Rand zaczął zmniejszać dzielący ich dystans, ale nagle stanęli przed nim Sulin i Urien, nie zagradzając mu co prawda drogi, w taki jednak sposób się ustawili, że musiałby się przeciskać między nimi.
— Ciekawe, co mu uczyniono? — zapytała Sulin, przyglądając się mężczyźnie. Spomiędzy kolumn wyszło kilka Panien i Czerwonych Tarcz, niektórzy już osłonili twarze. — Jeśli nawet on nie jest jednym z Pomiotu Cienia, to Cień na pewno go dotknął.
— Taki jak on może zrobić coś, czego nie damy rady przewidzieć — powiedział Urien. Należał do tych, którzy obwiązywali skronie szkarłatnym paskiem. — Może zabija dotykiem. Lepszego przesłania wrogowi nie poślesz.
Żadne nie spojrzało na Randa, nie wprost w każdym razie, ale on i tak pokiwał głową. Może i mieli rację.
— Jak cię zwą? — zapytał. Sulin i Urien rozstąpili się na jeden krok, kiedy spostrzegli, że mężczyzna zamierza pozostać na swoim miejscu.
— Ja naprawdę przybywam od... od Sammaela — rzekł pusto brzmiącym głosem emisariusz, wciąż uśmiechając się szeroko. — Naprawdę przynoszę wiadomość dla... dla Smoka Odrodzonego. Dla ciebie.
Cóż, zabrzmiało to całkiem szczerze. Sprzymierzeniec Ciemności czy jakaś biedna dusza pojmana przez Sammaela w pułapkę jednego z jego obrzydliwszych splotów, o których opowiadał mu Asmodean?
— Cóż to za wiadomość? — spytał Rand.
Usta Illianina poruszyły się z wysiłkiem, po czym dobył się z nich głos, który nie miał nic wspólnego z tym, jak mężczyzna przemawiał dotychczas. Był głębszy, pełen pewności siebie, słyszało się inny akcent.
— Kiedy nastanie dzień Powrotu Wielkiego Władcy, będziemy stali po przeciwnych stronach, ty i ja, ale czemu mielibyśmy już teraz zabić się wzajem i pozwolić, by Demandred i Graendal stoczyli walkę o panowanie nad światem, stąpając po naszych kościach? — Rand znał ten głos, znał go z tych okruchów wspomnień Lewsa Therina, które osiadły w jego umyśle. Głos Sammaela. Lews Therin szydził bez słów. — Już masz wiele do przetrawienia — ciągnął Illianin głosem Sammaela. — Po cóż odgryzać więcej? Zwłaszcza, że przeżuć trudno, nawet jeśli Semirhage albo Asmodean nie zaatakują cię od tyłu, kiedy będziesz tym zajęty. Proponuję przymierze między nami, przymierze aż do Dnia Powrotu. Jeśli nie wykonasz ruchu przeciwko mnie, ja nie wykonam żadnego przeciwko tobie. Mogę się zobowiązać, że nie wyprawię się dalej na wschód niż do Równin Maredo, dalej na północ niż Lugard na wschodzie albo Jehannah na zachodzie. Sam widzisz, że pozostawiam ci jak dotąd więcej w udziale. Nie twierdzę, że przemawiam w imieniu pozostałych Przeklętych, ale wiesz teraz przynajmniej, że nie musisz się obawiać żadnego zagrożenia ani z mojej strony, ani też z ziem, którymi władam. Zobowiążę się, że ani ich nie wesprę w niczym, co zrobią przeciwko tobie, ani też w obronie przed tobą, Jak dotąd całkiem nieźle sobie radziłeś w usuwaniu Przeklętych z pola walki. I nie mam wątpliwości, że tak będzie nadal, a nawet lepiej, bo wiesz teraz, że twe południowe skrzydło jest bezpieczne i że inni walczą bez mojego wsparcia. Podejrzewam, że w Dniu Powrotu pozostaniemy tylko ty i ja, tak jak to powinno być. Tak jak to miało być. — Szczęki mężczyzny zamknęły się z głośnym trzaskiem, skrywając się za tym samym zamrożonym uśmiechem. Wyraz jego oczu był bliski szaleństwa.
Rand wytrzeszczył oczy. Przymierze z Sammaelem? Nawet gdyby miał podstawy do wiary, że ten człowiek dotrzyma danego słowa, nawet gdyby takie przymierze oznaczało przynajmniej jedno niebezpieczeństwo odsunięte na bok, dopóki nie rozprawi się z pozostałymi, to jednocześnie skazałby nieprzeliczone tysiące ludzi na łaskę Sammaela, a ten zdolności do okazywania łaski nigdy nie posiadał. Poczuł wściekłość sunącą po powierzchni Pustki i dotarło do niego, że objął saidina. Rwący potok przepalającej na wskroś słodyczy i mroźnego brudu, który zdawał się niczym echo potęgować jego gniew. Lews Therin. Jak tu się dziwić, że był szalony; udzielało mu się szaleństwo tamtego. Echo rezonowało jego własną furią, tak mocno, że w rezultacie nie umiał odróżnić jednego od drugiego.
— Przekażesz Sammaelowi następującą odpowiedź — oznajmił chłodno. — Rzucam mu do stóp wszystkie śmierci, jakie spowodował od chwili przebudzenia i obarczam go odpowiedzialnością za nie. Rzucam mu do stóp każdy mord, jakiego kiedykolwiek dokonał albo spowodował i obarczam go za niego odpowiedzialnością. Uniknął sprawiedliwości w Rorn M’doi i pod Nol Caimaine i Sohadrze... — Znowu wspomnienia Lewsa Therina, ale ból po tym, co tutaj się stało, śmiertelny ból na widok tego, co zobaczyły oczy Lewsa Therina, przepalał Pustkę na wskroś, jakby Rand sam go doznał. — ...Dopilnuję jednak, by sprawiedliwości stało się zadość. Przekaż mu: żadnych przymierzy z Przeklętymi. Żadnego przymierza z Cieniem.
Posłaniec uniósł owładniętą spazmatycznymi kurczami rękę, by otrzeć pot z twarzy. Nie, nie pot. Na ręce została krew. Z porów skóry tryskały szkarłatne krople, całe ciało trzęsło się, od stóp do głów. Hamad, któremu głośno zaparło dech, cofnął się na krok i nie on jeden zresztą. Wykrzywiony Bashere przejechał wierzchem dłoni po wąsach i nawet Aielowie wytrzeszczyli oczy. Illianin, cały zalany posoką, runął na posadzkę. Po chwili krew utworzyła ciemną, połyskliwą kałużę, rozmazywaną przez targane konwulsjami członki.
Rand przypatrywał się umierającemu, zagrzebany głęboko w Pustce, zupełnie nic nie czując. Pustka odgrodziła emocje, a zresztą i tak nie mógł nic zrobić. Nie sądził, by to potrafił zatrzymać, nawet gdyby się znał na Uzdrawianiu.
— Moim zdaniem — powiedział wolno Bashere — przez to, że ten człowiek nie wróci, Sammael otrzyma swoją odpowiedź. Słyszałem już o zabiciu posłańca, który przywiózł złe wieści, ale nigdy nie słyszałem, by jakiś został zabity, zanim zdążył powiedzieć, że wieści są złe.
Rand przytaknął. Ta śmierć niczego nie zmieniała; podobnie jak nowo nabyta wiedza o Tigraine.
— Niech się ktoś zajmie pochówkiem. Modlitwa nie zaszkodzi, nawet jeśli wcale nie pomoże. — Dlaczego te królowe z witraży wciąż zdawały się go oskarżać? Z pewnością za życia widywały równie złe rzeczy, może nawet w tej właśnie komnacie. Nadal potrafił wskazać Alannę, nadal ją czuł; Pustka nie stanowiła tarczy. Czy mógł zaufać Egwene? Ona potrafiła dotrzymać tajemnicy. — Noc spędzę chyba w Cairhien.
— Ponoć dziwna śmierć spotkała jakiegoś dziwnego człowieka — powiedziała nagle Aviendha, która właśnie wyłoniła się zza podium. Były tam niewielkie drzwi, przez które szło się do komnat służących za przebieralnie, a stamtąd do ciągnących się za nimi korytarzy.
Rand już miał zasłonić sobą to, co leżało na czerwono-białych płytkach, ale zatrzymał się. Aviendha rzuciła tylko jedno zaciekawione spojrzenie i więcej nie zwracała uwagi na ciało. W czasach, gdy była Panną Włóczni, z pewnością musiała widzieć wielu umierających jak on. Zapewne niemało sama zabiła, zanim wyrzekła się włóczni.
To na jego osobie skupiła wzrok, omiatając go nim od stóp do głów, jakby się upewniała, że jemu nic się nie stało. Kilka Panien uśmiechnęło się do niej, po czym otwarło przejście dla Randa, w razie konieczności odpychając Czerwone Tarcze na bok, ona zaś pozostała na swoim miejscu, poprawiając szal i przyglądając mu się badawczo. Niezależnie od tego, co sobie wyobrażały Panny, dobrze że trzymała się go blisko tylko dlatego, że Mądre tak jej kazały, tylko dlatego że miała go szpiegować, bo on zapragnął ją objąć, właśnie tutaj. Dobrze, że ona go nie pragnęła. To on jej dał tę bransoletę z kości słoniowej, którą miała na ręce, splot z róż i cierni, które tak pasowały do jej charakteru. Była to jedyna ozdoba, jaką nosiła, z wyjątkiem srebrnego naszyjnika o skomplikowanym wzorze, który Kandoryjczycy nazywali płatkami śniegu. Nie wiedział, kto jej go dał.