Tą drogą nauczyła się samodzielnie kilku rzeczy, oprócz tych wszystkich, których nauczyły ją Mądre; zapuszczała się nawet tam, gdzie one zabroniły jej wstępu. A mimo to... Nie wątpiła, że dowiedziałaby się więcej, znacznie więcej, gdyby jakaś wędrująca po snach zaglądała jej przez ramię. To co, że stale by ją pouczała, że to jest zbyt niebezpieczne, a tamto całkiem zakazane, w ten sposób podpowiadałaby jej, czego właśnie powinna spróbować. Dawno temu uporała się z prostymi rzeczami, z łatwością je rozpracowała — cóż, może nie tak całkiem bez trudu — aż osiągnęła etap, w którym potrafiła sama przewidzieć, jaki powinien być jej następny krok, niemniej jednak zawsze dążyła śladami, które Mądre pozostawiły już bardzo dawno temu. W ciągu jednej nocy, godziny, mogły ją nauczyć każdej rzeczy, do opanowania której ona potrzebowała miesiąca. Kiedy stwierdzały, że jest gotowa. Nigdy wcześniej. Co strasznie działało na nerwy, bo ona nie pragnęła niczego innego, jak tylko się uczyć. Nauczyć się wszystkiego. Już teraz.
Światełka pozornie niczym się od siebie nie różniły, a mimo to rozpoznawała już spośród nich garstkę. Nie wiedząc bynajmniej, jak to robi, co irytowało ją bezgranicznie. Nawet Mądre nie potrafiły tego wytłumaczyć. A mimo to, jak już raz określiła, do kogo należy dany sen, to potrafiła potem odszukać sny takiej osoby niczym strzała swój cel, nawet jeśli dzielił je cały świat. Na przykład tamto światełko to były sny Berelain, Pierwszej z Mayene, kobiety, której Rand powierzył władzę w Cairhien. Od zaglądania do snów Berelain Egwene robiło się nieswojo. Zazwyczaj nie różniły się od snów innych kobiet — wszystkich kobiet zainteresowanych władzą, polityką i najnowszymi trendami mody — ale Berelain śniła czasami o mężczyznach, w tym również o mężczyznach, których Egwene znała i to w taki sposób, że czerwieniła się na samo wspomnienie.
A ta lekko przygaszona łuna to sny Randa strzeżone zabezpieczeniami utkanymi z saidina. Omal się nie zatrzymała — to bardzo działało jej na ambicję, że coś, czego nie mogła ani zobaczyć, ani poczuć, potrafiło odciąć dostęp niczym kamienny mur — ale ostatecznie pozwoliła łunie przemknąć dalej. Kolejna noc spędzona na jałowych staraniach nie miała w jej oczach żadnego powabu.
W tym miejscu odległości ulegały podobnym zniekształceniom jak czas w Tel’aran’rhiod. Rand spał w Caemlyn, chyba że wyprawił się do Łzy — wiele by dała, żeby się dowiedzieć, jak on to robi — ale bardzo blisko jego snu Egwene znalazła jeszcze jedno znajome światełko. Bair, w Cairhien, oddalona setki lig od Randa; wiedziała z całą pewnością, że tej nocy Rand spał gdzieś indziej, nie w Cairhien. Jak on to robi?
Światełka zamazały się, kiedy Egwene umknęła przed snem jednej z Mądrych. Na widok Amys i Melaine może by nawet nie uciekała, ale jeśli pozostałe dwie wędrujące nie spały i nie śniły, to mogły spacerować po snach. Jedna z nich mogła być tu, gdzie ona teraz, gotowa nawet rzucić się na nią i wywlec ze snu albo wciągnąć do snu wędrującej. Wątpiła, by potrafiła je powstrzymać. Raczej nie. Byłaby skazana na łaskę tej drugiej, stanowiąc zwykły element jej snu. Wystarczająco trudno było trzymać się siebie we śnie osoby, która nie miała o niczym pojęcia, aczkolwiek trudniej było się wydostać, do momentu, w którym taka osoba przestała o tobie śnić, a często następowało to dopiero wraz z przebudzeniem. W przypadku spacerującej po snach, równie świadomej własnych snów jak świata jawy, było to po prostu niemożliwe.
Przyszło jej do głowy, że zachowuje się głupio. Uciekanie nie miało żadnego sensu. Gdyby Amys albo Melaine ją znalazły, już od dawna by się znajdowała w zupełnie innym miejscu. Równie dobrze mogła wbiec prosto na nie. Pęd otaczających ją światełek nie spowolnił, zwyczajnie zatrzymał się bez ruchu. Tak to się tutaj odbywało.
Skonsternowana, zastanawiała się, co robić dalej. Oprócz badania różnych możliwości, jakie stwarzał Tel’aran’rhiod, głównym celem, dla którego odwiedzała to miejsce, było gromadzenie strzępków informacji dotyczących tego, co dzieje się w świecie. Niekiedy odnosiła wrażenie, że Mądre nie chcą jej nawet powiedzieć, że wzeszło słońce, musiała się o tym przekonywać na własne oczy. Twierdziły, że nie wolno jej się denerwować. A jak ona miała tego uniknąć, skoro tak się biedziła z tym, czego nie wiedziała? To właśnie robiła w Białej Wieży; starała się znaleźć jakieś wskazówki odnośnie do zamiarów Elaidy. A także Alviarin. Nic więcej prócz wskazówek znaleźć nie mogła, a i w tym przypadku nie mogła poszczycić się specjalnymi osiągnięciami. Nie cierpiała być ignorantką; jak czegoś nie wiedziała, to miała wrażenie, że nagle oślepła i ogłuchła.
No cóż, trzeba było zrezygnować z odwiedzania Wieży, praktycznie rzecz biorąc całej, bowiem nie było już żadnej pewności, w których jej partiach można się bezpiecznie poruszać. Z Tar Valon zrezygnowała dawno temu, po czwartej wyprawie, kiedy mało co, a byłaby weszła na miedzianoskórą kobietę, która kiwała z satysfakcją głową podczas — ciekawostka! — zwiedzania stajni, świeżo pomalowanej na niebiesko. Kimkolwiek była, nie wśniła się do Tel’aran’rhiod przypadkiem, na krótką chwilę; nie zniknęła, tak jak to się działo ze zwykłymi śniącymi i jej ciało zdawało się jakby zbudowane z mgły. Bez wątpienia posługiwała się jakimś ter’angrealem, a to z kolei oznaczało, że była najprawdopodobniej Aes Sedai. Egwene wiedziała o istnieniu tylko jednego ter’angreala, który umożliwiał wejście do Świata Snów bez przenoszenia, a miały go Nynaeve i Elayne. Tak czy owak, smukła kobieta nie była Aes Sedai od dawna. Całkiem urodziwa, ubrana w skandalicznie cienką suknię, wyglądała na rówieśniczkę Nynaeve; nie miała jeszcze na twarzy charakterystycznego piętna braku upływu lat.
Egwene mogła próbować ją śledzić — ostatecznie niewykluczone, że była to któraś z Czarnych Ajah, one ukradły przecież ter’angreal snów — ale gdy zestawiła ryzyko, że zostanie odkryta albo nawet pojmana do niewoli, z faktem, że nie będzie mogła wyznać nikomu, czego się dowiedziała, do czasu, zanim znowu nie porozmawia z Nynaeve i Elayne, o ile nie odkryje czegoś tak straszliwego, że wszystko będzie od tego zależało... Ostatecznie, Czarne Ajah to sprawa dla Aes Sedai, pomijając rozmaite inne powody, dla których musiała utrzymywać określone rzeczy w tajemnicy, nie mogła o tym powiedzieć byle komu. To nie był żaden wybór.
Zamyślona przyglądała się najbliższym światełkom migoczącym w czarnej otchłani. Żadnego nie rozpoznała. Otaczały ją pogrążone w całkowitym bezruchu lśniące gwiazdy, zastygłe na tle czystego czarnego lodu.
Ostatnimi czasy zbyt wiele obcych osób pojawiało się w Świecie Snów, by mogła zachować spokój ducha. Niby tylko dwie, ale to było o dwie za dużo. Miedzianoskóra kobieta i jeszcze jedna, o wyzywającej urodzie, niebieskooka, która poruszała się energicznymi ruchami z wyrazem determinacji na twarzy. Ta zdeterminowana kobieta — tak o niej myślała Egwene — wyraźnie potrafiła wchodzić do Tel’aran’rhiod na własną rękę, bo wydawała się materialna, a nie jakby wyrzeźbiona z mgły, i niezależnie od powodu, z jakiego to robiła, odwiedzała Wieżę częściej niż Nynaeve, Elayne, Sheriam i pozostałe razem wzięte. Egwene spotykała ją praktycznie wszędzie. I omal nie wpadła na nią podczas ostatniej wyprawy do Łzy. Oczywiście nie działo się to w trakcie jednego z nocnych spotkań; kobieta spacerowała marszowym krokiem po Sercu Kamienia, mrucząc do siebie gniewnie. I była także w Caemlyn podczas ostatnich dwóch wypraw Egwene.
Prawdopodobieństwo, że ta zdeterminowana kobieta to Czarna Ajah, było równie duże jak w przypadku tej drugiej, ale z drugiej strony któraś mogła być z Salidaru. Albo obydwie, aczkolwiek Egwene ani razu nie widziała ich razem czy też w towarzystwie kogoś z Salidaru. Każda zresztą mogła być z Wieży, w której podziałów było dość, by istniała potrzeba szpiegowania się wzajemnie; Aes Sedai z Wieży musiały, prędzej czy później, dowiedzieć się o Tel’aran’rhiod, o ile już się nie dowiedziały. Te dwie obce nie niosły ze sobą nic oprócz pytań, na które brakowało odpowiedzi. Egwene nie potrafiła niczego w związku z nimi wymyśleć, z wyjątkiem tego, że powinna ich unikać.