Nynaeve cały czas oczekiwała na powrót Elayne, a kiedy minęło dobre pół godziny, a tej wciąż nie było, wyprawiła się na poszukiwania, najpierw sadząc długie kroki po pylistych ulicach, potem biegnąc; to wspinała się na dyszel jakiegoś wozu albo kamienną werandę, to wdrapywała na beczkę przewróconą do góry dnem i rozglądała ponad głowami tłumu. Zachodzące słońce zdążyło już skryć się częściowo za wierzchołkami drzew, kiedy nareszcie wróciła do izby, mrucząc coś pod nosem. Zastała Elayne, która najwyraźniej też dopiero co wróciła.
— Gdzieś ty się podziewała? Już myślałam, że Tarna związała cię i gdzieś ukryła!
— Dostałam to od Siuan. — Elayne rozprostowała dłoń. Leżały na niej dwa skręcone kamienne pierścienie.
— Czy jeden z nich jest prawdziwy? Zabranie ich to dobry pomysł, ale powinnaś była się postarać o ten prawdziwy.
— Ja nie zmieniłam nastawienia, Nynaeve. Nadal uważam, że powinnyśmy zostać.
— Tarna...
— Tylko mnie przekonała. Jeżeli pojedziemy, to Sheriam i Komnata wybiorą scalenie Wieży, co z pewnością obróci się na niekorzyść Randa. Ja to po prostu wiem. — Położyła ręce na ramionach Nynaeve i ta dała się posadzić na łóżku. Elayne usiadła naprzeciwko niej, z napięciem pochylając się do przodu. — Pamiętasz, jak mi mówiłaś o wykorzystywaniu potrzeby do znalezienia czegoś w Tel’aran’rhiod? Musimy znaleźć jakiś sposób, dzięki któremu Komnata nie wróci do Elaidy.
— Jak? Co? Jeżeli Logain nie wystarcza...
Nynaeve nieobecnym ruchem przeciągnęła palcem po swym grubym warkoczu.
— A czy zgodzisz się pojechać, jeżeli niczego nie znajdziemy? Nie bardzo podoba mi się pomysł siedzenia tutaj i czekania, aż one postanowią wziąć nas pod straż.
— Zgodzę się pod warunkiem, że ty zgodzisz się zostać, jeśli znajdziemy coś naprawdę użytecznego. Nynaeve, nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym go zobaczyć, ale tutaj naprawdę możemy więcej zdziałać.
Nynaeve wahała się, zanim mruknęła:
— Zgoda.
Takie wyjście wydawało się dość bezpieczne. Jakoś nie umiała sobie wyobrazić, że rzeczywiście cokolwiek znajdą, skoro nie miały żadnego pomysłu, czego właściwie szukać.
O ile dotychczas dzień zdawał się upływać wolno, to teraz już prawdziwie się wlókł. Stanęły w kolejce do jednej z kuchni po talerze z plasterkami szynki, rzepą i groszkiem. Słońce, jak się zdawało, osadziło się już na dobre na koronach drzew. Większość mieszkańców Salidaru kładła się wraz ze słońcem, ale w kilku oknach rozbłysły światła, między innymi w największym budynku wioski. Komnata wydała tego wieczoru ucztę na cześć Tarny. Z dawnej oberży napływały odgłosy muzyki wygrywanej na harfie; Aes Sedai znalazły jakiegoś harfistę wśród żołnierzy, kazały mu się ogolić i wbiły go w coś w rodzaju liberii. Przechodnie obrzucali ten budynek przelotnym spojrzeniem i natychmiast przyspieszali kroku albo starali się nie zauważać go tak usilnie, że praktycznie aż trzęśli się z wysiłku. Gareth Bryne stanowił wyjątek. Usadowiony na drewnianej skrzyni na samym środku ulicy, jadł swój posiłek; każda członkini Komnaty, która wyjrzałaby z okna, musiałaby go zobaczyć. Słońce, powoli, bardzo powoli, osuwało się za ścianę lasu. Ciemność zapadła nagle, nie poprzedzona zmierzchem, godnym tej nazwy, zaś ulice opustoszały. Raz jeszcze rozbrzmiały dźwięki melodii wygrywanej na harfie. Gareth Bryne nadal siedział na skrzyni, na skraju kałuży świateł padających z okien izby, w której odbywał się bankiet. Nynaeve potrząsnęła głową; nie wiedziała, czy należy mu się podziw czy raczej trzeba go uważać za głupca. Podejrzewała, że po trochu jedno i drugie.
Dopiero kiedy już leżała w łóżku z nakrapianym kamiennym ter’angrealem nanizanym na rzemyk na szyi, obok ciężkiego złotego sygnetu Lana, i właśnie zdmuchnęła świeczkę, przypomniała sobie o poleceniu Theodrin. No cóż, teraz już na to było za późno. Zresztą Theodrin i tak się nie dowie, że ona spała. Gdzie jest Lan?
Oddech Elayne uspokoił się, Nynaeve wtuliła się w małą poduszkę z cichym westchnieniem i...
...stała u stóp pustego łóżka i patrzyła na mglistą Elayne, spowitą w niby-światło nocy Tel’aran’rhiod. Nikogo, kto by je zobaczył. Gdzieś w pobliżu mogła się kręcić Sheriam albo ktoś z jej kręgu, również Siuan albo Leane. Prawda, obie miały prawo odwiedzać Świat Snów, wszakże podczas dzisiejszej wyprawy żadna nie miała chęci odpowiadać na pytania. Elayne najwyraźniej traktowała tę eskapadę jak polowanie; świadomie czy nie, odziała się podobnie jak Birgitte, w zielony kaftan i białe spodnie. Zamrugała na widok srebrnego łuku w swym ręku i za moment łuk zniknął, razem z kołczanem.
Nynaeve sprawdziła stan własnego odzienia i westchnęła. Suknia balowa z niebieskiego jedwabiu, haftowana w złote kwiaty przy głęboko wyciętym dekolcie i esy-floresy przy rąbku obszernej spódnicy. Na stopach czuła aksamitne trzewiki do tańca. Tak naprawdę to nie miało znaczenia, co się nosiło w Tel’aran’rhiod, ale co też ją opętało, że wybrała taki strój?
— Zdajesz sobie sprawę, że to się może nie udać? — spytała, odziewając się w dobre proste wełny z Dwu Rzek i mocne buty. Elayne nie miała prawa uśmiechać się w taki sposób. Srebrny łuk. Ha! — Powinnyśmy mieć przynajmniej jakieś pojęcie o tym, czego szukamy, coś o tym wiedzieć.
— Musi wystarczyć sama potrzeba, Nynaeve. Sama powtarzałaś, co mówiły Mądre: kluczem jest potrzeba, im silniejsza — tym lepiej, a my z całą pewnością czegoś potrzebujemy. W przeciwnym razie Rand, zamiast tej pomocy, jaką mu obiecałyśmy, otrzyma tylko to, co zechce mu dać Elaida. Ja do tego nie dopuszczę, Nynaeve. Nie dopuszczę.
— Przestań tak zadzierać podbródek. Ja też do tego nie dopuszczę, jeśli będę w stanie coś uczynić. Proponuję więc, żebyśmy zaczęły już działać. — Złączywszy ręce z Elayne, Nynaeve zamknęła oczy. Potrzeba. Miała nadzieję, że przynajmniej po części zdają sobie sprawę, czego naprawdę potrzebują. Może nic się nie stanie. Potrzeba. Nagle całe otoczenie jakby zawirowało powoli; poczuła, jak Tel’aran’rhiod kołysze się, a ona leci w dół.
Natychmiast otworzyła oczy. Odwołując się do potrzeby, każdy krok stawiało się na ślepo, z konieczności, i o ile każdy kolejny stopniowo przybliżał do celu poszukiwań, to przy okazji można było na przykład niechcący wpaść do dołu pełnego węży albo przeszkodzić w łowach lwu, który mógł odgryźć ci nogę.
Lwów tam wprawdzie nie było, niemniej jednak to, co zobaczyła, wzbudziło niepokój. Sam środek jasnego dnia, ale nie to nią tak wstrząsnęło — czas tutaj płynął w odmienny sposób. Ona i Elayne trzymały się za ręce na samym środku brukowanej ulicy, przy której stały budynki zbudowane z cegieł i kamieni. Domy mieszkalne i sklepy były jednako udekorowane strojnymi gzymsami i fryzami. Dachy kryte gontami, jak również przerzucone nad ulicą kamienne albo drewniane mosty, niektóre sięgające drugiego albo trzeciego piętra, uwieńczone zdobnymi wieżyczkami. Ulicę zalegały stosy usypane z odpadków, starych ubrań oraz połamanych mebli i, gdziekolwiek się zerknęło, wszędzie grasowały wielkie stada szczurów; niektóre, wcale nie przestraszone ich widokiem, zatrzymywały się i popiskiwały wyzywająco. Pojawiali się i znikali ludzie, którzy wśnili się na obrzeża Tel’aran’rhiod. Jakiś mężczyzna spadł z donośnym krzykiem z jednego z mostów, ale zdążył rozpłynąć się bez śladu, zanim dotknął bruku. Kobieta w podartej sukni, krzycząc wniebogłosy, przebiegła kilkanaście kroków w ich stronę, po czym też się zdematerializowała. Ulice pobrzmiewały echem urywających się nagle wrzasków i krzyków, niekiedy chrapliwego śmiechu o obłąkańczym brzmieniu.