Выбрать главу

— Ktoś kiedyś musiał to zrobić. Ten pierwszy raz, o to mi chodzi. Chyba, że twoim zdaniem Stwórca na samym początku zbudował więzienie Czarnego już z gotowym otworem i plombą. — Na samą tę myśl brwi uniosły mu się w zdziwieniu do góry. — Nie, na początku ono było całością i sądzę, że stanie się na powrót całością, kiedy raz jeszcze nastanie Trzeci Wiek. Hm. Ciekawe, dlaczego nazywają go właśnie Trzecim Wiekiem? — Pospiesznie schwycił za pióro i zaczął coś gryzmolić na marginesie otwartej książki. — Uff. Teraz mniejsza o to. Nie twierdzę, że Smok Odrodzony będzie tym, który uczyni je całością, przynajmniej nie musi się to zdarzyć z konieczności w tym Wieku, ale stanie się tak na pewno, zanim ponownie nadejdzie Trzeci Wiek, a nadto jeszcze musi minąć tyleż czasu od chwili, gdy więzienie uczynione zostanie całością... co najmniej więc Wiek... aby wszyscy zapomnieli o Czarnym i jego więzieniu. Aby nikt o nich nie pamiętał. Hm. Zastanawiam się... — Zerknął na swe notatki i podrapał się po głowie, potem z wyraźnym zaskoczeniem stwierdził, że użył do tego celu dłoni, w której trzymał pióro. Na jego włosach pozostała smuga atramentu. — Ostatecznie jest tak, że każdy Wiek, w którym pieczęcie słabną, musi jakoś pamiętać o Czarnym, ponieważ przed żyjącymi w nim ludźmi stoi zadanie pokonania go i zepchnięcia z powrotem do jego lochu. — Wetknął fajkę między zęby, potem próbował znowu coś zapisać, zapomniawszy umoczyć pierwej pióro w kałamarzu.

— Chyba że Czarny wydostanie się na wolność — cicho powiedział Rand. — Wtedy zniszczy Koło Czasu, a potem ukształtuje i Czas, i świat na swój obraz i podobieństwo.

— O to właśnie chodzi. — Herid wzruszył ramionami, patrząc na swe pióro spod zmarszczonych brwi. Nareszcie przypomniał sobie o kałamarzu. — Nie wydaje mi się, abyśmy w tej kwestii, ty czy ja, byli zdolni cokolwiek począć. Dlaczego nie zostaniesz ze mną i nie poświęcisz się studiom? Nie przypuszczam, by Tarmon Gaidon miało nastąpić już jutro, a równie pożytecznie spędzisz czas przy...

— Czy przychodzi ci do głowy jakiś powód, dla którego ktoś mógłby zechcieć niszczyć pieczęcie?

Brwi Herida podskoczyły do góry.

— Niszczyć pieczęcie? Niszczyć pieczęcie? Dlaczego ktokolwiek — prócz szaleńca — miałby chcieć to uczynić? Czy one w ogóle mogą zostać zniszczone? Wydaje mi się, że gdzieś czytałem, iż jest to niemożliwe, ale nie przypominam sobie teraz, czy podano tam tego przyczynę. Co cię skłoniło do takich obaw?

— Nie mam pojęcia. — Rand westchnął. Gdzieś w głębinach jego umysłu Lews Therin zawodził:

“Zerwijcie pieczęcie. Zerwijcie pieczęcie i skończcie z tym wszystkim. Pozwólcie mi umrzeć na wieki”.

Całkiem bezskutecznie wachlując się rogiem swego szala, Egwene patrzyła w obie strony skrzyżowania korytarzy, w nadziei, że tym razem uda jej się nie zgubić. Obawiała się jednak, że stanie się dokładnie odwrotnie, co w niczym nie sprzyjało poprawie jej nastroju. Korytarze w Pałacu Słońca ciągnęły się całymi milami; żaden z nich nie był obecnie chłodniejszy niźli otaczające go okolice, ona zaś spędziła w nich naprawdę zbyt mało czasu, by nauczyć się drogi na pamięć.

Wszędzie pełno było Panien, włóczyły się dwójkami i trójkami — było ich znacznie więcej niż zazwyczaj, gdy towarzyszyły Randowi podczas jego nieobecności w Cairhien. Niby przechadzały się zwyczajnie, jednak w jej oczach coś w ich zachowaniu zdawało się... jakieś ukradkowe. Wiele znało ją z widzenia, mogła więc oczekiwać od nich choćby pozdrowienia — w ogóle Panny uważały, że bycie uczennicą Mądrych znaczy o wiele więcej niźli bycie Aes Sedai, za którą ją pierwotnie uważały, posuwając się aż do tego, iż zapominały, że ona wcale nie jest Aes Sedai — kiedy jednak ją zobaczyły, wyglądały na zaskoczone, przynajmniej w takiej mierze, w jakiej Aielowie w ogóle są do tego zdolni. Skinienia głową, świadczące o tym, że ją rozpoznają, poprzedzała chwila konsternacji, potem przemykały obok niej, nie powiedziawszy ani słowa. To zachowanie nie skłaniało do pytania o drogę. Zamiast tego zmarszczyła groźnie brwi i spojrzała na spoconego służącego, z cienkimi błękitno-złotymi paskami naszytymi na bufiastych ramionach kaftana, zastanawiając się, czy może on wie, jak się dostać tam, dokąd chciała dotrzeć. Trudność polegała na tym, że nie była do końca pewna, dokąd właściwie chce się dostać. Na nieszczęście złożyło się tak, że mężczyzna doprowadzony był niemalże do skraju wytrzymałości psychicznej przez obecność tylu Aielów wokół siebie. Napotkawszy gniewny wzrok kobiety Aielów — większość z nich nigdy nie dostrzegała jej ciemnych oczu, jakich z pewnością żaden Aiel nie mógł posiadać — a głowę mając zapewne wypełnioną opowieściami o Pannach, odwrócił się tylko i uciekł, najszybciej jak potrafił.

Prychnęła z irytacją. Tak naprawdę to wcale nie potrzebowała, by ktoś jej wskazywał drogę. Wcześniej czy później dojdzie do jakiegoś miejsca, które uda jej się rozpoznać. Z pewnością nie ma najmniejszego sensu wracać tą drogą, którą przyszła, w które jednak z trojga odgałęzień się skierować? Zdecydowała się na jedno z nich i ruszyła naprzód krokiem tak zdecydowanym, że nawet kilka Panien zeszło jej z drogi.

Była, prawdę powiedziawszy, w nie najlepszym humorze. Spotkanie z Aviendhą po tak długim czasie byłoby cudowne, gdyby tamta nie poprzestała tylko na chłodnym skinieniu głową i nie umknęła na jakąś prywatną konferencję w namiocie Amys. Prywatną, naprawdę, Egwene przekonała się o tym, kiedy próbowała pójść za nią.

“Nie zostałaś wezwana — ostro oznajmiła Amys, kiedy Aviendha mościła się ze skrzyżowanymi nogami na poduszkach, z uporem wbijając wzrok w spiętrzone dywaniki pod stopami. — Idź sobie na spacer. I zjedz coś. Kobieta nie powinna wyglądać jak suchy badyl”.

W tym momencie zjawiły się, wezwane przez gai’shain, Bair i Melaine, jednak Egwene wykluczono ze spotkania. Nastrój trochę jej się poprawił, gdy zobaczyła szereg Mądrych, które również odprawiono, ale tylko odrobinę. Mimo wszystko była przyjaciółką Aviendhy, a jeśli tamta wpakowała się w jakieś kłopoty, Egwene chciała pomóc.

— Skąd tu się wzięłaś? — usłyszała nagle za sobą natarczywy głos Sorilei.

Egwene była dumna ze swej reakcji. Odwróciła się spokojnie, aby stanąć twarzą w twarz z Mądrą Siedziby Shende. Pochodząca z Jarra Chareen, Sorilea miała rzadkie białe włosy i twarz, która przypominała pomarszczoną skórę naciągniętą ściśle na czaszkę. Cała zresztą składała się niemal jedynie ze ścięgien i kości, a chociaż potrafiła przenosić, dysponowała Mocą w znacznie słabszym stopniu niźli większość kobiet w ogóle obdarzonych Talentem, które Egwene spotkała w życiu. W Wieży nigdy nie zostałaby nikim więcej jak nowicjuszką, zanim nie odprawiono by jej ostatecznie do domu. Jednakże zdolność do przenoszenia nie znaczyła aż tak wiele wśród Mądrych. Jakiekolwiek jednak były tajemnicze reguły rządzące ich społecznością, kiedy w pobliżu znajdowała się Sorilea, przewodnictwo spotkaniom zawsze powierzano jej właśnie. Egwene doszła do wniosku, że tamta zawdzięcza to wyłącznie swej sile woli.

O dobrą głowę wyższa od Egwene, podobnie jak pozostałe kobiety Aielów, Sorilea patrzyła na nią zielonymi oczyma, których spojrzenie mogłoby byka zwalić z nóg. Poczuła nagły przypływ ulgi, to był zwyczajny sposób, w jaki Sorilea patrzyła na ludzi. Gdyby miała komuś coś za złe, wówczas ściany kruszyłyby się pod jej wzrokiem, a draperie stawały w ogniu. Cóż, w każdym razie tak to z pozoru wyglądało.

— Przyszłam zobaczyć się z Randem — powiedziała Egwene. — Wędrówka tutaj z namiotów wydawała mi się równie dobrym spacerem jak każdy inny. — Z pewnością znacznie lepszy był to pomysł niźli obejście szybko pięć, sześć razy dookoła murów miasta, co było równoznaczne z Aielowym łatwym ćwiczeniem. Miała nadzieję, że Sorilea nie zapyta jej, dlaczego tak jej się wydawało. Naprawdę nie lubiła okłamywać którejś z Mądrych.