Выбрать главу

Z westchnieniem opadł na fotel, ona zaś patrzyła nań szeroko rozwartymi oczyma. Co innego wiedzieć, że on jest najsilniejszym ta’veren od czasów Artura Hawkwinga, a całkiem co innego pozwolić, by on nad nią zapanował. Ledwie potrafiła się powstrzymać, by nie drżeć niepohamowanie i nie obejmować się ramionami.

— Nie powiesz mi — oznajmił. Nie było to pytanie. Energicznie potarł przedramiona, przez rękawy koszuli, czym jej przypomniał, że nadal obejmuje saidara; musiał to silnie odczuwać, jak mrowienie na skórze. — Czy sądziłaś, że chcę to z ciebie wydrzeć przemocą? — warknął, znienacka rozzłoszczony. — Czy jestem teraz w twoich oczach takim potworem, że aż musisz odwoływać się do Mocy, aby się ochronić przede mną?

— Nie potrzebuję niczego dla ochrony przed tobą — powiedziała tak spokojnie, na ile tylko było ją stać. Ciągle jeszcze kotłowało jej się w żołądku. To był Rand, a jednocześnie był to mężczyzna, który potrafił przenosić. Jakaś część jej duszy pragnęła tylko jęczeć i zawodzić głucho. Wstydziła się tych uczuć, nie potrafiła ich jednak przegnać na dobre. Przy uwalnianiu .saidara zawahała się na ułamek sekundy i zaraz tego pożałowała. Nie miało to jednak znaczenia; gdyby doszło do takiej walki, to musiałaby najpierw odgrodzić go jakoś od Źródła, bo w przeciwnym wypadku pokonałby ją bez większych kłopotów, jakby siłowali się na rękę. — Rand, przepraszam, ale nie mogę ci pomóc, naprawdę nie mogę. I na dodatek zamierzam raz jeszcze poprosić ciebie o pomoc. Wiesz przecież, że w ten sposób sam sobie też pomożesz.

Jego gniew rozpłynął się w szaleńczym uśmiechu; te błyskawiczne zmiany nastroju były naprawdę przerażające.

— “Kot za kapelusz albo kapelusz za kota” — zacytował.

“Ale nic za nic” — dokończyła w myślach. Słyszała to przysłowie, kiedy była mała; wymyślili je ludzie z Taren Ferry.

— Ty wkładasz swego kota do kapelusza, a potem jeszcze wpychasz go do kieszeni spodni, Randzie al’Thor — powiedziała chłodno. Jakoś jej się udało nie trzasnąć z całych sił drzwiami, niemniej miała wielką ochotę to uczynić.

Oddalała się szybko od jego komnat, zastanawiając się, co teraz ma począć. W jakiś sposób musiała przekonać Mądre, by pozwoliły jej wrócić do Tel’aran’rhiod — legalnie, można by rzec. Wcześniej czy później, on i tak będzie musiał spotkać się z tymi Aes Sedai z Salidaru, co ułatwione byłoby, gdyby wpierw udało jej się porozmawiać z Elayne lub Nynaeve. Była trochę zaskoczona, że Salidar jeszcze się do niego nie zwrócił; cóż powstrzymywało Sheriam i pozostałe? Nic, co w najmniejszym stopniu choćby zależało od niej, Elayne i Nynaeve zaś z pewnością lepiej wiedziały, w czym rzecz.

Spotkanie z Elayne stawało się coraz pilniejsze. Rand jej potrzebował. Kiedy o niej mówił, jego głos brzmiał tak, jakby znaczyła dla niego więcej niźli cokolwiek innego w świecie. To powinno rozproszyć resztki jej zmartwień co do tego, czy on ją jeszcze kocha. Żaden mężczyzna nie potrafił w ten sposób mówić o kobiecie, jeśli jej nie kochał.

Przez kilka chwil Rand siedział jeszcze bez ruchu, wpatrując się w drzwi, które zamknęła za sobą Egwene. Tak bardzo zmieniła się od czasu, gdy była tą małą dziewczynką, z którą się wychowywał. W tym ubraniu Aielów stanowiła doskonałą kopię Mądrej — wyjąwszy w każdym razie wzrost; wyglądała więc jak niska Mądra o ciemnych oczach. Jednak tamta Egwene, którą pamiętał, wkładała we wszystko, co robiła, całe swoje serce. Teraz była chłodna jak inne Aes Sedai, ujęła saidara, kiedy tylko osądziła, że on jej zagraża. To było coś, o czym nie powinien zapominać. Niezależnie od tego, jakie miała na sobie suknie, chciała być Aes Sedai, i zatrzyma dla siebie tajemnice Aes Sedai, nawet po tym, jak przysiągł jej, że potrzebuje Elayne, by zapewnić pokój dwóm narodom. Trudno, trzeba o niej myśleć jako o Aes Sedai. To było naprawdę smutne.

Znużony podniósł się z fotela i z powrotem przywdział kaftan. Musiał się jeszcze spotkać z cairhieniańskimi arystokratami, Colavaere i Maringilem, Dobraine i całą resztą. A także z Tairenianami; Meilan, Aracome i inni będą się zżymać, jeśli poświęci Cairhienianom choć odrobinę czasu więcej. Mądre też będą chciały odbyć z nim rozmowę, a także Timolan i pozostali wodzowie klanów, którzy jeszcze się z nim dzisiaj nie widzieli. Dlaczego w ogóle chciał opuścić Caemlyn? Cóż, rozmowa z Heridem była naprawdę sympatyczna, jednak kwestie, jakie z niej wyniknęły, nie należały do przyjemnych, a mimo to dobrze od czasu do czasu porozmawiać z kimś, kto nie pamięta, że on jest Smokiem Odrodzonym. A poza tym udało mu się chociaż na chwilę pozbyć się tej szajki Aielów, jaka zazwyczaj go otaczała; zamierzał odtąd częściej sobie na to pozwalać.

Dostrzegł swe odbicie w lustrze ze złoconymi ramami.

— Przynajmniej udało ci się ukryć przed nią, jak bardzo jesteś zmęczony — powiedział do lustra. To była jedna z najcenniejszych rad Moiraine.

“Nie pozwól im nigdy dostrzec, że tracisz siły”.

Właśnie zaczął myśleć o Egwene jako o jednej z nich.

Sulin udawała, że pod oknami Randa al’Thora przycupnęła jedynie przypadkiem; wbijała raz za razem niewielki nóż w ziemię, jakby zabawiała się grą w pikietę. Kiedy usłyszała pohukiwanie sowy rozlegające się z jednego z okien, z cichym przekleństwem powstała szybko i natychmiast wsunęła nóż za pas. Rand al’Thor znowu opuścił swe komnaty. Czuwanie nad nim w ten sposób nie zdawało egzaminu. Gdyby miała tu Enailę albo Somarę, wówczas one by musiały go pilnować. Normalnie jednak starała się chronić go przed tego typu bzdurami, dokładnie tak, jakby postąpiła w przypadku pierwszego brata.

Pobiegła do najbliższego wejścia, gdzie przyłączyły się do niej kolejne Panny — żadna nie przyszła tutaj razem z nią — i zaczęły przeszukiwać gęstwę korytarzy, starając się, żeby to tak wyglądało, jakby tylko spacerowały. Niezależnie od tego, czego chciał Car’a’carn, nic nie mogło się stać jedynemu synowi Panny, który do nich powrócił.

19

Kwestie toh

Rand z początku zakładał, że tej nocy będzie spał dobrze. Był tak zmęczony, że zdołał zapomnieć o bezustannym dotyku palców Alanny, ponadto Aviendha nadal przebywała poza pałacem, w namiotach Mądrych, nie było więc tego rozbierania się bez zwracania najmniejszej uwagi na jego obecność ani też zakłócania jego odpoczynku głośnym oddechem. A jednak coś sprawiło, że rzucał się po łóżku. Sny. Zawsze strzegł swoich snów, aby Przeklęci nie mogli się do nich dostać — a także Mądre — wszelkie zabezpieczenia jednak na nic nie mogły się przydać wobec czegoś, co już znajdowało się w środku. Dręczyły go sny o wielkich białych rzeczach, które niczym gigantyczne ptasie skrzydła, bez samego ptaka wszakże, płynęły skroś nieba; o wielkich miastach, w których ku niebu wznosiły się nieprawdopodobnie wysokie budynki, lśniące w słońcu, a po ulicach mknęły kształty przypominające żuki albo spłaszczone krople wody. Wszystko to już widział wcześniej, wewnątrz wielkiego ter’angreala w Rhuidean, gdzie otrzymał Smoki zdobiące obecnie jego przedramiona, znał je też z obrazów namalowanych podczas Wieku Legend, jednak w jego śnie to wszystko wyglądało jakoś inaczej. Wszystko zdawało się wykoślawione, barwy zaś... niewłaściwe, jakby coś wypaczyło mu wzrok. Megaloty chwiały się i spadały, a każdy z nich zabierał ze sobą setki ludzi na pewną śmierć. Budowle roztrzaskiwały się niby szkło, miasta płonęły, ląd zaś kołysał się niczym szarpane sztormem morze. Co jakiś czas stawała mu przed oczyma złotowłosa kobieta, widział, jak jej oblicze pełne miłości przyobleka całun. Odległe zakamarki jego pamięci rozpoznawały ją. Częścią siebie pragnął za wszelką cenę ją uratować, przed Czarnym, przed wszelaką krzywdą, przed tym, co sam miał zaraz zrobić. Tak wiele sprzecznych myśli rodził jednocześnie jego umysł, jakby cały rozsypywał się powoli na połyskujące okruchy — a wszystkie one wyły.