sobie, że Thom Merrilin zastąpi jej ojca, który umarł, kiedy była mała. Czasami również zdawała się myśleć, że on nie znajdzie drogi do stołu, jeśli ona go nie podprowadzi za rękę.
Wrażenie, że ktoś obejmuje saidara, stanowiło jedyne ostrzeżenie, jakie Nynaeve odebrała; splot Powietrza otworzył z impetem drzwi i do izby wkroczyła Tarna Feir. Nynaeve i Elayne poderwały się na równe nogi. Aes Sedai to Aes Sedai; niektóre z osób, którym kazano usuwać odpadki, czyniły to wyłącznie z polecenia samej Tarny.
Jasnowłosa Czerwona siostra przyjrzała się im dokładnie, z twarzą jakby wykutą z marmuru, na której malowała się zimna arogancja.
— No tak. Królowa Andoru i ułomna dzikuska.
— Jeszcze nie, Aes Sedai — odparła Elayne z chłodną uprzejmością. — Jeszcze nie, dopóki nie zostanę koronowana w Wielkiej Sali. I tylko wtedy, jeżeli moja matka rzeczywiście nie żyje — dodała.
Uśmiech Tarny mógłby zamrozić nawet śnieżną burzę.
— Oczywiście. Próbowały utrzymać w tajemnicy twoją obecność, ale pogłoski się szerzą. — Objęła spojrzeniem wąskie łóżka i rozklekotany zydel, ubrania powieszone na kołkach i popękany tynk. — Wydawałoby się, że powinnyście dostać lepsze kwatery, jeśli wziąć pod uwagę dokonywane przez was cuda. Nie zdziwiłabym się, gdyby w Wieży, do której należycie, poddano was sprawdzianom wiodącym do szala.
— Dziękuję — powiedziała Nynaeve, żeby pokazać, że potrafi być równie cywilizowana jak Elayne. Tarna spojrzała na nią. W porównaniu z tymi niebieskimi oczyma reszta twarzy zdawała się ciepła. — Aes Sedai — dodała pospiesznie Nynaeve.
Tarna zwróciła się z powrotem do Elayne.
— Amyrlin ma w sercu specjalne miejsce dla ciebie i dla Andoru. Nie uwierzyłabyś, jak intensywne są poszukiwania twojej osoby z jej rozkazu. Wiem, że byłaby wielce kontenta, gdybyś wróciła ze mną do Tar Valon.
— Moje miejsce jest tutaj, Aes Sedai. — Elayne nadal przemawiała uprzejmym głosem, ale jednocześnie zadarła wysoko podbródek, znakomicie tym współzawodnicząc z wyniosłością Tarny. — Wrócę do Tar Valon tylko razem z innymi.
— Rozumiem — odparła obojętnie Czerwona. — Bardzo dobrze. A teraz bądź łaskawa wyjść. Chcę porozmawiać z tą dzikuską w cztery oczy.
Nynaeve i Elayne wymieniły spojrzenia, ale Elayne nie mogła zrobić nic więcej, jak tylko dygnąć i wyjść.
Kiedy drzwi się zamknęły, w Tarnie zaszła zaskakująca zmiana. Usiadła na łóżku Elayne, podciągnęła nogi, krzyżując je w kostkach, oparła się o zniszczone wezgłowie i splotła ręce na brzuchu. Twarz jej odtajała, uśmiechnęła się nawet.
— Wyglądasz na zdenerwowaną. Nie masz czym. Ja cię nie ugryzę.
Nynaeve uwierzyłaby w to, gdyby zmiana objęła również oczy kobiety. Uśmiech ani ich nie tknął; kontrast sprawił, że teraz spojrzenie Tary zdawało się dziesięć razy twardsze niż przedtem, sto razy bardziej zimne. Aż skóra jej ścierpła na widok takiej kombinacji.
— Wcale się nie denerwuję — odparła sztywno, chowając stopy pod siebie, żeby przestać nimi nerwowo ruszać.
— Ach tak. Obraziłaś się, co? Dlaczego? Bo nazwałam cię “dzikuską”? Widzisz, ja też jestem dzikuską. Sama Galina Casban wybiła ze mnie blokadę. Dużo wcześniej ode mnie wiedziała, do jakich Ajah będę należeć i zainteresowała się mną osobiście. Zawsze się interesuje tymi, które jej zdaniem wybiorą Czerwone. — Pokręciła głową, śmiejąc się, z oczyma niczym ostrza lodowych sopli. — Wiele godzin wyłam i płakałam ze wściekłości, zanim nareszcie nauczyłam się znajdować saidara, nie zamykając przedtem oczu z całej siły; nie utkasz nic, jeśli nie widzisz splotów. Jak sądzę, Theodrin stosuje wobec ciebie łagodniejsze metody.
Nynaeve wbrew sobie zaszurała stopami. Tego Theodrin z pewnością nie spróbuje! Na pewno nie. Usztywnienie kolan nie miało żadnego wpływu na trzepotanie w żołądku. A więc to tak. Nie wolno jej się obrażać? I miała puścić mimo uszu tę “ułomną”?
— O czym chciałaś ze mną porozmawiać, Aes Sedai?
— Amyrlin pragnie zobaczyć Elayne całą i zdrową, ale z wielu względów ty jesteś w równym stopniu ważna. Może nawet jeszcze bardziej. Wiedza na temat Randa al’Thora, jaka kryje się w twojej głowie, jest prawdopodobnie bezcenna. Zapewne również to, co mogłaby opowiedzieć Egwene al’Vere. Czy wiesz może, gdzie ona jest?
Nynaeve miała ochotę zetrzeć pot z twarzy, ale trzymała ręce przy bokach.
— Od bardzo dawna jej nie widziałam, Aes Sedai. — Od wielu miesięcy, od czasu ich ostatniego spotkania w Tel’aran’rhiod. — Czy wolno mi spytać, jakie... — Nikt w Salidarze nie nazywał Elaidy Amyrlin, ale od niej wymagano, by wyrażała się z szacunkiem o tej kobiecie. — ...są intencje Amyrlin odnośnie do Randa?
— Intencje, dziecko? On jest Smokiem Odrodzonym. Amyrlin o tym wie i zamierza go otoczyć wszystkimi zaszczytami, na jakie zasługuje. — W głos Tarny wkradło się nieznaczne napięcie. — Pomyśl, dziecko. To stado wróci do owczarni, kiedy wreszcie do nich dotrze, co właściwie robią, ale tu liczyć się może każdy dzień. Wieża kierowała władcami od trzech tysięcy lat; bez Wieży wybuchałoby znacznie więcej wojen. Świat czeka katastrofa, jeśli al’Thorowi zabraknie tego przewodnictwa. Niemniej jednak, nie da się prowadzić tego, czego się nie zna, tak samo jak ja nie potrafiłam przenosić z zamkniętymi oczami. Dla niego najlepiej będzie, jeżeli ty już teraz, a nie za kilka tygodni albo miesięcy, wrócisz razem ze mną do Wieży i przekażesz Amyrlin całą swoją wiedzę na jego temat. I tak też będzie najlepiej dla ciebie. Tutaj nigdy nie zostaniesz Aes Sedai, bo Różdżka Przysiąg znajduje się w Wieży i tylko w Wieży można przeprowadzać sprawdziany.
Nynaeve od potu piekły oczy, ale nie mrugała. Czy ta kobieta uważa, że ona da się przekupić?
— Prawda jest taka, że wcale nie widywałam go często. Widzisz, ja mieszkałam w samej wiosce, a on na ustronnej farmie, w Zachodnim Lesie. Zapamiętałam go przede wszystkim jako chłopca, który nigdy nie słuchał głosu rozsądku. Do wszelkich powinności trzeba go było nakłaniać albo wręcz zmuszać siłą. Kiedy był mały, ma się rozumieć. Słyszałam, że ponoć się zmienił. Większość mężczyzn to wyrośnięci chłopcy, ale on rzeczywiście mógł się zmienić.
Przez chwilę Tarna tylko na nią patrzyła. Przez bardzo długą chwilę, tym lodowatym spojrzeniem.
— No cóż — powiedziała wreszcie i stanęła na podłodze tak szybko, że Nynaeve omal się nie cofnęła, tyle że w tej maleńkiej izdebce nie było dokąd się cofnąć. Niepokojący uśmiech pozostał.
— Dziwne towarzystwo się tutaj zebrało. Żadnej nie widziałam, ale jak rozumiem Siuan Sanche i Leane Sharif zaszczyciły Salidar swoją obecnością. Roztropna kobieta nie powinna przestawać z osobami tego pokroju. I może są tu również inni dziwni ludzie? Znacznie lepiej byś postąpiła, gdybyś pojechała ze mną. Wyjeżdżam rano. Powiadom mnie wieczorem, czy mam się spodziewać spotkania z tobą przy drodze.
— Obawiam się, że nie...
— Przemyśl to, dziecko. Być może będzie to najważniejsza decyzja, jaką podjęłaś w życiu. Przemyśl to gruntownie. — Przyjazna maska zniknęła i Tarna, zamaszyście odgarniając spódnice, wymaszerowała z izby.
Pod Nynaeve ugięły się kolana, sprawiając, że runęła bezwładnie na łóżko. Ta kobieta wywołała w niej mętlik emocji, z którym zupełnie nie potrafiła sobie poradzić. Zaniepokojenie i gniew kłębiły się razem z uniesieniem. Żałowała, że Czerwone nie mają jakiegoś sposobu na skontaktowanie się z Aes Sedai z Wieży poszukującymi Randa. Och, żeby tak stać się zwykłą muchą na ścianie, kiedy tak usilnie próbowały wydobyć z niej informacje o Randzie. Starały się ją przekupić. Zastraszyć. To ostatnie nawet nieźle im wychodziło. Tarna była taka pewna, że tutejsze Aes Sedai uklękną przed Elaidą; na pewno należało wyciągnąć taki wniosek, tylko czy właściwie przewidziała czas, kiedy to nastąpi? I czyżby padła tu aluzja odnośnie do Logaina? Nynaeve podejrzewała, że Tarna wie więcej o Salidarze, niż Komnata albo Sheriam się spodziewały. Może Elaida rzeczywiście miała tutaj swoje zwolenniczki.