— Jak to się stało, że Tigraine zniknęła? Interesuję się historią Andoru.
— Byłabym wdzięczna, gdybyś nie nazywał tego historią, Lordzie Smoku. Byłam młodą dziewczyną, kiedy to się stało, ale już nie dzieckiem i często bywałam w tym Pałacu. Któregoś ranka Tigraine zwyczajnie zniknęła ze swych komnat i już jej nigdy nie widziano. Niektórzy twierdzili, że widzieli w tym rękę Taringaila, ale ten omal nie oszalał ze smutku. Taringail Damodred najbardziej z wszystkiego pragnął, by jego córka została królową Andoru, a jego syn królem Cairhien. Taringail był Cairhieninem. To małżeństwo miało położyć kres wojnom z Cairhien i tak się też stało, ale w wyniku zniknięcia Tigraine nabrali przekonania, że Andor dąży do złamania traktatu. Dlatego właśnie zaczęli knowania, tak jak to zwykli czynić Cairhienianie, a to z kolei doprowadziło do zbrodni Lamana. Wiesz, rzecz jasna, jaki był tego koniec — dodała oschle. — Mój ojciec twierdził, że winna była Kitara Sedai.
— Kitara? — Dziwne, że nie powiedział tego zduszonym głosem. Nieraz już słyszał to imię. Była taka Aes Sedai nazwiskiem Kitara Moroso, kobieta, która potrafiła Przepowiadać i obwieściła, że Smok się Odrodził na zboczach Góry Smoka, wyprawiając Moiraine i Siuan na długie poszukiwania. To właśnie Kitara Moroso przed wieloma laty powiedziała “Shaiel”, że jeśli ona nie ucieknie do Pustkowia, nie mówiąc o tym nikomu, i nie zostanie Panną Włóczni, wówczas Andor i świat czeka zagłada.
Dyelin przytaknęła odrobinę niecierpliwie.
— Kitara była doradczynią królowej Modrellein — rzekła rześkim głosem — ale spędzała więcej czasu z Tigraine i Lukiem, bratem Tigraine, niż z królową. Kiedy Luc odjechał na północ i nigdy nie wrócił, szeptano, że Kitara go przekonała, iż jego chwała albo los wiążą się z Ugorem. Inni twierdzili, że on miał tam znaleźć Smoka Odrodzonego albo że od jego wyprawy do Ugoru zależą losy Ostatniej Bitwy. To wszystko działo mniej więcej na rok przed zniknięciem Tigraine. Ja osobiście wątpię, by Kitara miała coś wspólnego z Tigraine albo z Lukiem. Była doradczynią Modrellein aż do jej śmierci. Modrellein zmarła, bo pękło jej serce, gdy utraciła Tigraine, utraciwszy wcześniej Luka; tak twierdzono. I to, oczywiście, dało początek Sukcesji. — Zerknęła na pozostałych, którzy już niecierpliwie przestępowali z nogi na nogę i marszczyli się z podejrzliwością, ale nie potrafiła się powstrzymać, by nie dodać jeszcze kilku słów. — Gdyby nie tamte zdarzenia, sytuacja w Andorze wyglądałaby inaczej. Tigraine królową, Morgase jedynie Najwyższą Głową Domu Trakand, Elayne w ogóle by się nie narodziła. Bo widzisz, Morgase poślubiła Taringaila po zdobyciu tronu. Kto wie, co jeszcze by się zmieniło?
Kiedy patrzył, jak przyłącza się do pozostałych i odchodzi, przyszło mu do głowy, że wie, co jeszcze by się zmieniło. On nie trafiłby do Andoru, bo nigdy by się nie urodził. Wszystko by się cofnęło, w nieskończonej liczbie cykli. Tigraine udała się do Pustkowia w tajemnicy, sprawiając tym samym, że Laman Damodred ściął Avendoralderę, podarunek Aielów, chcąc zeń zbudować tron, który to czyn z kolei sprawił, że Aielowie przeszli przez Grzbiet Świata, by go zabić — taki był ich jedyny cel, aczkolwiek inne kraje nazywały to Wojną o Aiel — a wśród Aielów pojawiła się Panna o imieniu Shaiel, która zmarła przy porodzie. Tyle żywotów zmienionych, przerwanych, żeby ona mogła go urodzić w odpowiednim czasie i miejscu. I umrzeć przy wydawaniu go na świat. Tą matką, którą pamiętał, nieważne, że niewyraźnie, była Kari al’Thor, ale żałował, że nie może spotkać się z tą Tigraine czy też Shaiel, jakkolwiek chciała się nazywać, choćby tylko na krótką chwilę. Żeby ją chociaż mógł zobaczyć.
Chyba że podczas snu. Ona od dawna nie żyła. Wszystko skończone. Czemu więc to go nadal nęka?
“Koło Czasu i koło człowieczego żywota obracają się jednako, bez współczucia ani litości” — mruknął Lews Therin.
“Czy ty naprawdę tam jesteś? — zastanowił się Rand. — — Odpowiedz mi, jeśli tam jest coś więcej oprócz głosu i garści dawnych wspomnień! Jesteś tam?”
Milczenie. Teraz mógł zastosować radę Moiraine albo radę innej osoby.
Nagle dotarło do niego, że wpatruje się w ścianę Wielkiej Sali, wyłożoną białym marmurem, że patrzy dokładnie na północny zachód. W stronę Alanny. Opuściła “Psa Culaina”. “Nie! A żeby sczezła!”
Nie pozwoli, by miejsce Moiraine zajęła kobieta, którą stać na taki podstęp. Nie mógł zaufać żadnej kobiecie ukształtowanej przez Wieżę. Z wyjątkiem trzech. Elayne, Nynaeve i Egwene. Miał nadzieję, że jeszcze może im ufać. Choćby tylko trochę.
Z jakiegoś powodu zadarł głowę w stronę wielkiego sklepienia komnaty i osadzonych w nim barwnych witraży ukazujących bitwy i królowe, na przemian z wizerunkiem Białego Lwa. Te kobiety wielkości większej niż naturalna zdawały się w niego wpatrywać z dezaprobatą, nie rozumiejąc, z jakiego powodu on się tutaj znalazł. Gra wyobraźni, to oczywiste, ale dlaczego? Bo dowiedział się o Tigraine? Wyobraźnia czy szaleństwo?
— Przybył ktoś, z kim chyba powinieneś się spotkać — odezwał się obok niego Bashere i Rand oderwał wzrok od patrzących nań z góry. Czyżby naprawdę toczył z nimi bitwę na spojrzenia?
Generałowi towarzyszył jeden z jego jeźdźców, mężczyzna wyższy od niego — co w przypadku Bashere nie było trudne — miał ciemną brodę i wąsy, i skośne zielone oczy.
— Nie spotkam się, chyba że to Elayne — powiedział Rand bardziej oschle, niż zamierzył — albo ktoś z dowodami, że Czarny nie żyje. Tego ranka wybieram się do Cairhien. — Dopóki te słowa nie opuściły jego ust, wcale nie miał takiego zamiaru. W Cairhien była Egwene. I nie było tam tych królowych ze sklepienia. — Od wielu tygodni nie odwiedzałem tego miasta. Jakiś lord albo lady zagarną za moimi plecami Słoneczny Tron, jeśli nie będę ich pilnował. — Bashere spojrzał na niego dziwnie. Za dużo tych wyjaśnień.
— Zrobisz, jako rzeczesz; ale najpierw musisz się zobaczyć z tym człowiekiem. Twierdzi, że przybywa od lorda Brenda i moim zdaniem mówi prawdę. — Aielowie w jednej chwili poderwali się na nogi, wiedzieli, kto się przedstawia tym imieniem.
Rand ze swojej strony zapatrzył się zdumionym wzrokiem na Bashere. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie emisariusza od Sammaela.
— Wprowadź go.
— Hamad — powiedział Bashere, zrobiwszy gwałtowny ruch głową, i młodszy Saldaeańczyk wybiegł.
Kilka minut później Hamad wrócił z grupką Saldaean czujnie strzegących jakiegoś mężczyzny. Na pierwszy rzut oka nic w tym człowieku nie tłumaczyło ich ostrożności. Pozornie przynajmniej nie uzbrojony, był odziany w długi szary kaftan z podniesionym kołnierzem i zgodnie z modłą obowiązującą w Illian miał kędzierzawą brodę bez wąsów. A ponadto perkaty nos i szerokie, wyszczerzone w uśmiechu usta. Kiedy podszedł bliżej, Rand zauważył, że ten uśmiech w ogóle się nie zmienia. Cała twarz tego człowieka jakby zastygła w niezmiennym, pozbawionym wesołości wyrazie. Ciemne oczy, które wyzierały z tej maski, ostro z nią kontrastowały — wydawały się wręcz ronić strach, niby łzy.
W odległości dziesięciu kroków Bashere podniósł rękę i straż zatrzymała się. Illianin, wpatrzony w Randa, zdawał się tego nie zauważać, dopóki Hamad nie przystawił czubka miecza do jego piersi, sprawiając, że musiał się zatrzymać, bo inaczej zostałby nim przeszyty na wylot. Tylko zerknął na płomienistą głownię, po czym znowu zapatrzył się na Randa tymi przerażonymi oczyma osadzonymi w uśmiechniętej twarzy. Ręce zwisały mu u boków, drgając nerwowo, mimo iż twarz pozostała nieruchoma.