Выбрать главу

Rand żałował, że Dyelin nie może zobaczyć tych wszystkich mis i wazonów. Shaido rabowali wszystko, co tylko mogli unieść, na całym terytorium Cairhien, a to, czego nie byli w stanie zabrać, w miarę możliwości palili, ale takie postępowanie oznaczało wszakże pogwałcenie ji’e’toh. Ci Aielowie, którzy poszli za Randem i uratowali miasto, również brali, ale zgodnie z wyznawanymi przez nich zasadami — kiedy zdobywali jakieś miejsce w wyniku stoczonej bitwy, zabierali jedną piątą jego majętności i ani srebrnej łyżeczki więcej. Jedynie w Andorze Bael zgodził się, z ogromną co prawda niechęcią, zrezygnować nawet z tej jednej piątej. Rand sądził jednak, że ktoś, kto nie posiadałby dokładnego spisu wszystkich przedmiotów, nigdy nie zorientowałby się, że w ogóle coś stamtąd zabrano.

Mimo zażartych dyskusji, Cormanowi i Havienowi nie udało się odnaleźć ani Rhuarka, ani Berelain, zanim oni nie odnaleźli się sami.

Oboje przyszli na spotkanie z Randem do jednej z kolumnad, bez żadnej świty, przez co miał wrażenie, że to on sam stoi na czele jakiejś parady. Rhuarc w swoim cadin’sor, z siwizną w ciemnorudych włosach, górował wzrostem nad Berelain, bladą, piękną i młodą, w błękitno-białej sukni z dekoltem tak głębokim, że Randowi aż zaschło w ustach, kiedy się przed nim pokłoniła. Rhuarc, w shoufie luźno oplatającej szyję, nie miał przy sobie żadnej broni prócz ciężkiego noża Aielów. Ona zaś ustroiła głowę w Diadem Pierwszej, ceremonialną oznakę swej pozycji, w kształcie złotego jastrzębia w locie; spod diademu lśniące czarne włosy spływały jej falami na obnażone ramiona.

Może nawet dobrze się stało, że nie było przy nim Aviendhy; czasami nazbyt gwałtownie reagowała na kobiety, które jej zdaniem za bardzo mu się narzucały.

Nagle dotarło do niego, że Lews Therin nuci fałszywie. Coś go w tym mocno zaniepokoiło, ale dlaczego...? Nucił sobie — jak każdy mężczyzna podziwiający kobietę, która nie zdaje sobie sprawy z jego obecności.

“Przestań! — Rand krzyknął w myślach. — Przestań patrzeć moimi oczyma!” — Nie wiadomo, czy tamten usłyszał... czy rzeczywiście był tam w ogóle ktoś, kto mógł go usłyszeć?... niemniej jednak głos przestał nucić.

Havien przyklęknął na jednym kolanie, a Berelain kazała mu wstać, niemalże automatycznym gestem.

— Ufam, że wszystkie sprawy idą po twojej myśli, Lordzie Smoku, zarówno w twoim życiu, jak i w Andorze. — Taką barwą głosu z pewnością przyciągała uwagę mężczyzn. — I mam też nadzieję, że twoi przyjaciele, Mat Cauthon i Perrin Aybara, też się dobrze miewają.

— Wszystko dobrze — poinformował ją. Zawsze pytała o Mata i Perrina, jakkolwiek często jej powtarzał, że jeden znajduje się w drodze do Łzy, a drugiego nie widział od czasu opuszczenia Pustkowia. — A co u was?

Oboje właśnie zrównali się z Randem; Berelain spojrzała przelotnie na Rhuarka i dopiero wtedy, gdy wszyscy razem przeszli do następnej części korytarza, odparła:

— Wszystko w jak najlepszym porządku, Lordzie Smoku.

— Sprawy idą pomyślnie, Randzie al’Thor – oznajmił Rhuarc. Na jego twarzy trudno byłoby doszukać się jakiś wyraźniejszych uczuć, ale wszak bywało tak prawie zawsze.

Rand wiedział, że oboje rozumieją, dlaczego główną władzę nad Cairhien złożył w ręce Berelain. Powody były bezwzględnie jednoznaczne. Była pierwszą z rządzących, która dobrowolnie zaproponowała mu przymierze, mógł jej ufać, ponieważ go potrzebowała — w obecnej chwili bardziej jeszcze niźli kiedykolwiek od czasu wejścia z nim w alians — by chronił Mayene przed zakusami Łzy. Wysocy Lordowie zawsze usiłowali traktować Mayene jako prowincję swego kraju. A poza tym jako cudzoziemka, mieszkanka maleńkiego państewka położonego w odległości setek lig na południe, nie miała wyraźnych powodów do faworyzowania w Cairhien jakiejś szczególnej frakcji, nie żywiła żadnych nadziei na trwałe utrzymanie władzy i znakomicie się znała na kierowaniu państwem. Trudno byłoby coś zarzucić jego rozumowaniu. Biorąc pod uwagę stosunek Aielów do Cairhienian, oraz Cairhienian do Aielów, gdyby rządził tutaj Rhuarc, wcześniej czy później doszłoby do rozlewu krwi, a Cairhien z pewnością nie tego potrzebowało.

Ustanowiony przez niego porządek zdawał się nieźle funkcjonować. Podobnie jak w przypadku Semaradrid i Weiramona w Łzie, Cairhienianie zaakceptowali Mayeniankę w roli gubernatora, w takiej samej mierze dlatego, że nie była Aielem, jak dlatego, że to Rand powierzył jej ten urząd. Berelain naprawdę wiedziała, co robi i na dodatek słuchała rad oferowanych jej przez Rhuarka, który przemawiał w imieniu tych wodzów klanów, którzy do teraz pozostali w Cairhien. Bez wątpienia miewała też do czynienia z Mądrymi — te chyba nigdy nie przestaną wtrącać się do cudzych spraw, a jeśli już, to nie wcześniej, niźli zrobią to Aes Sedai — ale jak dotąd o niczym takim nie wspomniała.

— A Egwene? — zapytał Rand. — Czy miewa się choć odrobinę lepiej?

Berelain nieznacznie zacisnęła usta. Nie lubiła Egwene. Zresztą Egwene też za nią nie przepadała. Nie miał pojęcia, skąd to się brało, ale sprawy rzeczywiście tak się miały.

Rhuarc rozłożył ręce.

— Wiem tyle, co mi powiedziała Amys. — Amys była nie tylko Mądrą, lecz również żoną Rhuarka. Jedną z jego dwóch żon; ten obyczaj, zdaniem Randa, zaliczał się do najdziwniejszych obyczajów Aielów, wśród wielu, które wprawiały go w zdumienie. — Mówi, że Egwene potrzebuje jeszcze trochę wypoczynku, nie męczących ćwiczeń, dużo jedzenia i świeżego powietrza. Myślę, że pozwalają jej trochę pospacerować pod koniec dnia, kiedy upał nieco lżeje. — Berelain spojrzała na niego krzywo; delikatna warstewka potu na twarzy ani trochę nie ujmowała jej urody, ale Rhuarc, rzecz jasna, nie pocił się wcale.

— Chciałbym się z nią zobaczyć — oznajmił Rand. — O ile Mądre pozwolą — dodał, Mądre były równie zazdrosne o swoje wpływy, jak wszystkie poznane przez niego Aes Sedai; zawsze dbały, by nie wtrącał się w nie żaden z wodzów szczepów, wodzów klanów, a zapewne w największym stopniu sam Car’a’carn. — Ale najpierw...

Kiedy zbliżali się do kolejnego miejsca, w którym ścianę korytarza zastępowała kolumnada z balustradą, dobiegł go znajomy, ledwie słyszalny dźwięk. Trzaski mieczy ćwiczebnych. Nie zatrzymując się, zerknął w tamtą stronę. A przynajmniej taki miał zamiar; to, co zobaczył w dole, sprawiło, że język mu zamarł, a stopy same chyba zwolniły kroku. Pod okiem wyprostowanego sztywno Cairhienianina w zgrzebnym kaftanie szarej barwy ćwiczyło kilkanaście zlanych potem kobiet połączonych w pary, jedne w rozciętych sukniach do konnej jazy, inne w męskich kaftanach i spodniach. Większość wykonywała figury niezgrabnie, choć z dużym entuzjazmem, jednak niektóre zręcznie i gładko przechodziły od postawy do postawy, aczkolwiek wymachiwały mieczami z połączonych listewek z pewnych wahaniem. Na twarzach wszystkich malowała się zawzięta determinacja, niemniej jednak zdarzało się, że któraś, uświadomiwszy sobie, że właśnie popełniła błąd, wybuchała niewesołym śmiechem.