Выбрать главу

— Nie podoba mi się to — stwierdziła zmartwionym tonem Elayne.

W oddali, nad miastem, wznosił się trzon białej jak kość strzelistej konstrukcji górującej nad innymi wieżami. Znajdowały się w Tar Valon, w tej dzielnicy, w której ostatnio Nynaeve dostrzegła przelotnie Leane. Leane nie bardzo chciała mówić o tym, co tam robiła; twierdziła tylko z uśmiechem, że przyczynia się do nadania rozgłosu legendzie o pewnej straszliwej i tajemniczej Aes Sedai.

— To bez znaczenia — stwierdziła stanowczo Nynaeve. — W Tar Valon nie ma nikogo, kto by w ogóle wiedział o istnieniu Świata Snów. Nie wpakujemy się na nikogo. — Żołądek jej podskoczył do gardła, nagle bowiem zobaczyła jakiegoś mężczyznę, z twarzą zalaną krwią; szedł chwiejnie w ich stronę. Zamiast rąk miał tryskające krwią kikuty.

— Nie to miałam na myśli — odburknęła Elayne.

— Kontynuujmy. — Nynaeve zamknęła oczy. Potrzeba.

Zmiana.

Znajdowały się w Wieży, w jednym z obwieszonych gobelinami korytarzy. W odległości niecałych trzech kroków pojawiła się nagle pulchna dziewczyna odziana w strój nowicjuszki, z wielkimi oczyma, które na ich widok stały się jeszcze większe.

— Błagam — zapiszczała. — Błagam? — I znikła.

Nagle Elayne głośno zaparło dech.

— Egwene!

Nynaeve błyskawicznie okręciła się na pięcie, ale na korytarzu nie było żywej duszy.

— Widziałam ją — upierała się Elayne. — Z całą pewnością.

— Przypuszczam, że ona może podczas zwykłego snu dotknąć Tel’aran’rhiod tak jak każdy inny człowiek — odparła Nynaeve. — Róbmy dalej to, po co się tu znalazłyśmy. — Powoli robiło jej się coraz bardziej nieswojo. Znowu połączyły ręce. Potrzeba.

Zmiana.

Nie był to zwykły magazyn. Ściany zawieszono półkami, które tworzyły również dwa niskie rzędy na posadzce; zastawiono je równo poukładanymi skrzynkami rozmaitych wielkości i kształtów, z nie dorobionego drewna albo rzeźbionymi i polakierowanymi. Zawierały różne przedmioty owinięte w tkaniny, posążki, figurki albo jakieś dziwaczne bryły, na pozór wykonane z metalu albo ze szkła, kryształu, kamienia tudzież glazurowanej porcelany. Nynaeve nie potrzebowała nic więcej, by wiedzieć, że to przedmioty wspomagające czerpanie Jedynej Mocy, najprawdopodobniej ter’angreale, być może nawet angreale i ,sa’angreale. Nic innego w Wieży nie mogło się składać na tak urozmaiconą kolekcję, tak porządnie poukładaną.

— Moim zdaniem nie ma sensu zapuszczać się dalej — powiedziała ze smutkiem Elayne. — Nie wiem, jakim sposobem mogłybyśmy coś stąd wynieść.

Nynaeve szarpnęła za warkocz. Jeżeli tutaj rzeczywiście znajdowało się coś, co mogło im pomóc — a musiało, o ile Mądre nie kłamały — to powinien też istnieć jakiś sposób na dobranie się do tego skarbca w świecie jawy. Angreali i podobnych przedmiotów nie strzeżono specjalnie mocno; podczas jej pobytu w Wieży dostępu do nich bronił zazwyczaj zwykły zamek i jedna nowicjuszka. W tych drzwiach, zbudowanych z grubych bierwion, osadzono ciężką sztabę z czarnego żelaza. Sztaba bez wątpienia była teraz zasunięta, ale wyobraziła sobie, że jest inaczej i popchnęła drzwi.

Otworzyły się na wartownię. Pod jedną ścianą stały łóżka, ustawione jedne nad drugimi, pod drugą stos halabard. Ciężki zniszczony stół otaczał pierścień krzeseł, a za nim znajdowały się jeszcze jedne drzwi, okute żelazem, z osadzoną w środku niewielką kratką.

Odwróciła się w stronę Elayne i w tym momencie zauważyła, że drzwi są znów zamknięte.

— Skoro tutaj nie mamy dostępu, może powiedzie nam się w jakimś innym miejscu. Chcę powiedzieć, że może coś innego zastąpi to, czego nie zdobędziemy tu. A przynajmniej uzyskałyśmy jakąś wskazówkę. Moim zdaniem nikt dotąd nie odkrył sposobu, w jaki należy się posługiwać tymi ter’angrealami. To jedyny powód, dla którego są tak strzeżone. Nawet przenoszenie w ich bliskości mogłoby się okazać niebezpieczne.

Elayne spojrzała na nią z ukosa.

— A czy nie trafimy tutaj ponownie, jeśli spróbujemy raz jeszcze? Chyba że... Chyba że Mądre powiedziały ci, jak się wyklucza dane miejsce z poszukiwań.

Nie powiedziały — wcale się nie paliły, żeby jej w ogóle cokolwiek powiedzieć — ale wszystko było możliwe w miejscu, w którym wystarczyło sobie wyobrazić, że zamek jest otwarty i on zaraz się otwierał.

— Dokładnie coś takiego zrobimy. Skupimy się na myśli, że to, czego szukamy, znajduje się nie w Tar Valon, lecz gdzie indziej. — Popatrując krzywo na półki, dodała: — I założę się, że będzie to ter’angreal, o którym nikt nie wie, jak się nim posługiwać. — Niemniej jednak, nie umiała sobie wyobrazić, w jaki sposób miałby przekonać Komnatę do udzielenia poparcia Randowi.

— Musimy zdobyć ter’angreal, którego należy szukać poza Tar Valon — powiedziała Elayne takim tonem, jakby przekonywała samą siebie. — Bardzo dobrze. Idziemy dalej.

Wyciągnęła ręce i Nynaeve ujęła je po chwili. Nie bardzo rozumiała, jak do tego doszło, że to ona tak się upierała na kontynuowaniu poszukiwań. Chciała wyjechać z Salidaru, a nie szukać powodu do zostania. Ale jeśli dzięki temu Aes Sedai z Salidaru miały poprzeć Randa...

Potrzeba. Jakiś ter’angreal. Nie w Tar Valon. Potrzeba.

Zmiana.

Gdziekolwiek się znalazły, otaczające je, opromienione świtem miasto to nie było Tar Valon. Niecałe dwadzieścia kroków dalej, przy szerokiej brukowanej ulicy, stał biały kamienny most z posągami przy obu końcach; biegł łukiem nad kanałem wyłożonym kamieniem. W oddali, w odległości pięćdziesięciu kroków, znajdował się jeszcze jeden. Wszędzie, gdziekolwiek spojrzały, wyrastały smukłe wieże otoczone balkonami, podobne do włóczni wbitych w owalne plastry zdobnych koronek. Wszystkie budynki były białe, drzwi i okna wieńczyły wielkie spiczaste łuki, podwójne albo nawet potrójne. Okazalsze budowle zdobiły długie balkony z kutego żelaza pomalowanego na biało, przesłonięte misternymi żelaznymi osłonami, które miały chronić przebywających na nich przed wzrokiem ciekawskich; z balkonów roztaczał się widok na ulice, kanały i białe kopuły otoczone pasami szkarłatu albo złota i jak wieże zwieńczone ostrymi szpicami.

Potrzeba. Zmiana.

Inne miasto. Wąska uliczka z nierównym brukiem, z obu stron obrzeżona cztero — i pięciopiętrowymi budynkami; biały tynk złuszczył się w wielu miejscach i odpadł, odsłaniając cegłę. Żadnych balkonów. Słychać było głośne brzęczenie wszechobecnych roi much, a kładące się po ziemi cienie nie pozwalały orzec, czy to nadal jeszcze świt.

Wymieniły spojrzenia. Tutaj raczej nie znajdą żadnego ter’angreala, zbyt jednak daleko już zaszły, żeby się teraz zatrzymywać. Potrzeba.

Zmiana.

Nynaeve kichnęła, jeszcze zanim zdążyła otworzyć oczy, i potem jeszcze raz, kiedy już rozwarła powieki. Wystarczyło tylko poruszyć stopą, by zaraz wzniecić tuman kurzu. Magazyn zupełnie nie przypominał tamtego w Wieży. Niewielka izba, całkiem zagracona skrzyniami, pakami i beczkami, spiętrzonymi jedne na drugich; między nimi ledwie pozostawiono jakieś przejście, a wszystko okrywały grube pokłady kurzu. Nynaeve miała wrażenie, że zaraz spadną jej buty od tego kichania — i nagle kurz zniknął. Wszystek. Na twarzy Elayne malował się uśmieszek pełen samozadowolenia. Nynaeve nic nie powiedziała, tylko zdecydowanie skupiła się na obrazie izby bez kurzu. Powinna była pomyśleć o tym wcześniej.