Выбрать главу

Romanda utkała proste strumienie Powietrza, chcąc, by jej piskliwy sopran niósł się jak najlepiej; Elayne słyszała go tak dobrze, jakby stała tuż przed tą kobietą.

— Wielu z was niepokoiło się podczas ostatnich kilku dni, ale niepotrzebnie. Gdyby Tarna Sedai do nas nie przyjechała, same posłałybyśmy umownych do Białej Wieży. Ostatecznie raczej nie da się o nas powiedzieć, że ukrywamy się tutaj. — Urwała, jakby udzielała zebranym czasu na śmiech, ale oni tylko patrzyli się na nią. Poprawiła szal i ciągnęła dalej: — Cel naszego pobytu w tym miejscu nie uległ zmianie. Dążymy do prawdy i sprawiedliwości, pragniemy robić to, co słuszne...

— Słuszne dla kogo? — burknęła Nynaeve.

— ...i nie ugniemy się ani nie przegramy. Zajmujcie się przydzielonymi wam zadaniami tak jak dotychczas, ufni, że z naszych rąk otrzymacie schronienie, teraz i po naszym niechybnym powrocie na przysługujące nam miejsca w Białej Wieży. Oby Światłość opromieniała was wszystkich. Oby Światłość opromieniała nas wszystkie.

Znowu rozległ się szmer i gdy Romanda zeszła z fury, stłoczeni ludzie zaczęli powoli się rozchodzić. Twarz Siuan mogła być wyrzeźbiona z kamienia, zaciskała wargi z taką siłą, że aż odeszła z nich cała krew. Elayne miała ochotę zadawać pytania, ale Nynaeve zeskoczyła z werandy i zaczęła się przepychać w stronę dwupiętrowego budynku. Elayne prędko ruszyła jej śladem. Ubiegłej nocy Nynaeve była gotowa wyrzucić z siebie wszystko, czego się dowiedziały, niczym się nie przejmując, mimo iż przecież musiały to przedstawić z najwyższą ostrożnością, jeśli chciały wpłynąć na decyzję Komnaty. A z całą pewnością wychodziło na to, że trzeba na nią wpłynąć. Obwieszczenie Romandy przypominało wóz, który wiezie powietrze. Siuan była najwyraźniej nim zdenerwowana.

Przeciskając się między dwoma zwalistymi mężczyznami, którzy patrzyli groźnie na plecy Nynaeve — podeptała ich stopy, żeby przejść — Elayne obejrzała się przez ramię i zauważyła, że Siuan obserwuje ją i Nynaeve. Tylko przez chwilę, kiedy zorientowała się, że ona na nią patrzy, udała, że zauważyła kogoś w tłumie i zeskoczyła z werandy, jakby zamierzała podejść do tej osoby. Elayne pospieszyła przed siebie ze zmarszczonym czołem. Czy Siuan denerwuje się czy nie? W jakim stopniu jej irytacja i niewiedza tak naprawdę były udawane? Pomysł Nynaeve, by uciec do Caemlyn — Elayne wcale nie była pewna, czy przyjaciółka rzeczywiście z niego zrezygnowała — był bardziej niż głupi, ale ona sama już nie mogła się doczekać wyprawy do Ebou Dar, możliwości zrobienia czegoś naprawdę użytecznego. Te wszystkie tajemnice i podejrzenia były jak swędzące miejsce, do którego nie można dosięgnąć ręką. Żeby tylko Nynaeve nie popełniła jakiejś gafy.

Dogoniła Nynaeve w momencie, gdy ta złapała Sheriam, tuż obok fury, z której przemawiała Romanda. Była tam również Morvrin i Carlinya, wszystkie trzy w szalach. Wszystkie Aes Sedai nosiły tego ranka szale. Krótkie ciemne loki Carlinyi, podobne teraz do ciasnego czepka, stanowiły jedyną pamiątkę po tamtej niefortunnej wyprawie do Tel’aran’rhiod, która omal nie zakończyła się ich śmiercią.

— Musimy porozmawiać z tobą sam na sam — powiedziała Nynaeve do Sheriam. — Na osobności.

Elayne westchnęła. Nie najlepszy początek, ale też i nie najgorszy.

Sheriam przypatrywała się obydwóm przez chwilę, po czym zerknęła na Morvrin i Carlinyę i odparła:

— Proszę bardzo. W środku.

Kiedy się odwróciły, drogę do drzwi zagrodziła im Romanda, urodziwa ciemnooka kobieta w szalu z żółtymi frędzlami, całym pokrytym kwiatami i winoroślami, oprócz tego miejsca wysoko między łopatkami, gdzie znajdował się Płomień Tar Valon. Lekceważąc Nynaeve, uśmiechnęła się ciepło do Elayne, jednym z tych uśmiechów, których Elayne nauczyła się spodziewać i jednocześnie obawiać ze strony od Aes Sedai. Niemniej jednak na Sheriam, Carlinyę i Morvrin spojrzała z całkiem inną twarzą. Wpatrywała się w nie bez wyrazu, wysoko unosząc głowę, aż wreszcie dygnęły i wymruczały:

— Za twym pozwoleniem, Siostro.

Dopiero wtedy odeszła na bok, głośno przy tym pociągnąwszy nosem.

Zwykli ludzie niczego oczywiście nie zauważyli, ale Elayne pochwyciła strzępy komentarzy Aes Sedai na temat Sheriam i członkiń jej niewielkiej rady. Niektóre uważały, że one jedynie pilnują codziennych spraw Salidaru, tym samym odciążając Komnatę, by ta mogła zajmować się ważniejszymi sprawami. Inne wiedziały, że one wywierają znaczny wpływ na Komnatę, ale domniemany zasięg owego wpływu różnił się w zależności od tego, kto akurat o nim mówił. Romanda zaliczała się do tych, które uważały, że tamte zagarnęły dla siebie zbyt wiele; co gorsza, miały w swych szeregach dwie Błękitne, a za to ani jednej Żółtej. Elayne czuła na sobie jej wzrok, kiedy w ślad za nimi przestępowała przez próg.

Sheriam poprowadziła ich do jednej z prywatnych komnat, sąsiadujących z dawną główną salą, z boazerią przeżartą przez korniki i stołem zasłanym papierami. Uniosła wprawdzie brwi, kiedy Nynaeve poprosiła o nałożenie pasa zabezpieczeń przed podsłuchiwaniem, ale ostatecznie bez komentarza utkała go wewnątrz izby. Przypomniawszy sobie eskapadę Nynaeve, Elayne sprawdziła na wszelki wypadek, czy oba okna są szczelnie zamknięte.

— Spodziewam się usłyszeć co najmniej, że przybywa tutaj Rand al’Thor — oświadczyła sucho Morvrin. Pozostałe dwie Aes Sedai zamieniły między sobą szybkie spojrzenia. Elayne stłumiła oburzenie; naprawdę myślały, że ona i Nynaeve ukrywają coś na temat Randa. One i te ich tajemnice!

— Nie to — odparła Nynaeve — ale coś równie ważnego, choć w inny sposób. — I wyrzuciła z siebie opowieść o ich wyprawie do Ebou Dar i znalezieniu ter’angreala w kształcie czary. Nie przedstawiła wydarzeń w należytej kolejności i nie wspomniała wizyty w Wieży, ale zawarła wszystkie zasadnicze elementy.

— Jesteście pewne, że ta misa to ter’angreal? — spytała Sheriam, kiedy Nynaeve skończyła. — Że może wpływać na pogodę?

— Tak, Aes Sedai — odparła z prostotą Elayne. Najlepsze słowa to proste słowa, Morvrin jednak mruknęła coś z początku niewyraźnie; ta kobieta wątpiła we wszystko.

Sheriam skinęła głową, poprawiając szal.

— W takim razie dobrze się spisałyście. Poślemy list do Merilille. — Merilille Ceandevin była Szarą siostrą, wysłaną do królowej Ebou Dar celem jej przekonania do wsparcia Salidaru. — Będziecie musiały nam podać wszystkie szczegóły.

— Ona go nigdy nie znajdzie — wybuchnęła Nynaeve, zanim Elayne zdążyła otworzyć usta. — Elayne i ja możemy. — W oczach Aes Sedai pojawił się chłód.

— Ona zapewne nie da rady go znaleźć — wtrąciła pospiesznie Elayne. — My widziałyśmy miejsce, gdzie znajduje się misa, a mimo to nawet nam będzie ją trudno znaleźć. Niemniej jednak wiemy przynajmniej, co widziałyśmy. Opisanie tego w liście po prostu nie będzie tym samym.

— Ebou Dar to nie miejsce dla Przyjętych — rzekła chłodno Carlinya.

Morvrin przemawiała tonem nieco bardziej przyjaznym, aczkolwiek również gderliwym.

— Wszystkie powinnyśmy robić to, co potrafimy najlepiej, dziecko. Sądzisz, że Edesina, Afara albo Guisin chciały jechać do Tarabonu? Jakim sposobem miałyby przywrócić porządek w tym niespokojnym kraju? Ale próbować trzeba, więc jednak pojechały. Kiruna i Bera prawdopodobnie właśnie teraz pokonują Grzbiet Świata, w drodze do Pustkowia Aiel, gdzie miały szukać Randa al’Thora, ponieważ kiedy je posyłałyśmy na tę wyprawę, myślałyśmy, tylko myślałyśmy, że być może tam właśnie uda się go znaleźć. Fakt, że nie miałyśmy racji, ponieważ on opuścił Pustkowie, nie sprawia bynajmniej, by ich wyprawa była bezcelowa. Wszystkie robimy to, co możemy, to, co musimy. Obie jesteście Przyjętymi. Przyjęte nie udają się na eskapady do Ebou Dar albo gdzie indziej. Obie natomiast możecie i musicie zostać tutaj i uczyć się. Gdybyście były pełnymi siostrami, to i tak bym was tutaj zatrzymała. Od stu lat nie było takiej, która dokonałaby podobnych odkryć co wy, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę sam fakt, ile ich było w tak krótkim czasie.