Выбрать главу

Przy ogirach Aielowie zdawali się niewysocy; cały dziedziniec nagle zdał się niewielki. Haman był niemalże półtora raza wyższy od Randa i proporcjonalnie masywniej zbudowany, Covril była mniej niźli głowę — głowę ogira — od Hamana niższa. Nawet Erith przewyższała Randa o ponad półtorej stopy. Jednak wzrost stanowił tylko najmniej spektakularną różnicę między ogirami a ludźmi. Oczy Hamana były wielkie i okrągłe jak dwa spodki, szeroki nos niemalże zakrywał całą twarz, a na końcach sterczących uszu wyrastały mu siwe pędzelki. Miał brodę i długie opadające w dół siwe wąsiska, a krzaczaste brwi sięgały mu prawie do policzków. Rand nie potrafiłby dokładnie powiedzieć, czym różnią się od niego oblicza Covril i Erith — wyjąwszy to, że oczywiście nie miały brody i wąsów, zaś ich brwi nie były równie długie i krzaczaste — ale w jakiś sposób zdawały się bardziej delikatne. Niemniej jednak wyraz twarzy Covril w tej chwili był dosyć surowy — ona również z jakiegoś powodu wydawała mu się znajoma — natomiast Erith najwyraźniej czymś się martwiła, co podkreślały smutno obwisłe uszy.

— Wybaczcie mi na chwilę — powiedział Rand.

Sulin nie dopuściła go jednak do słowa.

— Przyszliśmy tutaj, żeby porozmawiać z Braćmi Drzew, Randzie al’Thor — oznajmiła zdecydowanie. — Musisz wiedzieć, że Aielowie od dawien dawna kultywują przyjaźń wody z Braćmi Drzew. Często udajemy się do stedding, aby z nimi handlować.

— To prawda — wymruczał Haman. Ściślej mówiąc, dla ogira było to mruczenie, w ludzkich uszach przypominało odgłos schodzącej gdzieś daleko lawiny,

— Pewien jestem, że pozostali rzeczywiście przybyli tutaj po to, by porozmawiać. — Rand zwrócił się do Sulin. Wystarczył mu jeden rzut oka, by wyszukać wśród zgromadzonych członkinie jego porannej straży, wszystkie co do jednej; Jalani spłonęła głęboką czerwienią. Natomiast oprócz Uriena nie było tutaj nikogo z Czerwonych Tarcz, którzy mu tego poranka towarzyszyli. — Nie podoba mi się myśl, że będę zmuszony prosić Enailę i Somarę, aby ciebie zaczęły prowadzić za rękę. — Smagła twarz Sulin aż pociemniała z oburzenia, przez co blizna, pozostałość po ciosie, który otrzymała, stając w jego obronie — stała się jeszcze bardziej widoczna. — Chcę pomówić z nimi na osobności. Zupełnie sam — powtórzył, mierząc wzrokiem Liah i Cassina. — Chyba że przed nimi również musicie mnie chronić? — Jeżeli coś mogło ją bardziej obrazić, to chyba tylko taka sugestia; zamigotała szybko palcami i pognała Panny, zachowując się w taki sposób, który u każdego, kto nie był Aielem, należałoby zapewne określić jako najwyższe rozdrażnienie. Niektórzy z Aielów chichotali, wychodząc; Rand przypuszczał, że mimowolnie udało mu się powiedzieć jakiś dowcip.

Kiedy wyszli, Haman pogładził swoją długą brodę.

— Ludzie nie zawsze uważali nas za niegroźne istoty, wiesz przecież. Hm, hm, — Jego pomrukiwania brzmiały jak buczenie jakiegoś ogromnego trzmiela. — To wszystko jest w dawnych zapiskach. Bardzo dawnych. Są to tylko fragmenty, ale datują się z czasów tuż po...

— Starszy Hamanie — wtrąciła grzecznie Covril — czy nie moglibyśmy trzymać się spraw, które nas tu sprowadzają? — Trzmiel w gardle tamtego zaczął wydawać z siebie wyższe tony.

Starszy Haman. Rand słyszał już kiedyś to imię i tytuł, ale gdzie? Każde stedding miało swoją Radę Starszych.

Haman westchnął ciężko.

— Cóż, dobrze, Covril, ale zdradzasz niezwykły doprawdy pospiech. Ledwie dałaś nam czas, by się umyć, po tym jak tu przybyliśmy. Przysięgam, że zaczynasz skakać ostatnio niczym... — Rand dojrzał błysk w tych wielkich oczach, ogir stłumił śmiech dłonią rozmiarów wielkiej szynki. Ogirowie uważali ludzi za strasznie pochopnych, zawsze na gwałt starających się wykonać na dziś coś, co najprawdopodobniej nie będzie miało najmniejszego znaczenia już jutro. Albo następnego roku. Ogirowie posługiwali się bardzo odległą perspektywą czasową. Sądzili także, że to obraźliwe dla ludzi, jeśli ciągle im się przypomina, że w oczach ogirów ich pospiech przypomina bezsensowne skakanie. — To była bardzo uciążliwa podróż po Zewnętrzu — ciągnął dalej Haman, jakby chciał wyjaśnić Randowi zachowanie tamtej — nie wspominając już o tym, że Shaido Aiel oblegali Al’cair’rahienallen... co już samo w sobie jest czymś doprawdy niezwykłym... oraz, że naprawdę byłeś tutaj, potem jednak odszedłeś, zanim zdążyliśmy z tobą porozmawiać i... Nie potrafię wyzbyć się wrażenia, że zachowujemy się niegrzecznie. Nie. Nie, ty przemów, Covril. To dla ciebie opuściłem moich uczniów, moje wykłady, aby włóczyć się po świecie. W obecnej chwili w mojej klasie pewnie wybuchły już poważne niepokoje. — Rand omal się nie uśmiechnął; na ile znał obyczaje ogirów, klasa Hamana potrzebowała zapewne połowy roku na zrozumienie, że on naprawdę odszedł, a dodatkowy rok na podjęcie decyzji, co z tym zrobić.

— Matka ma przecież prawo się martwić — powiedziała Covril, strzygąc zakończonymi pędzelkami uszami. Najwyraźniej szacunek dla Starszego zmagał się w niej z zupełnie niepodobnym do ogirów zniecierpliwieniem. Kiedy zwróciła się do Randa, wyprostowała się, zastrzygła uszami i zadarła wysoko podbródek. — Co zrobiłeś z moim synem?

Rand wytrzeszczył oczy.

— Z twoim synem?

— Z Loialem! — Patrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Erith przypatrywała mu się z niepokojem, przyciskając ręce do piersi. — Obiecałeś Najstarszym ze Starszyzny Stedding Tsofu, że będziesz się nim opiekował — ciągnęła dalej Covril. — Oni powiedzieli mi, żeś tak obiecał. Nie nazywałeś się wówczas Smokiem, ale to byłeś ty. Nieprawdaż, Erith? Czy Alar nie wymienił imienia Rand al’Thor? — Nie dała młodszej kobiecie czasu wszakże na nic więcej jak tylko skinienie głową. A w miarę jak mówiła coraz szybciej, Haman zdawał się cierpieć niemalże fizyczny ból. — Mój Loial jest zbyt młody, by w ogóle przebywać w Zewnętrzu, zbyt młody, by biegać po świecie, robiąc te rzeczy, do których bez wątpienia go zmuszasz. Starszy Alar opowiedział mi o tobie. Co mój Loial ma wspólnego z Drogami, trollokami i Rogiem Valere? Proszę cię, oddaj mi go, to dopilnuję, by poślubił Erith. Już ona się zajmie jego swędzącymi stopami.

— On jest bardzo przystojny — bąknęła Erith. Uszy tak jej drżały z zażenowania, że ciemne pędzelki aż zamigotały. — I bardzo odważny, jak mi się wydaje.

Rand potrzebował chwili na pozbieranie myśli. Głos ogira przemawiającego tak zdecydowanie brzmiał tak, jakby gdzieś waliła się góra. Ogir tak zdecydowany i szybko mówiący...

Wedle reguł rządzących w społeczności ogirów Loial rzeczywiście był zbyt młody, by opuszczać samotnie stedding, nie miał bowiem jeszcze dziewięćdziesięciu lat. Ogirowie żyli bardzo długo. Od pierwszego dnia, kiedy Rand go spotkał, Loial, który aż się palił z pragnienia poznania świata, martwił się właściwie bez przerwy o to, co się stanie, kiedy Starsi zorientują się, że uciekł. A przede wszystkim martwił się, że jego matka zechce udać się na jego poszukiwana i weźmie ze sobą jego narzeczoną. Mawiał, że w tych kwestiach mężczyzna nie ma nic do powiedzenia wśród ogirów, choć dziewczyna również niewiele; wszystko spoczywało w rękach obu matek. I było zatem wielce prawdopodobne dowiedzieć się znienacka, że jest się zaręczonym z kobietą, której nie spotkało się nigdy w życiu, dokładniej mówiąc — w dniu, w którym matka przedstawiała cię twej przyszłej żonie i teściowej.

Loial zdawał się sądzić, że małżeństwo oznaczać będzie dlań kres wszystkiego, a już z pewnością koniec wszystkich jego pragnień poznania świata, i niezależnie od tego, czy było tak rzeczywiście czy nie, Rand nie potrafiłby wydać przyjaciela na pastwę losu, którego ten najbardziej się obawiał. Już miał im oznajmić, że nie ma pojęcia, gdzie przebywa Loial oraz zaproponować, by wrócili do stedding i tam zaczekali na jego powrót — już otwierał usta, aby to powiedzieć, kiedy przyszło mu do głowy pewne pytanie. W tym samym momencie poczuł się zażenowany, że zapomniał o czymś tak istotnym, na pewno istotnym dla samego Loiala.