Выбрать главу

Niella pospieszyła w stronę drzwi, wlokąc za sobą skraj szaty po wzorzystym dywanie, ale Egwene schwyciła ją w porę za rękaw.

— Czy zrzucisz biel, kiedy minie twój czas?

Nie było to stosowne pytanie, zaś skromność na twarzy tamtej zastąpiła duma, której nie powstydziłaby się żadna z Panien.

— Inne postępowanie oznacza szyderstwo z ji’e’toh — sztywno odparła Niella. Nagle na jej ustach zaigrał leciutki uśmiech. — A poza tym przyjdzie po mnie mój mąż. Nie byłby zadowolony, gdyby mnie nie spotkał. — Pozbawiona wyrazu maska powróciła na jej oblicze, znowu spuściła oczy. — Mogę już odejść? Skoro Aviendha jest tutaj, będę starała się jej unikać, ile tylko w mojej mocy, ona zaś na pewno zajrzy do tych komnat.

Egwene pozwoliła jej odejść. Nie miała w każdym razie prawa pytać — mówienie o życiu gai’shain przed przywdzianiem bieli, lub po jej zrzuceniu, oznaczało wstyd dla tamtej. Sama poczuła się trochę zawstydzona, chociaż oczywiście nie musiała przestrzegać wymogów ji’e’toh. Starała się tylko być grzeczna.

Kiedy została sama, usiadła w suto rzeźbionym i złoconym fotelu; po tak długim okresie siadywania ze skrzyżowanymi nogami na poduszkach mebel wydał jej się osobliwie wygodny. Podkuliła nogi i zaczęła rozmyślać nad tym, o czym też Aviendha mogła rozmawiać z Amys i pozostałymi dwoma. Z całkowitą niemalże pewnością można było założyć, iż mówiły o Randzie. Jego osoba zawsze stanowiła główny przedmiot zainteresowania Mądrych. Nie dbały wcale o Proroctwa Smoka ułożone przez mieszkańców mokradeł, znały jednak dokładnie Proroctwo Rhuidean. On wreszcie zniszczy Aielów tak, że, zgodnie ze słowami Proroctwa, “niedobitki niedobitków” tylko ocaleją, one zaś chciały zadbać, by te niedobitki były tak liczne, jak tylko możliwe.

Właśnie dlatego upierały się, by Aviendha pozostawała w pobliżu niego. Tak blisko, że naruszało to wymogi przyzwoitości. Przed wejściem do komnaty była pewna, że zobaczy na posadzce posłanie przygotowane dla Aviendhy. A jednak Aielowie przecież inaczej podchodzili do tych spraw. Mądre chciały, żeby Aviendha nauczyła go obyczajów i tradycji Aielów, żeby przypominała mu, że jego krew jest krwią Aielów, chociaż nie wychował się wśród nich. Najwyraźniej uznały, że to przypominanie winno odbywać się przez całą okrągłą dobę, jednak biorąc pod uwagę wszystko, z czym przyszło im się mierzyć, nie mogła tak do końca mieć o to do nich pretensji. A jednak zmuszanie kobiety, by spała w jednym pomieszczeniu z mężczyzną, nie było przyzwoite.

Co więcej, nie potrafiła niczego wymyśleć w związku z problemem Aviendhy, zwłaszcza że tamta bynajmniej nie widziała w tym niczego zdrożnego. Wsparłszy się na łokciu, próbowała zaplanować, w jaki sposób ma potraktować Randa. Jej myśli błądziły, podsuwając kolejne pomysły, ale ostatecznie do niczego nie doszła, a on wreszcie się pojawił, mrucząc coś cicho do dwóch Aielów, z którymi rozstawał się w drzwiach komnaty.

Egwene skoczyła na równe nogi.

— Rand, musisz mi pomóc poradzić sobie z Mądrymi, one ciebie posłuchają — wybuchnęła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Było to coś, czego właśnie za nic nie chciała powiedzieć.

— Również się cieszę, że cię znowu widzę — powiedział, uśmiechając się. Miał w dłoni tę długą seanchańską włócznię; od czasu jak ją widziała po raz ostatni, jej drzewce ktoś pokrył rzeźbionymi Smokami. Żałowała, że nie wie, skąd on to wziął; wszystko, co wiązało się z Seanchanami, przyprawiało ją o dreszcze. — Czuję się dobrze, dziękuję ci, Egwene. A ty? Znowu wyglądasz jak dawniej, jak zawsze pełna animuszu. — Wyglądał na strasznie zmęczonego. I stanowczego na tyle, by uśmiech na jego twarzy zaczynał sprawiać dziwne wrażenie. Za każdym razem, gdy go spotykała, zdawał się coraz pewniejszy podejmowanych decyzji.

— Niech ci się nie wydaje, że jesteś zabawny — odparowała, zła na niego. Lepiej już ciągnąć dalej to, co zaczęła. Lepiej niźli się wycofywać i przepraszać, tylko jeszcze bardziej by się uśmiał. — Pomożesz mi?

— W jaki sposób? — Najwyraźniej czuł się tutaj jak u siebie w domu... no cóż, to były jego komnaty.:. położył ozdobioną chwostami włócznię na małym stoliku z nogami wyrzeźbionymi w pantery, a potem odpasał miecz i zdjął kaftan. Z jakiegoś powodu nie pocił się bardziej niż Aielowie. — Mądre wprawdzie mnie słuchają, ale słyszą tylko to, co chcą. Nauczyłem się już rozpoznawać to pozbawione wyrazu spojrzenie, jakim mnie traktują, kiedy stwierdzają, że opowiadam bzdury, a ponieważ nie chcą mnie tym zawstydzić, nie informują mnie o tym, ani też nie kłócą się, tylko zwyczajnie puszczają mimo uszu. — Przystawił sobie jeden ze złoconych foteli naprzeciwko niej, po czym rozparł się w nim, wyciągając obute nogi przed siebie. Nawet to udało mu się wykonać w jakiś wyjątkowo bezczelny sposób. Zdecydowanie zbyt wielu ludzi mu się kłaniało.

— Czasami rzeczywiście mówisz rzeczy pozbawione sensu — odburknęła. Z jakiegoś powodu to, że nie miała już więcej czasu na zastanawianie się, pozwoliło jej skupić myśli. Starannie poprawiła swój szal, usiadła wyprostowana naprzeciw niego. — Wiem, że chciałbyś usłyszeć, jak się miewa Elayne. — Dlaczego jego twarz tak nagle posmutniała, a jednocześnie nabrała wyrazu mroźniejszego niźli oddech zimy? Zapewne dlatego, że już od dawna nie miał wieści od Elayne. — Wątpię, by Sheriam przekazywała Mądrym jakieś przeznaczone dla ciebie wieści. — Na ile się orientowała, wieści nie było żadnych, chociaż on w sumie rzadko bywał w Cairhien, a tylko tu mógł się czegoś dowiedzieć. — Mnie Elayne zaufa, powierzy mi taką sprawę. Mogę więc przekazywać tobie wieści od niej, ale pod warunkiem, że uda ci się przekonać Amys, iż jestem dość silna, aby... aby wrócić do moich studiów.

Żałowała, że głos jej się załamał, jednak wiedział doprawdy zbyt wiele o wędrowaniu po snach, nie mówiąc już o samym Tel’aran’rhiod. Prawie wszystko, co dotyczyło wędrowania po snach, prócz samej nazwy chyba, stanowiło tajemnicę głęboko przez Mądre skrywaną, szczególnie przez te, które potrafiły to robić. Nie miała prawa zdradzać ich sekretów.

— Powiesz mi, gdzie jest Elayne? — Równie dobrze mógłby poprosić o filiżankę herbaty.

Zawahała się, ale porozumienie, jakie zawarły ona, Nynaeve i Elayne — Światłości, jak dawno to było? — wciąż obowiązywało. Rand nie był już dłużej chłopcem, z którym dorastała. Był mężczyzną, pełnym poczucia własnej wartości, a niezależnie do tego, jakim przemawiał głosem, te niewzruszone oczy w jego twarzy zwyczajnie domagały się odpowiedzi. Jeżeli podczas spotkania Aes Sedai i Mądrych, można by rzec, sypały się skry, to gdyby doszło do spotkania między nim a Aes Sedai, to chyba wybuchłby istny pożar. Ktoś musiał stanąć między nimi i tylko one trzy nadawały się do tego zadania. Miała nadzieję, że przy okazji nie spłoną.

— Nie mogę ci tego powiedzieć, Rand. Nie mam takiego prawa. Nie wolno mi. — I to również była prawda. A zresztą i tak nie potrafiłaby mu przecież powiedzieć, gdzie się. dokładnie znajduje się Salidar; wiedziała tylko, że gdzieś za Altarą, nad rzeką Eldar.

Z napięciem pochylił się do przodu.

— Wiem, że ona jest z Aes Sedai. Powiedziałaś mi kiedyś, że te Aes Sedai mnie popierają, albo że jest to przynajmniej prawdopodobne. Czy one się mnie boją? Mogę poprzysiąc, że będę trzymał się od nich z dala, jeżeli tak się sprawy mają. Egwene, zamierzam oddać Elayne Tron Lwa, a także Tron Słońca. Ma prawo ubiegać się o oba, Cairhien zaakceptuje ją równie łatwo jak Andor. Potrzebuję jej, Egwene.

Egwene już otworzyła usta — i nagle zrozumiała, że właśnie chciała powiedzieć mu wszystko, co wie na temat Salidaru. Na szczęście, zagryzła zęby tak silnie, że aż zabolała ją szczęka; otworzyła się na saidara. Wypełniło ją słodkie poczucie jedności z życiem, tak potężne, że przegnało wszelkie inne uczucia, pomogło; powoli pragnienie powiedzenia wszystkiego zaczęło zanikać.