To było dzieło Randa. Ujawnił wszystkim to, o czym dotychczas wiedzieli tylko wodzowie klanów i Mądre, mianowicie że w dawnych czasach Aielowie nie dotykali broni i nigdy nie uciekali się do przemocy. Dlatego część uwierzyła, że wszyscy powinni być gai’shain. Inni natomiast z tego samego powodu nie chcieli uznać Randa jako Car’a’carna i codziennie kilku odchodziło do Shaido, obozujących w górach na północy. Niektórzy zwyczajnie odrzucali broń i znikali, nikt nie wiedział, co się z nimi działo. Opanowani przez apatię, tak o tym mówili Aielowie. Dla Egwene najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że z wyjątkiem Shaido żaden z Aielów nie winił Randa. Proroctwo Rhuidean twierdziło, że Car’a’carn zabierze ich z powrotem i zniszczy. Nikt raczej nie wiedział, dokąd ma ich zabrać, ale zapowiedź, że ich zniszczy w jakiś nieznany sposób, akceptowali z równym spokojem, z jakim Cowinde podjęła się swego daremnego trudu.
W tej chwili Egwene nic by nie obeszło, gdyby wszyscy Aielowie w Cairhien wdziali białe szaty. Co to będzie, jeżeli Mądre choćby nabiorą podejrzeń odnośnie do jej potajemnych dążeń... Przekopałaby pewnie sto gór piasku, i to z własnej woli, ale nie sądziła, że tak szczęśliwie by się to skończyło. Jej kara byłaby znacznie gorsza. Amys zapowiedziała kiedyś, że jeśli nie będzie robić dokładnie tego, co jej się każe — Świat Snów był zanadto niebezpieczny, więc musiała to obiecać — to przestanie ją uczyć. Inne bez wątpienia by ją poparły; takiej właśnie kary bała się najbardziej. Już lepiej tysiąc gór piasku pod palącym słońcem.
— A tobą co tak wstrząsnęło? — zachichotała Bair. — Amys wcale nie sierdzi się na wszystkich mieszkańców mokradeł, a już z pewnością nie na ciebie, która jesteś nam tak bliska jak córka, wychowana w naszych namiotach. Tu idzie o twoją siostrę Aes Sedai. Ta, której imię brzmi Carlinya, zasugerowała, że być może trzymamy cię wbrew twojej woli.
— Zasugerowała? — Jasne brwi Amys niemalże zetknęły się z linią włosów. — Ta kobieta to powiedziała!
— I nauczyła się, że powinna lepiej strzec języka — zaśmiała się Bair, kołysząc się na szkarłatnej poduszce. — Założę się, że się nauczyła. Kiedy je opuszczałyśmy, ciągle jeszcze skomlała i strzepywała szkarłatne purchawy z sukni. Szkarłatna purchawa — powiedziała poufałym tonem do Egwene — przypomina czerwoną żmiję, jeśli masz oko równie mało spostrzegawcze jak mieszkanka bagien, ale wcale nie jest jadowita. Ale wije się, jeśli ją złapać.
Amys pociągnęła nosem.
— Znikłyby, gdyby tylko tego sobie w myślach zażyczyła. Ta kobieta niczego się nie uczy. Aes Sedai, którym służyliśmy w Wieku Legend, nie mogli być takimi durniami. — Mówiła to wszystko łagodniejszym głosem.
Melaine krztusiła się całkiem otwarcie, a Egwene mimo woli zachichotała. Dowcipy Aielów bywały niezrozumiałe, ale nie w tym przypadku. Carlinyę widziała tylko trzy razy, niemniej jednak wizja tej sztywnej, wyniosłej kobiety, jak podskakuje w miejscu, chcąc pozbyć się węży ze swej sukni... z trudem się powstrzymała, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem.
— Przynajmniej masz dobry nastrój — stwierdziła Melaine. — Bóle głowy nie wróciły?
— Z moją głową wszystko w porządku — skłamała Egwene, a Bair pokiwała głową.
— To dobrze. Martwiłyśmy się, kiedy nie chciały ustąpić. Nie powinny ci dokuczać, dopóki jeszcze przez jakiś czas powstrzymasz się od wchodzenia do snu. Nie obawiaj się, że pozostawią jakieś złe skutki, ciało wykorzystuje ból po to, by nam przypomnieć, że czas na odpoczynek.
Słysząc to, Egwene omal się znowu nie zaśmiała, mimo iż wcale jej to nie rozbawiło. Aielowie lekceważyli otwarte rany i połamane kości, przekonani, że lepiej ich wtedy nie nękać.
— Jak długo jeszcze nie wolno mi będzie tego robić? — spytała. Nie znosiła ich okłamywać, ale jeszcze bardziej nie znosiła nic nie robić. Przez pierwsze dziesięć dni po cięgach, jakie zadała jej Lanfear, czuła się dość paskudnie; wystarczy, że o czym zaczęła myśleć, a od razu pękała jej głowa. A kiedy bóle zelżały, to coś, co jej matka nazywała “swędzącymi rękoma próżniactwa”, zagnało ją do Tel’aran’rhiod za plecami Mądrych. Człowiek niczego się nie uczy w trakcie odpoczywania. — Najbliższe spotkanie, powiedziałyście?
— Być może — odparła Melaine i wzruszyła ramionami. — Zobaczymy. Ale musisz jeść. Jeżeli nie masz ochoty na jedzenie, to znaczy, że dzieje się coś złego, coś, o czym nie wiemy.
— Ależ ja mogę jeść. — Owsianka, którą gotowano przed namiotem, rzeczywiście pachniała znakomicie. — Ja się chyba po prostu rozleniwiłam. — Powstanie z łóżka bez skrzywienia się stanowiło dość trudne zadanie; jej głowie wcale się nie spodobało, że już ją ruszają. — Ostatniej nocy przyszły mi do głowy kolejne pytania.
Rozbawiona Melaine przewróciła oczami.
— Od czasu, gdy zostałaś ranna, zadajesz pięć pytań na każde, jakie zadałaś wcześniej.
A to dlatego, że sama próbowała rozwiązywać różne kwestie. Tego, oczywiście, nie mogła powiedzieć, więc wyciągnęła czystą koszulę z jednego z małych kuferków ustawionych rzędem pod ścianą namiotu i zastąpiła nią tę przepoconą.
— Trzeba pytać — powiedziała Bair. — Pytaj.
Egwene starannie dobierała słowa. I jednocześnie nadal się ubierała, starając się nie okazywać zdenerwowania drżeniem rąk, w taką samą białą bluzkę algode i obszerną wełnianą spódnicę, jakie nosiły Mądre.
— Czy cudzy sen może nas wciągnąć wbrew naszej woli?
— Oczywiście, że nie — odparła Amys — chyba że w dotykaniu masz dwie lewe ręce.
Bair niemalże weszła jej w słowo.
— Tylko wtedy, gdy są w to zaangażowane silne emocje. Możesz zostać wciągnięta, jak będziesz próbowała obserwować sen kogoś, kto cię kocha albo nienawidzi. Albo jeśli to ty kochasz albo nienawidzisz śniącego. Dlatego właśnie my nie odważamy się obserwować snów Sevanny ani nawet rozmawiać z Mądrymi Shaido podczas ich snów. — Egwene do teraz nie przestała się dziwić, że te kobiety, a także inne Mądre, odwiedzały i rozmawiały z Mądrymi Shaido. Wprawdzie Mądre miały być ponad waśniami krwi i bitwami, ale jej zdaniem Shaido swym sprzeciwieniem się Car’a’carnowi, przysięgami, że go zabiją, w takim stopniu pogwałcili obyczaje, że utracili prawo również do tej tradycji. — Opuszczenie snu kogoś, kto cię nienawidzi albo kocha — zakończyła Bair — przypomina próbę wydostania się z głębokiej jamy o stromych ścianach.
— Tak to jest. — Amys nagle jakby odzyskała humor, spojrzała z ukosa na Melaine. — Dlatego właśnie żadna spacerująca po snach nie popełnia tego błędu, jakim jest obserwowanie snów własnego męża. — Melaine patrzyła prosto przed siebie, z pociemniałą twarzą. — A w każdym razie nie popełnia tego błędu dwukrotnie — dodała Amys.
Bair uśmiechnęła się szeroko, przez co jej zmarszczki jeszcze bardziej się pogłębiły; wyraźnie omijała wzrokiem Melaine.
— To się może zakończyć prawdziwą katastrofą, zwłaszcza jeśli twój mąż jest na ciebie zły. Weźmy na przykład, ot z powietrza, taki przykład: ji’e’toh zabiera go daleko od ciebie, a ty zachowujesz się głupio jak jakieś dziecko i mówisz mu, że ma nie odchodzić, jeśli cię kocha.
— Odbiegasz o wiele za daleko od jej pytania — sztywno zauważyła Melaine z poczerwieniałą twarzą. Bair głośno zarechotała.
Egwene zwalczyła ciekawość i rozbawienie. Postarała się, by jej głos zabrzmiał jeszcze bardziej rzeczowo.