Kiedy Rand doliczył do dwudziestu, na dziedziniec zaczęli wpadać Aielowie; jedni wyskakiwali z okien, inni z balkonów. Omal nie stracił rachuby. Wszyscy mieli zamaskowane twarze i było wśród nich niewiele Panien. Rozglądali się dookoła zdumieni, że widzą na dziedzińcu tylko Randa i troje ogirów, którzy przypatrywali im się z ciekawością. Kilku zaczęło powoli opuszczać zasłony. Służba pałacowa zbiła się w ciasną gromadkę.
Aielowie nie przestawali wypełniać dziedzińca, nawet kiedy wróciła Sulin, bez zasłony, dokładnie w momencie, gdy doliczył do pięćdziesięciu. Natychmiast zrozumiał, że kazała roznieść wieści, iż Car’a’carnowi grozi jakieś niebezpieczeństwo, bo tylko w ten sposób była w stanie zgromadzić na czas odpowiednią liczbę włóczni. Wśród mężczyzn przeszedł cichy, lecz wyraźnie pełen niezadowolenia szmer, większość jednak zdecydowała, że żart był niezły; niektórzy nawet śmiali się w głos i uderzali włóczniami o tarcze. Żaden jednak nie miał zamiaru teraz odejść; przyglądali się bramie i najwyraźniej zamierzali do końca uczestniczyć w całej przygodzie.
Dzięki temu, że Moc wyostrzyła mu zmysł słuchu, Rand usłyszał, jak jedna z Panien, o imieniu Nandera, koścista i żylasta, lecz urodziwa mimo włosów już prawie całkowicie siwych, wyszeptała do Sulin:
— Tak przemówiłaś do gai’shain, jakby to były Far Dareis Mai.
Spojrzenie błękitnych oczu Sulin, zupełnie pozbawione wyrazu, spoczęło na twarzy Nandere.
— Uczyniłam tak. Zajmiemy się tym, kiedy Rand al’Thor będzie już bezpieczny.
— Kiedy będzie bezpieczny — zgodziła się Nandera.
Sulin szybko wybrała dwadzieścia Panien, niektóre z nich zostały wcześniej wcielone do straży Randa na dzisiejszy ranek, inne zaś nie, ale kiedy Urien zaczął wybierać również spośród swych Czerwonych Tarcz, mężczyźni innych społeczności zaczęli się domagać, aby ich także włączono. Widoczne za otwartą bramą nieznane miasto sprawiało wrażenia miejsca, w którym aż roi się od wroga, a Car’a’carna trzeba było wszak chronić. Zresztą żaden Aiel nigdy nie uchylał się od spodziewanej walki, a im był młodszy, tym chętniej poszukiwał okazji do niej. Omalże nie rozpętała się kolejna kłótnia, gdy Rand oznajmił, że mężczyzn nie może być więcej niźli Panien — to byłyby dyshonor dla Far Darei Mai, wyjaśnił, ponieważ to one strzegą jego honoru — Panien zaś nie więcej, niż Sulin pierwotnie wybrała. Tak naprawdę zabierał ich przecież do miejsca, gdzie ich bitewne umiejętności nie zdadzą się na nic, a każdy dodatkowy człowiek będzie stanowił jednego więcej, którego będzie musiał strzec. Tego jednak nie wyjaśnił im na głos, trudno było przewidzieć, czyj honor mógłby zostać w ten sposób urażony.
— Pamiętajcie — powiedział, kiedy już udający się z nim zostali wybrani — nie dotykajcie niczego. Nie zabierajcie stamtąd również nic, nawet łyka wody. I zawsze trzymajcie się na widoku, pod żadnym pozorem nie wchodźcie do środka budynków. — Haman i Covril żywo przytakiwali jego słowom, co najwyraźniej znacznie większe wywierało wrażenie na Aielach niźli słowa Randa. Przynajmniej w tym stopniu, w jakim było to w ogóle możliwe.
Przeszli przez bramę do miasta wymarłego od dawien dawna, do miasta, które było bardziej niż martwe.
Złota kula słońca przebyła już więcej niż połowę drogi do zenitu, opromieniając ruiny dawnej świetności. Tu i ówdzie wielka kopuła wciąż stała nie tknięta na szczycie pałacu zbudowanego z jasnego marmuru, ale jego ściany już świeciły otworami, najczęściej jednak z budowli pozostały jedynie gruzy. Długie kolumnady wiodły ku wieżom równie wysokim jak wszystko, o czym kiedykolwiek śniło Cairhien, albo ku ich odstraszającym wrakom. Wszędzie widać było zwalone dachy; cegły i kamienie rozsypujących się domów i murów zaściełały popękane kamienie bruku. Strzaskane fontanny i zwalone pomniki zaznaczały każde skrzyżowanie. Z wielkich stosów gruzu wyrastały karłowate drzewa umierające od suszy. Zeschłe zielsko sterczało ze wszystkich szczelin w ścianach budynków. Nic się nie poruszało, żaden ptak nie przeleciał, żaden szczur nie przemknął pod stopami ludzi, nawet wiatr zamarł. Cisza spowijała Shadar Logoth. Shadar Logoth. Gdzie Czeka Cień.
Rand pozwolił, by brama zniknęła. Wszyscy Aielowie zasłonili twarze. Ogirowie rozglądali się dookoła, z twarzami pełnymi napięcia i uszami przylegającymi płasko do czaszek. Rand przywarł do saidina w zmaganiu, o którym Taim powiedział, że dopiero wówczas mężczyzna czuje, że żyje. Nawet gdyby nie był zdolny do przenoszenia, a może szczególnie wówczas, potrzebował w tym miejscu takiego przypomnienia.
Za czasów Wojen z trollokami Aridhol było wielką stolicą, sojusznikiem Manetheren oraz pozostałych Dziesięciu Narodów. Kiedy walki trwały już tak długo, że przy nich Wojna Stu Lat zdawała się niewiele znaczącą potyczką, kiedy zdawało się, że Cień wygrywa na wszystkich frontach, zaś każde zwycięstwo Światłości stanowiło tylko odrobinę zyskanego czasu, człowiek imieniem Mordeth stał się doradcą w Aridhol i wymyślił taką regułę — aby zwyciężyć, aby przetrwać, Aridhol musi stać się bardziej jeszcze bezwzględne niźli Cień, okrutniejsze niż Cień, bardziej podejrzliwe. Powoli wszystko więc zmierzało w tym kierunku, póki nie nadszedł kres. Aridhol stało się, jeśli nawet nie bardziej czarne niźli Cień, to przynajmniej równie mroczne. Podczas gdy wciąż szalała wojna przeciwko trollokom, Aridhol na koniec zajęło się wyłącznie sobą, zwróciło się ku sobie i ostatecznie pochłonęło samo siebie.
Coś jednak pozostało, coś, co trzymało z dala od tego miejsca wszelkie żywe istoty. Żaden kamień z tego miasta nie uniknął skażenia nienawiścią i podejrzliwością, które zamordowały Aridhol i pozostawiły na jego miejscu Shadar Logoth. Każdy kamień z tego miejsca potrafiłby nimi zarazić, gdyby zostawiło się mu dostatecznie dużo czasu.
A zostało jeszcze coś prócz samej skazy, chociaż i jej by starczyło, by wszelcy zdrowi na umyśle ludzie trzymali się z dala od tego miejsca.
Rand nie ruszył się z miejsca, tylko obrócił się powoli, patrząc na domy ziejące otworami po oknach, podobnymi do pustych oczodołów. Mimo iż słońce stało już wysoko, tak samo jak wtedy nie potrafił dojrzeć niewidzialnych obserwatorów, choć czuł na sobie ich wzrok. Kiedy był tutaj poprzednim razem, to wrażenie nie było tak silne, póki słońce na dobre nie zaszło. Po Aridhol pozostało bowiem coś znacznie większego niźli tylko skaza. Zginęła w nim cała armia trolloków, które tu obozowały; zniknęły bez śladu, pozostały po nich tylko rozpaczliwe przesłania, rozsmarowane krwią po murach, błagające Czarnego o ratunek. Noc to nie był czas, kiedy można było sobie pozwolić na przebywanie w Shadar Logoth.
“To miejsce mnie przeraża — wymamrotał Lews Therin poza granicą Pustki. — Czy ciebie ono nie przeraża?”
Rand wstrzymał oddech. Czy ten głos naprawdę zwracał się do niego?
“Tak, przeraża mnie”.
“Tutaj zgromadziła się ciemność. Czerń czarniejsza od najczarniejszego mroku. Jeżeli Czarny zdecyduje się żyć wśród ludzi, wybierze to miejsce”.
“Tak. Zapewne”.
“Muszę zabić Demandreda”.
Rand aż zamrugał.
“Czy Demandred ma coś wspólnego z Shadar Logoth? Z tym miejscem?”
“Pamiętam przynajmniej, jak zabiłem Ishamaela”. — W głosie słyszało się zdumienie, jakby wiedza o tym dopiero teraz została odkryta. “Zasłużył na śmierć. Lanfear również zasłużyła na śmierć, ale cieszę się, że to nie ja musiałem ją zabić”.