“Światłości!” — pomyślał z obrzydzeniem. Pragnął Aviendhy i Elayne, wiedząc, że nie może mieć żadnej. — “Jesteś gorszy od tego, co sobie kiedykolwiek wyobrażał Mat”. — Nawet Mat miał dość rozsądku, by trzymać się z daleka od jakiejś kobiety, kiedy uważał, że może ją skrzywdzić.
— Ja też muszę jechać do Cairhien — powiedziała.
Rand skrzywił się. Jednym z powodów, dla których tak go kusiło spędzenie jednej nocy w Cairhien, była możliwość spędzenia chociaż jednej nocy bez jej towarzystwa w komnacie.
— To nie ma nic wspólnego z... — zaczęła ostrym tonem, po czym zacięła swe pełne czerwone usta, a w niebiesko-zielonych oczach pojawił się błysk. — Muszę porozmawiać z Mądrymi, z Amys.
— Jasne — odparł. — Dlaczego nie? — Zawsze jeszcze istniała szansa, że jakoś uda mu się wyjechać, pozostawiając ją za sobą.
Bashere dotknął jego ramienia.
— Tego popołudnia zamierzałeś się przyglądać, jak moi żołnierze ćwiczą jazdę. — Powiedział to zdawkowym tonem, ale wyraz skośnych oczu nadawał tym słowom dodatkowego znaczenia.
To było ważne, ale Rand czuł potrzebę wyjazdu z Caemlyn, z Andoru.
— Jutro. Albo pojutrze. — Musiał uciec gdzieś daleko przed wzrokiem królowych, zastanawiających się, czy ktoś z ich rodu... Światłości, naprawdę się z niego wywodził! Rozedrze ich kraj na strzępy, tak jak to już uczynił z tyloma innymi. Daleko od Alanny. Musiał wyjechać. Choćby tylko na jedną noc.
17
Koło żywota
Strumieniem uplecionym z Powietrza Rand porwał swój pas z meczem, me zapomniawszy również o berle, i otworzył bramę dokładnie w tym miejscu, w którym stał, tuż przed podium; nagle nakreślona szczelina światła obróciła się, rozszerzyła i roztoczyła przed oczyma patrzących widok na pustą, wykładaną ciemnymi panelami komnatę znajdującą się w istocie sześćset mil od Caemlyn, w Pałacu Słońca, siedzibie królów Cairhien. Nie było w tym wnętrzu, wydzielonym na jego wyłączny użytek, żadnych sprzętów, za to ciemnoniebieskie płyty posadzki i drewniana boazeria ścian aż lśniły od częstego polerowania. A poza tym, mimo braku okien, pomieszczenie było rzęsiście oświetlone; osiem pozłacanych stojących lamp paliło się w nim dzień i noc, blask karmiących się oliwą płomieni pomnażały odblaśnice. Zatrzymał się na moment, by przypasać miecz, podczas gdy Sulin z Urienem otworzyli drzwi wiodące na korytarz i poprowadzili zastęp Panien i Czerwonych Tarcz przodem.
Uznał ich ostrożność za przesadną w tym przypadku. W przestronnym korytarzu, jedynej drodze wiodącej do komnaty, tłoczyło się razem ze trzydziestu Far Aldazar Din, Braci Orła, oraz blisko dwa tuziny Mayenian, w polakierowanych na czerwono napierśnikach i podobnych do garnków hełmach z okapami zakrywającym cały kark. Jeżeli na całym świecie rzeczywiście istniało takie miejsce, gdzie Rand nie potrzebował umiejętności bitewnych Panien, to było nim Cairhien, nawet w jeszcze większym stopniu niż Łza.
Jeden z Braci Orła biegł już w głąb korytarza, w momencie gdy Rand pojawił się w drzwiach komnaty; śladem wysokiego Aiela podążał Mayenianin ściskający niezgrabnie włócznię i krótki miecz. W rzeczy samej za Far Aldazar Din ciągnęła niewielka armia: służący w liberiach najrozmaitszych barw, jakiś taireniański Obrońca Kamienia w błyszczącym napierśniku i czarno-złotym kaftanie, cairhieniański żołnierz z czaszką wygoloną nad czołem, w jeszcze bardziej pogiętym napierśniku niźli Tairenianin, dwie młode kobiety Aielów w ciemnych grubych spódnicach i luźnych białych bluzkach, w których Rand natychmiast rozpoznał uczennice Mądrych. Wieści o jego przybyciu natychmiast się rozejdą. Zawsze tak było.
Przynajmniej Alanna była gdzieś daleko. Podobnie zresztą jak Verin, ale głównie chodziło o Alannę. Wciąż wyczuwał jej obecność, nawet mimo odległości, w postaci niejasnego wrażenia, że oto gdzieś tam jest, na zachodzie. Jakby przeczucie muśnięcia dłoni, która zatrzymała się o włos od karku. Czy istniał jakiś sposób, by się od niej uwolnić? Objął na chwilę saidina, znowu żadnej różnicy.
“Nigdy nie uciekniesz przed pułapkami, które sam na siebie zastawiasz. — W mamrotaniu Lewsa Therina słychać było konsternację. — Tylko większa potęga jest w stanie złamać inną potęgę, a wtedy znowu wpadasz w pułapkę. Schwytany na zawsze, więc nawet nie będziesz mógł umrzeć”.
Rand zadrżał. Czasami naprawdę wydawało mu się, że ten głos zwraca się bezpośrednio do niego. Gdyby wypowiadane przezeń słowa, choćby od czasu do czasu, układały się w jakiś zrozumiały sens, jego obecność w głowie stałaby się bardziej znośna.
— Widzę cię, Car’a’carnie — przemówił jeden z Braci Orła. Siwe oczy znajdowały się dokładnie na tej samej wysokości co oczy Randa, blizna przecinająca nos odznaczała się intensywną bielą na spalonej słońcem twarzy. — Jestem Corman z Mosaada Goshien. Obyś znalazł cień dzisiejszego dnia.
Rand nie zdążył nawet stosownie odpowiedzieć na powitanie, bo jakiś mayeniański oficer o zaróżowionych policzkach odepchnął Aiela na bok. Tak naprawdę, nie mógł tego zrobić — był zbyt drobny, żeby odepchnąć na bok mężczyznę o głowę wyższego i połowę bardziej barczystego, na dodatek Aiela, chociaż zapewne z racji młodego wieku wydawało mu się, iż warto spróbować — jednak w jakiś sposób wślizgnął się między Randa a Cormana. Pod pachą ściskał pomalowany na czerwono hełm z pojedynczym cienkim piórem.
— Lordzie Smoku, jestem Havien Nurelle, Lord Porucznik Skrzydlatej Gwardii — po bokach hełmu miał wygrawerowane skrzydła — w służbie Berelain sur Paendrag Paeron, Pierwszej z Mayene. Oddaję się do twojej dyspozycji. — Corman spojrzał na niego z rozbawieniem.
— Widzę cię, Havienie Nurelle — odparł Rand z całą powagą i chłopak zamrugał. Chłopak? Kiedy już się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że zapewne wcale nie jest młodszy od niego. To dopiero! — Jeżeli ty i Corman zechcecie mi pokazać... — Nagle dotarło do niego, że Aviendha gdzieś zniknęła. To on tak unikał tej kobiety, że omal nie skręcił sobie karku, a tymczasem teraz, kiedy po raz pierwszy od wielu tygodni pozwolił jej dotrzymać sobie towarzystwa, ona umknęła dokądś, ledwie na chwilę spuścił ją z oka! — Zabierzcie mnie do Berelain i Rhuarka — burknął. — Jeżeli nie przebywają razem w tym samym miejscu, zaprowadźcie mnie do tego, które znajduje się bliżej i każcie odszukać drugie. — Bez wątpienia pobiegła do Mądrych, by im donieść o jego ostatnich poczynaniach. Naprawdę powinien ją był zostawić w Caemlyn.
“To, czego pragniesz, jest tym, czego nie możesz mieć. To, czego nie możesz mieć, jest tym, czego pragniesz”. — Lews Therin zaniósł się obłąkańczym śmiechem. Obecnie jego głos nie dokuczał już Randowi tak, jak to bywało niegdyś. Nie było nawet porównania. Wszystko da się wytrzymać.
Po krótkiej dyskusji, by zadecydować, do kogo mają bliżej, Corman i Havien wysforowali znacznie przed swoich ludzi, tworzących całkiem sporą procesję, tyle bowiem Panien i Czerwonych Tarcz tłoczyło się w korytarzu o zwierciadlanym sklepieniu. Było tam dość ponuro i mroczno, pomimo zapalonych lamp. Być może przez nieobecność barw; cairhieniańscy dekoratorzy próbowali zapewne zastąpić ów brak w ten sposób, że nieliczne gobeliny powiesili wedle sztywnego układu: kwiaty do ptaków, jelenie i lamparty do scen myśliwskich, portrety arystokratów do bitew. Pierzchająca im z drogi cairhieniańska służba nie nosiła liberii i wyróżniała się jedynie kolorowymi paskami przy mankietach oraz godłami Domów, wyhaftowanymi na piersiach; czasami dochodziła jeszcze do tego kryza albo rękawy w barwach Domu, albo bardzo rzadko był to cały kaftan lub suknia. Tylko wyższej rangi służący mogli poszczycić się barwniejszymi strojami. Cairhienianie lubili porządek, przepychu zaś nie znosili. W rzadko rozmieszczonych w ścianie niszach stały pojedyncze ozdoby, złota misa albo wazon Ludu Morza, jednak wszystkie cechowały się surowością wzoru, grawerowane prostymi kreskami, jakby ich twórcy ze wszelkich sił starali się zamaskować jakiekolwiek krzywizny. Wszędzie tam, gdzie korytarz otwierał się na wytyczone z kwadratowych kolumn arkady, za którymi znajdował się ogród, można było być pewnym, że ścieżki tworzyć będą regularną sieć krzyżujących się linii, że wszystkie kwietniki będą jednakowej wielkości, że krzewy i małe drzewka będą rygorystycznie przystrzyżone i zasadzone w równych odległościach. Gdyby mimo tej suszy kwitły jakieś kwiaty, to bez wątpienia rosłyby w prostych szeregach.