Przez bransoletę a’dam do Elayne docierał strach, a także jakieś inne uczucie, być może rozbawienie. Moghedien spędziła całą noc pod łóżkiem, nietknięta, a ponieważ dobrze się ukryła, udało jej się nie podnieść ani jednego śmiecia. Wyspała się nawet całkiem nieźle, kiedy już całe zamieszanie się uspokoiło. Wychodziło na to, że dawne powiedzenie o szczęściu Czarnego czasem się jednak sprawdza.
Nynaeve znowu zaczęła ziewać, więc Elayne oderwała od niej wzrok. A mimo to musiała wepchnąć pięść do ust, niezbyt skutecznie starając się jej nie naśladować. Szuranie nóg i pokasływania nabrały niecierpliwego wydźwięku.
Zasiadające i Tarna ciągle jeszcze obradowały w Małej Wieży, ale deresz Czerwonej czekał już na ulicy przed dawną oberżą i kilkunastu Strażników w budzących niepokój, mieniących się płaszczach trzymało uzdy wierzchowców. Mieli towarzyszyć Tarnie podczas pierwszych mil podróży powrotnej do Tar Valon w charakterze eskorty honorowej. Tłum czekał na coś więcej niźli tylko odjazd emisariuszki z Wieży, a Elayne widziała, że większość ludzi jest równie zmęczona jak ona.
— Można by pomyśleć, że ona... ona... — Nynaeve popatrywała twardym wzrokiem zza swej dłoni.
— Och, krew i popioły — mruknęła Elayne, ale wszystko oprócz “och” zabrzmiało jak skrzek, stłumione przez pięść, którą wepchnęła do ust. Lini twierdziła, że tego typu uwagi to oznaka powolnego umysłu i kiepskiego poczucia humoru — a zaraz potem kazała przepłukiwać usta — ale czasami nie da się inaczej podsumować uczuć w kilku słowach. Powiedziałaby więcej, ale nie dano jej szansy.
— Czemu nie zorganizowały procesji na jej cześć? — warknęła Nynaeve. — Nie rozumiem, dlaczego robią tyle hałasu w związku z tą kobietą. — I znowu ziewnęła. Znowu!
— Bo to jest Aes Sedai, śpiochu — powiedziała Siuan, przyłączając się do nich. — Dwa śpiochy — dodała, zerknąwszy na Elayne. — Jeszcze wam piskorze powpadają do ust, jak będziecie dalej tak ziewać. — Elayne zamknęła usta i obdarzyła kobietę najzimniejszym spojrzeniem, na jakie ją było stać. Które jak zwykle ześlizgnęło się po tamtej jak krople deszczu po glazurowanych dachówkach. — Tarna to Aes Sedai, moje dziewczątka — ciągnęła Siuan, spoglądając na czekające konie. A może na uprzątniętą furę ustawioną przed jednym z kamiennych budynków. — Aes Sedai to Aes Sedai i nic tego nie zmieni.
Nie zauważyła spojrzenia, jakim obrzuciła ją Nynaeve.
Elayne cieszyła się, że Nynaeve poskromiła język; oczywista odpowiedź mogłaby się okazać brzemienna w skutkach.
— Jakie jest żniwo ubiegłej nocy?
Siuan odpowiedziała, nie odrywając wzroku od miejsca, w którym miała pojawić się Tarna.
— Siedem ofiar tutaj, w wiosce. Prawie sto w obozowiskach żołnierzy. Przez te wszystkie walające się miecze i topory, których nikt nie mógł zatrzymać za pomocą przenoszenia. Są tam teraz siostry i Uzdrawiają.
— Lord Gareth? — spytała Elayne z pewnym niepokojem. Ten człowiek mógł traktować ją teraz chłodno, ale kiedyś, gdy była mała, uśmiechał się do niej ciepło i zawsze miał w kieszeniach karmelki.
Siuan parsknęła tak głośno, że ludzie poodwracali głowy w jej stronę.
— Ten — burknęła. — Rybolew połamałby sobie zęby na tym człowieku.
— Jak się zdaje, masz znakomity nastrój tego ranka — zauważyła Nynaeve. — Czyżbyś nareszcie się dowiedziała, jaka jest treść posłania z Wieży? A może Gareth Bryne ci się oświadczył? Albo ktoś umarł, pozostawiając ci w spadku...
Elayne robiła wszystko, żeby nie spojrzeć na Nynaeve; już od samego odgłosu ziewnięcia omal nie pękła jej szczęka.
Siuan popatrzyła chłodno na Nynaeve, ale przynajmniej tym razem Nynaeve odwzajemniła się obojętnym spojrzeniem nieco tylko załzawionych oczu.
— Powiedz nam — wtrąciła pospiesznie Elayne, nie czekając, aż potracą przytomność od tego gapienia się na siebie — jeśli się czegoś dowiedziałaś.
— Kobieta, która twierdzi, że jest Aes Sedai, a nią nie jest — mruknęła Siuan, jakby wypowiadała na głos coś, co jej przyszło na myśl bez żadnego powodu — po szyję zanurza się w kotle z wrzątkiem, to prawda, ale jeśli rości sobie przynależność do jakiejś konkretnej Ajah, to wtedy taka Ajah ma do niej prawo pierwszeństwa. Czy Myrelle opowiadała wam już o kobiecie, którą złapała w Chachin; o tej, która twierdziła, że jest Zieloną? Była nowicjuszką, która nie zdała sprawdzianu na Przyjętą. Zapytajcie kiedyś Myrelle, jak będzie miała kilka wolnych godzin. Tyle czasu trzeba, żeby opowiedzieć tę historię. Zanim Myrelle skończyła, ta głupia dziewczyna zapewne żałowała, że jej nie ujarzmiła i nie ucięła głowy.
Z jakiegoś powodu pogróżka nie wywarła większego efektu oprócz groźnego spojrzenia ze strony Nynaeve, Elayne nawet nie przeszyła dreszczem. Może obie były zbyt zmęczone.
— Powiedz mi, co wiesz — powiedziała cichym głosem Elayne — albo następnym razem, kiedy będziemy same, nauczę cię siadać prosto, a ty będziesz mogła biegać sobie ze skargą do Sheriam, jeśli będziesz chciała.
Siuan zmrużyła oczy i Elayne nagle jęknęła, przykładając dłoń do biodra.
Siuan cofnęła dłoń, którą ją uszczypnęła, nawet nie próbując tego ukryć.
— Nie lubię, jak mi się grozi, dziewczyno. Wiesz równie dobrze jak ja, co powiedziała Elaida; dowiedziałaś się o wiele wcześniej niż ktokolwiek tutaj.
— “Wracajcie; wszystko wybaczone”? — spytała z niedowierzaniem Nynaeve.
— Mniej więcej. Była też mowa o tym, że Wieża powinna być teraz bardziej zjednoczona niż kiedykolwiek. I że nikt nie powinien się bać, jedynie te, które “wzięły udział w prawdziwej rebelii”. Zapewne tylko Światłość wie, co to oznacza, bo śliskie to jak piskorz; ja w każdym razie nic nie zrozumiałam.
— Dlaczego one trzymają to w tajemnicy? — spytała Elayne. — Przecież chyba nie wyobrażają sobie, że ktoś wróci do Elaidy. Wystarczy zwykła wzmianka o Logainie. — Siuan nic nie powiedziała, tylko spojrzała ze zmarszczonym czołem na oczekujących Strażników.
— Nadal nie rozumiem, dlaczego one proszą o dodatkowy czas — mruknęła Nynaeve. — Wiedzą przecież, co powinny zrobić. — Siuan nadal milczała, za to Nynaeve powoli uniosła brwi. — Ty się nie dowiedziałaś, jak brzmi ich odpowiedź.
— Teraz ją znam. — Siuan mówiła urywanymi słowami i dodała coś ledwie słyszalnie na temat “idiotek o miękkich kolanach”. Elayne zgodziła się z nią bez słowa.
Nagle frontowe drzwi dawnej oberży otworzyły się. Wyszło z niej pół tuzina Zasiadających, w szalach obrzeżonych frędzlami, po jednej przedstawicielce każdej Ajah; za nimi szła Tarna, a za nią pozostałe. Jeśli czekający ludzie spodziewali się jakiejś ceremonii, to gorzko się rozczarowali. Wspiąwszy się na siodło, Tarna powiodła powoli wzrokiem po Zasiadających, zerknęła na tłum z nieodgadnioną twarzą, po czym uderzyła wałacha piętami, ruszając truchtem. Otaczająca ją eskorta Strażników podążyła w ślad za nią. Od strony ustępującego im drogi tłumu gapiów podniósł się szmer niepokoju, podobny do buczenia roju pszczół.
Ten pomruk było słychać dopóty, dopóki Tarna nie zniknęła z pola widzenia, z wioski, a wtedy na furę wspięła się Romanda, gładkim ruchem poprawiając szal z żółtymi frędzlami. Zapadła martwa cisza. Zgodnie z tradycją obwieszczenia Komnaty wygłaszała zawsze najstarsza Zasiadająca. Romanda oczywiście nie poruszała się jak stara kobieta, a jej twarz, jak u wszystkich Aes Sedai, była pozbawiona znamion upływu lat, niemniej jednak podeszły wiek wyznaczały siwe pasma; koczek nad karkiem Romandy był zupełnie biały, bez ani jednego ciemniejszego włosa. Elayne zastanawiała się, ile ona może mieć lat, ale rozpytywanie o wiek Aes Sedai poczytywano za całkowity brak ogłady.