Mangin ledwo dostrzegalnie pokręcił głową.
— Zrozumiałem, że zasłużył sobie na śmierć, więc go zabiłem. — Powiedział to takim tonem, jakby prowadził normalną towarzyską rozmowę: zauważył, że trzeba wyrzucić śmieci, więc zrobił to. — Ale ty powiedziałeś, że nie wolno nam zabijać krzywoprzysięzców, chyba że w bitwie, albo dopiero wówczas, gdy nas zaatakują. Czy więc mam względem ciebie toh?
Rand doskonale pamiętał, co wówczas powiedział...
“...tego powieszę”.
Poczuł ucisk w piersiach.
— Dlaczego uznałeś, że zasłużył sobie na śmierć?
— Miał na sobie coś, czego nie miał prawa nosić.
— Co miał? Co on miał na sobie, Mangin?
Odpowiedział mu Rhuarc, dotykając jego lewego przedramienia.
— To. — Miał na myśli wrytego w skórę Smoka, oplecionego wokół ręki. Wodzowie klanów rzadko je wystawiali na widok publiczny i rzadko też w ogóle o nich wspominali; niemalże wszystko, co wiązało się z tym znamieniem, spowite było tajemnicą. Wszyscy chcieli, aby tak to zostało. — Zrobił to sobie, oczywiście za pomocą igieł i atramentów. — Tatuaż.
— Udawał, że jest wodzem klanu? — Rand zdał sobie sprawę, że za wszelką cenę poszukuje wymówki — “...tego powieszę”. Mangin był jednym z pierwszych, którzy opowiedzieli się po jego stronie.
— Nie — odparł tamten. — Był pijany i pokazywał wszystkim coś, czego pokazywać nie powinien. Widzę twe oczy, Randzie al’Thor. — Znienacka uśmiechnął się. — To jest dopiero zagadka. Miałem rację, zabijając go, ale teraz mam względem ciebie toh.
— Nie miałeś racji, zabijając go. Wiesz, jaka jest kara za morderstwo.
— Sznur na szyję, jak to robią ci mieszkańcy mokradeł — Mangin w zamyśleniu pokiwał głową. — Powiedz mi więc, gdzie i kiedy, to się tam stawię. Obyś znalazł dziś wodę i cień, Randzie al’Thor.
— Obyś i ty znalazł wodę i cień, Mangin — odrzekł ze smutkiem Rand.
— Przypuszczam, że on naprawdę z własnej woli uda się na miejsce swej kaźni — stwierdziła Berelain, kiedy drzwi za Manginem się zamknęły. — Och, nie patrz na mnie w ten sposób, Rhuarc. Nie miałam zamiaru obrazić ani jego, ani honoru Aielów.
— Sześć dni — warknął Rand, zwracając się do niej. — Wiedzieliście oboje, po co on się tu zjawił. To wszystko stało się sześć dni temu, a wy zostawiliście to mnie. Morderstwo to morderstwo, Berelain.
Wyprostowała się, przybierając królewską postawę, jednak w jej głosie brzmiały obronne tony.
— Nie przywykłam do mężczyzn, którzy przychodzą do mnie i twierdzą, że właśnie popełnili morderstwo. Przeklęte ji’e’toh. Przeklęci Aiele i ich przeklęty honor. — W jej ustach przekleństwa sprawiały doprawdy dziwne wrażenie.
— Nie masz powodów, by się na nią gniewać, Randzie al’Thor — wtrącił Rhuarc. — Mangin miał toh wobec ciebie, nie wobec niej. Czy mnie.
— On ma toh względem człowieka, którego zamordował — zimno odparł Rand. Rhuarc wyglądał na wstrząśniętego. — Następnym razem, gdy ktoś popełni morderstwo, nie czekajcie na mnie. Postępujcie, jak nakazuje prawo! — Tym sposobem być może uda mu się uniknąć konieczności wydawania wyroku śmierci na kogoś, kogo znał i lubił. Ale zrobi to, jeśli będzie trzeba. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę i to go zasmucało. Kim też się stał?
“Koło ludzkiego żywota — wymamrotał Lews Therin. — Żadnej litości. Żadnego współczucia”.
18
Smak samotności
Czy są jeszcze jakieś problemy, które chcecie, abym rozwiązał? — Z tonu głosu Randa wynikało jasno, że ma na myśli tylko te kwestie, które jego zdaniem dawno już powinny być rozwiązane. Rhuarc nieznacznie pokręcił głową, zaś oblicze Berelain odrobinę pokraśniało. — Dobrze. Ustalmy więc dzień, kiedy Mangin zostanie powieszony...
“Jeżeli za bardzo boli — zaśmiał się Lews Therin, okropnym, ochrypłym głosem — to spraw, by zabolało kogoś innego”.
Odpowiedzialność. Obowiązek. Poczuł, jak sztywnieje mu kark, jakby chciał za wszelką cenę powstrzymać tę przysłowiową górę przed zmiażdżeniem go.
— Powieście go jutro. Powiedzcie mu, że tak przykazałem. — Zawiesił głos, popatrzył na nich wściekłym wzrokiem i zdał sobie sprawę, że czeka na komentarz Lewsa Therina, a nie na ich słowa. Czekał, by usłyszeć głos dawno zmarłego człowieka, dawno zmarłego szaleńca. — Ja udaję się do szkoły.
Rhuarc zwrócił uwagę, że najpewniej Mądre właśnie są w drodze ze swoich namiotów, chcąc się z nim spotkać, Berelain zaś zauważyła, że taireniańscy i cairhieniańscy dostojnicy będą się dopytywać, gdzie też schowali Smoka Odrodzonego. Rand oznajmił im jednak, iż mają powiedzieć tamtym prawdę. I zakazać udania się w ślad za nim; spotka się z nimi, kiedy wróci. Oboje mieli takie miny, jakby przyszło im właśnie przełknąć po kwaśnej śliwce, on jednak wziął tylko ze stołu berło Smoka i wyszedł.
W korytarzu Jalani oraz słomianowłosy Aiel z Czerwonych Tarcz, niewiele starszy od niej, poderwali się natychmiast na nogi, obrzucając się spiesznie czujnym spojrzeniem. Poza nimi korytarz był pusty, wyjąwszy kilku przemykających służących. Po jednym z każdej społeczności, jak się okazuje, pomyślał Rand i zastanowił się dalej, czy Urien musiał walczyć z Sulin, by zastosowała się do jego rozkazów.
Gestem dłoni kazał im pójść za sobą i ruszył prosto do najbliższej stajni, w której boksy wyłożone były tym samym zielonym marmurem, z jakiego zrobiono kolumny podtrzymujące wysoki strop. Główny stajenny, zdeformowany jakąś chorobą mężczyzna o odstających uszach, ze Wschodzącym Słońcem Cairhien wyszytym na krótkiej skórzanej kamizelce, był niepomiernie zdumiony na widok Randa z eskortą złożoną jedynie z dwójki Aielów; ciągle spoglądał na drzwi stajni, spodziewając się ujrzeć kolejnych, i kłaniał się właściwie bez przerwy, przez co Rand zaczął się obawiać, że nigdy nie dostanie swego wierzchowca.
— Koń dla Lorda Smoka! — Sześciu stajennych skoczyło do boksu, by przygotować do drogi wysokiego wałacha o płomiennych oczach; nałożyli mu wędzidło ze złotymi frędzlami oraz inkrustowane złotem siodło, pod które położyli błękitną jak niebo derkę, również zdobioną złotymi frędzlami i symbolami wschodzących słońc.
Ponieważ uwinęli się naprawdę szybko, główny stajenny zniknął, gdy tylko Rand dosiadł wierzchowca. Najpewniej udał się na poszukiwanie świty, która musiała przecież otaczać Smoka Odrodzonego. Albo żeby donieść komuś, że Rand opuścił pałac niemal w pojedynkę. Cairhien takie właśnie było. Bułanek o lśniącej sierści najwyraźniej zamierzał z początku trochę pokaprysić, ale kiedy wciąż jeszcze próbował tańczyć, Rand puścił go zdecydowanym truchtem przez tereny otaczające pałac, obok zaskoczonych cairhieniańskich gwardzistów. Nie przejmował się wcale potencjalnymi zabójcami, którzy mogliby czyhać na niego w zasadzce, uprzedzeni przez stajennego; każdy kto chciałby zastawić na niego pułapkę, wkrótce przekona się, że przeliczył się z siłami. Jednakże choćby chwila zwłoki, osądził, a już zaroi się wokół niego od szlachty, a potem już nie można będzie właściwie się od nich opędzić. Dla odmiany dobrze było teraz trochę pobyć samemu.
Zerknął na Jalani i młodego Aiela, którzy biegli truchtem obok jego wierzchowca. Dedric, przypominał sobie, z Rozpadliny Jaern, Codara. Prawie sam. Wciąż czuł niewidzialny dotyk Alanny, a Lews Therin zawodził z oddali nad swą umarłą Ilyeną. Nigdy nie będzie mógł być całkowicie sam. Być może już do końca życia. Jednak nawet tyle samotności, ile udało mu się uzyskać po tak długim czasie spędzonym wśród ludzi, smakowało dobrze.