Выбрать главу

To, że przeszedł jako pierwszy, z pewnością nie spodobało się ani Pannom, ani Czerwonym Tarczom. Urien tylko chrząknął i z dezaprobatą pokręcił głową. Natomiast Sulin z zupełnie zbielałą twarzą podeszła do niego na czubkach palców, dzięki czemu jej nos znalazł się na poziomie jego nosa.

— Wielki i potężny Car’a’carn pozwolił, by Far Dareis Mai strzegły jego honoru — niemalże wysyczała niskim szeptem. — Jeżeli potężny Car’a’carn zginie w zasadzce, kiedy znajduje się pod ochroną Panien, Far Dareis Mai stracą wszelki honor. Jeżeli jednak niezwyciężony Car’a’carn nie dba o takie sprawy, to być może Enaila ma rację. Być może wszechmocny Car’a’carn jest tylko zapalczywym chłopcem, którego należy prowadzić za rękę, ponieważ w przeciwnym razie gotów w każdej chwili spaść z urwiska, tylko dlatego, że nie spojrzy pod nogi.

Randowi aż szczęka opadła. W sytuacjach całkiem prywatnych tylko zgrzytał zębami i nic nie mówił, gdy słyszał takie uwagi — zazwyczaj zresztą mniej złośliwe — ze względu na dług, jaki winien był Pannom. Jednak nigdy dotąd żadna nie zbeształa go otwarcie w obecności innych ludzi, nawet Enaila czy Somara. Melaine znajdowała się już w pół drogi przez komnatę, zebrała spódnice w dłonie i omalże biegła; najwyraźniej trudno jej było się doczekać chwili, gdy na nowo utrwali wpływ Mądrych na Baela. Nie potrafił powiedzieć, czy Urien słyszał tę przemowę, chociaż jakoś dziwnie nagle zainteresował się kierowaniem swych zamaskowanych Aethan Dor, którzy rozbiegli się wśród kolumnad w towarzystwie Panien, czyli czymś, co wcale nie wymagało nadzorowania. Aviendha zaś, zupełnie przeciwnie, z ramionami zaplecionymi na piersiach patrzyła na niego z taką mieszaniną przygany i zadowolenia, że nie miał najmniejszych wątpliwości, iż słyszała wszystko.

— Wczoraj poszło bardzo dobrze — odparł stanowczym tonem. — Od tej pory uważam więc, że dwójka strażników całkowicie mi wystarczy. — Oczy jej omalże nie wyszły z orbit, wyglądało jakby słowa zupełnie zamarły jej w krtani. Teraz, kiedy już doprowadził ją do takiego stanu, nadszedł czas, by odrobinę ustąpić, zanim nie eksploduje niczym fajerwerki Iluminatorów. — Rzecz jasna, cała sprawa ma się inaczej, gdy będę opuszczał Pałac. Wówczas jak najbardziej stosowna będzie straż, którą mi przydzielisz, jednak tutaj albo w Pałacu Słońca, czy w Kamieniu Łzy, dwójka całkowicie wystarczy. — Odwrócił się od niej, mimo iż wciąż poruszała niemo ustami, próbując wykrztusić choć słowo.

Aviendha dogoniła go w momencie, gdy mijał podium, na którym stały trony, maszerując w stronę niewielkich drzwi ukrytych z tyłu. Przyszedł tutaj, zamiast udać się prosto do swoich komnat, w nadziei, że uda mu się ją zgubić. Nawet bez saidina potrafił wyczuć jej zapach, a może to było tylko wspomnienie. Żałował w każdym razie, że nie ma kataru; zanadto mu się ten zapach podobał.

Aviendha, w swym szalu ściśle owiniętym wokół ramion, patrzyła prosto przed siebie, jakby coś ją trapiło, nie zauważając nawet, że przytrzymał dla niej drzwi wiodące do wyłożonej płaskorzeźbami lwów gotowalni, coś, na co zwykle reagowała wybuchem złości albo przynajmniej jakimś złośliwym pytaniem, takim na przykład, jak, którą to właściwie rękę sobie złamała. Kiedy zapytał ją, o co chodzi, wzdrygnęła się.

— O nic. Sulin miała rację. Ale... — Nagle uśmiechnęła się dość niechętnie. — Czy widziałeś jej twarz? Nikt nigdy jej tak nie usadził od czasu... chyba nigdy, jak sądzę. Nawet Rhuarkowi to się nie udało.

— Jestem trochę zaskoczony, znajdując cię po mojej stronie. Spojrzała na niego tymi swoimi wielkimi oczyma. Potrafiłby spędzić cały dzień na zastanawianiu się, czy są właściwie zielone czy niebieskie. Nie. Nie miał prawa myśleć o jej oczach. To, co zdarzyło się wtedy, gdy udało jej się stworzyć bramę — zresztą po to, by uciec przed nim — niczego nie zmieniało. Szczególnie o tym właśnie nie miał prawa myśleć.

— Przysparzasz mi tylu zmartwień, Randzie al’Thor — powiedziała głosem zupełnie wyzbytym emocji. — Światłości, czasami myślę, że Stwórca powołał cię na świat tylko po to, by przysporzyć mi zmartwień.

Chciał jej powiedzieć, że to przecież tylko jej wina — więcej niż raz proponował, że odeśle ją do Mądrych, chociaż oznaczało to zapewne, że ktoś inny pojawiłby się na jej miejsce — ale zanim zdążył otworzyć usta, przybyły Jalani i Liah, a tuż za nimi dwóch z Czerwonych Tarcz, w tym posiwiały mężczyzna, który miał na twarzy co najmniej trzykrotnie tyle blizn co Liah. Rand odesłał Jalani i człowieka z bliznami z powrotem do sali tronowej, co omalże nie doprowadziło do kłótni. Mężczyzna oczywiście nie zamierzał z nim polemizować, tylko zwyczajnie wzruszył ramionami, zerknął na swego towarzysza i odszedł, natomiast Jalani wglądała tak, jakby nie zamierzała ruszyć się z miejsca.

Rand wskazał drzwi wiodące do Wielkiej Komnaty.

— Car’a’carn oczekuje, że Far Dareis Mai będą słuchać jego poleceń.

— Możesz być sobie królem mieszkańców mokradeł, Randzie al’Thor, ale nie będziesz panował Aielom. — Markotna mina zepsuła nieco tę pełną godności postawę, jaką przyjęła Jalani, co przypomniało mu o tym, jaka ona jest młoda. — Panny nigdy nie zawiodą cię w tańcu włóczni, ale to nie jest taniec. — A jednak odeszła, wymieniwszy wcześniej kilka pospiesznych znaków w mowie gestów z Liah.

Rand ruszył szybko do swych pokoi, mając za towarzystwo jedynie Liah oraz Czerwoną Tarczę, szczupłego mężczyznę o słomianych włosach, imieniem Cassin, który był o dobry cal od niego wyższy. Oczywiście, Aviendha również poszła w ślad za nim. Jeżeli sądził, że te niewygodne spódnice nie pozwolą jej dotrzymać im kroku, to się srodze zawiódł. Liah i Cassin zostali w korytarzu przy drzwiach wiodących do salonu, wielkiej komnaty z marmurowym gzymsem przedstawiającym lwy i gobelinami na ścianach, na których zobrazowano sceny myśliwskie oraz zasnute mgłą góry; Aviendha wszakże weszła za nim do środka.

— Czy nie powinnaś aby towarzyszyć Melaine? — zapytał. — Sprawy Mądrych i te rzeczy?

— Nie — ucięła krótko. — Melaine nie byłaby zadowolona, gdybym teraz wtrącała się w jej sprawy.

Światłości, on też nie będzie zadowolony, jeśli ona sobie nie pójdzie. Położył Berło Smoka na blacie stołu o rzeźbionych w winorośle nogach, odpiął miecz i powiedział:

— Czy Amys i pozostałe powiedziały ci, gdzie przebywa Elayne?

Przez dłuższą chwilę Aviendha stała tylko bez ruchu na samym środku wyłożonej błękitnymi płytkami posadzki i patrzyła na niego. Nie potrafił niczego wyczytać z jej twarzy.

— One nie wiedzą — odparła na koniec. — Pytałam. — Oczekiwał, że tak postąpi. Przedtem nie robiła tego przez całe miesiące, ale od kiedy po raz pierwszy przybyła do Caemlyn w jego towarzystwie, co drugie słowo, jakie słyszał z jej ust, stanowiło przypomnienie, że on należy do Elayne. W jej oczach właśnie tak wszystko wyglądało, a to, co zdarzyło się między nimi po drugiej stronie bramy, jak to jasno oznajmiła, niczego w tej kwestii nie zmieniało, a z pewnością zaś nie wydarzy się powtórnie, co równie jasno dała mu do zrozumienia. Zresztą jemu to również odpowiadało, wszakże okazałby się czymś gorszym od świni, gdyby tego żałował. Ignorując wspaniałe złocone fotele, usiadła ze skrzyżowanymi nogami na posadzce, wdzięcznie układając sobie suknie. — O tobie wszakże mówiły dużo.

— Dlaczego to mnie wcale nie dziwi? — odpowiedział sucho i zdziwił się, widząc, jak poczerwieniały jej policzki. Aviendha nie była kobietą, która się łatwo rumieniła, a to już był drugi raz tego samego dnia.