Выбрать главу

Zestaw sit, skrobaków i rozwłókniaczy pełnych skrawków lnu wytwarzał znacznie cieńszy papier, niźli komukolwiek udało się do tej pory otrzymać, przynajmniej tak twierdził jego twórca. Potężny kadłubowaty kształt, składający się z dźwigni i wielkich płaskich tarcz, okazał się maszyną drukarską, znacznie sprawniejszą od obecnie używanych, przysięgał jego wynalazca. Dedric okazał temu urządzeniu zrozumiałe zainteresowanie, póki Jalani najwyraźniej nie zdecydowała za niego, że powinien raczej obserwować, czy ktoś nie chce przypadkiem zaatakować Car’a’carna — mocno nastąpiła mu na stopę, tak że aż zatoczył się na Randa. Na wystawie znajdował się także pług na kołach, przeznaczony do orania sześcioma lemieszami naraz — przynajmniej jego zastosowania Rand potrafił bez żadnych wyjaśnień się domyślić i uznał, że może w istocie działać — jeszcze jedno urządzenie z dołączoną końską uprzężą, które podczas żniw miało zastąpić ludzi z kosami. Wystawiono również także nowy rodzaj warsztatu tkackiego, ponoć łatwiejszego w użyciu, jeżeli wierzyć opinii człowieka, który go zbudował. Były tam też rzeźbione w drewnie i pomalowane modele akweduktów, które miały dostarczać wodę do miejsc, gdzie wysychały studnie, projekty nowej kanalizacji i ścieków dla Cairhien, nawet stół z ustawionymi maleńkimi figurkami ludzi i powozów, dźwigów i krążków, obrazujący, jak winno się budować i brukować ulice, by dorównywały wytrzymałością tym, które położono setki lat temu.

Rand nie miał pojęcia, czy którykolwiek z tych wynalazków będzie działał, niektóre jednak wyglądały obiecująco. Ten pług, na przykład, jak najbardziej przydałby się w Cairhien, które przecież musiało zacząć żywić się samo. Każe Idrian zbudować go. Nie, powie Berelain, by jej to zleciła.

“Zawsze na oczach innych posługuj się oficjalnymi hierarchiami władzy — mawiała Moiraine — chyba, że chcesz komuś podsunąć myśl, by je obalić”.

W gronie nauczycieli wypatrzył znajome oblicze Kina Tovere, krępego optyka, który nie przestawał ocierać pasiastą chustką spływającej potem łysiny. Oprócz tego, że budował szkła powiększające rozmaitych rozmiarów. — “Dzięki którym z odległości mili policzysz włosy w nosie oglądanego”, mawiał, w taki właśnie sposób dobierając słów — wytwarzał również soczewki o średnicy większej niż głowa, co więcej, zaprojektował szkło powiększające, w którym dałoby się takie zastosować, być może nawet większe; urządzenie miało sześć stóp długości, dołączono do niego wykresy obrazujące, jak przy jego pomocy oglądać różne przedmioty, między innymi gwiazdy. Cóż, Kin zawsze chciał się przyglądać rzeczom znajdującym się daleko.

Na twarzy Idrien wykwitł uśmiech pełen satysfakcji, kiedy Rand pochylił się nad szkicami pana Tovere. Ona miała na względzie tylko praktyczne korzyści. Podczas oblężenia Cairhien sama zbudowała wielką kuszę, całą złożoną z dźwigni i przekładni, która miotała niewielkie włócznie na odległość mili, nadając im dostateczną prędkość, by potrafiły na wylot przebić człowieka. Gdyby pozwolić jej zarządzać szkołą wedle własnego uznania, wkrótce nikt nie traciłby czasu na nic, co nie było naprawdę solidne i praktyczne.

— Zbuduj to — powiedział Rand, zwracając się do Kina. Być może rzecz okaże się bezużyteczna, w przeciwieństwie do pługa, który z każdą chwilą przekonywał go coraz bardziej, jednak lubił Tovere. Idrien westchnęła i nieznacznie pokręciła głową. Tovere cały aż pojaśniał. — I zamierzam wypłacić ci nagrodę w wysokości stu złotych koron. To naprawdę wygląda interesująco. — Wśród zebranych przeszedł szmer, stawał się tym głośniejszy, im większe zdziwienie malowało się na obliczach Idrien oraz Tovere.

W porównaniu z pozostałymi przedmiotami zgromadzonymi na wystawie, projekty niedoszłego budowniczego dróg i monstrualne szkło powiększające Tovere wyglądały niczym dzieła doprawdy naiwnych i prostych umysłowości. Mężczyzna o krągłej twarzy, wykorzystując krowie łajno, sprawiał, że na końcu mosiężnej rury płonął błękitnawy płomień; nawet on sam zdawał się nie mieć pojęcia, do czego można by to zjawisko wykorzystać.

Wychudzona młoda kobieta wystawiła kulę papieru, otoczoną sznurkami i utrzymywaną w górze przez ciepło unoszące się znad małego ognia płonącego w koszu. Mamrotała coś na temat latania — Rand pewien był, że właśnie o tym mówiła — oraz o rzeźbionych skrzydłach ptaków — miała przy sobie szkice ptasiej anatomii oraz czegoś, co wyglądało jak ptaki z drewna — niemniej była tak przejęta spotkaniem Smoka Odrodzonego, że zupełnie nie potrafiła wyartykułować choć słowa, które Rand by zrozumiał, Idrien zaś z pewnością nie miała najmniejszego zamiaru wyjaśnić mu, o co w tym wszystkim chodziło.

A potem był łysiejący mężczyzna z zestawem mosiężnych tulei i cylindrów, prętów i kół, rozłożonych na blacie ciężkiego drewnianego stołu, świeżo wyżłobionego i zeskrobanego; niektóre z rys były tak głębokie, iż wydawało się, że jeszcze trochę, a dłuto przebiłoby się na drugą stronę. Z jakiegoś powodu połowa twarzy tamtego i jedna z jego dłoni zawinięte były w bandaże. Skoro tylko Rand pojawił się w korytarzu, zaczął nerwowo rozpalać ogień pod jednym z cylindrów. Kiedy Rand wraz z Idrien przystanęli przy jego stanowisku, poruszył jakąś dźwignią i uśmiechnął się z dumą.

Urządzenie zaczęło się trząść, z kilku miejsc wytrysnęły zeń strumienie pary. Syk przemienił się wkrótce w gwizd, cały zaś wynalazek zaczął rozpaczliwie dygotać. Maszyna dobywała z siebie dźwięk przypominający przenikliwe zawodzenie. Z każdą chwilą stawało się coraz bardziej nieznośne dla uszu. Po chwili urządzenie trzęsło się już do tego stopnia, że stół pod nim zaczął się poruszać. Łysy mężczyzna rzucił się, aby go przytrzymać, równocześnie wyciągając korek z jednego z cylindrów. Ten trysnął wielką chmurą pary i w tym momencie machina zamarła. Ssąc poparzone palce, mężczyzna zdobył się jeszcze na słaby uśmiech.

— Piękna robota w mosiądzu — powiedział Rand, nim pozwolił Idrien poprowadzić się dalej. — Co to było? — zapytał cicho, kiedy znaleźli się już dość daleko, by tamten nie mógł go usłyszeć.

Wzruszyła ramionami.

— Mervin nikomu nie chce powiedzieć. Czasami z jego izby dochodzą odgłosy wybuchów, tak głośne, że aż drzwi drżą, a on sam poparzył się już ze sześć razy, twierdzi jednak, że kiedy ukończy swoje dzieło, to zacznie nim nowy Wiek. — Niepewnie zerknęła na Randa.

— Jeżeli jest w stanie tego dokonać, proszę bardzo — odrzekł sucho. Może to urządzenie miało wygrywać jakąś melodię? I dlatego tak zgrzytało? — Nie widzę nigdzie Herida. Może zapomniał zejść na dół?

Idrien ponownie westchnęła. Herid Fel był Andoraninem, który z nieznanych powodów zaplątał się do tutejszej Królewskiej Biblioteki — sam siebie określał jako badacza historii i filozofii — trudno jednak było określić go jako osobę, do której przełożona szkoły, dysponująca przecież tak praktycznym nastawieniem, zapałałaby z miejsca sympatią.

— Mój Lordzie Smoku, on nigdy nie wychodzi ze swego gabinetu, wyjąwszy chwile, gdy udaje się do Biblioteki.

Stwierdziwszy, że chcąc się stąd oddalić, powinien najpierw wygłosić chociażby krótką przemowę do tych ludzi, Rand stanął na stołku, z Berłem Smoka wspartym o zagięcie ramienia i pochwalił wszystkie ich wynalazki. Niektóre zresztą naprawdę mogły się okazać rewolucyjne, na ile się orientował. Potem wreszcie mógł się wyślizgnąć z tłumu, a Jalani i Dedric ruszyli w ślad za nim. Oczywiście towarzyszyli mu również Lews Therin i Alanna. Za swymi plecami słyszał jeszcze uradowane mamrotania. Zastanawiał się, czy komuś z nich prócz Idrien przyszło do głowy, by zabrać się za konstruowanie broni.