Выбрать главу

— Szła tuż za mną. — To był bez wątpienia głos Jalani.

— Być może coś dostrzegła. — Uznał, że to musiała powiedzieć Desora.

— Powiedziałem wszystkim, żeby trzymali się razem! — Gniew przesączył się przez Pustkę, niczym fala zalewająca przybrzeżny głaz. Jedna z nich zniknęła, właśnie tutaj, a oni starali się okazywać tylko tę swoją przeklętą obojętność Aielów. Stracił Pannę. Kobieta zginęła w Shadar Logoth.

— Kiedy ją znajdę...! — Cal po calu tłumił furię, która mogła pochłonąć otaczającą go próżnię. Miał ochotę tak skrzyczeć Liah, żeby aż zemdlała, a potem odesłać ją do Sorilei na resztę życia. Z gniewu miał ochotę mordować. – Podzielcie się w pary. Krzyczcie, zaglądajcie wszędzie, ale nie wchodźcie do środka, pod żadnym pozorem. I trzymajcie się z dala od cienia. Tutaj możecie umrzeć, zanim się zorientujecie, co się dzieje. Wszyscy możecie zginąć zupełnie niezauważalnie. Jeżeli zobaczycie ją we wnętrzu budynku, nawet gdyby tak wyglądała, jakby się jej nic nie stało, znajdźcie mnie, chyba że sama do was wyjdzie.

— Moglibyśmy szukać szybciej, gdybyś nam pozwolił szukać w pojedynkę — powiedział Urien, a Sulin przytaknęła. Zdecydowanie zbyt wielu przytaknęło.

— Parami! — Rand musiał ponownie zwalczyć rodzący się gniew.

“Niech Światłość spali upór Aielów!”

— W ten sposób będziecie mieli kogoś, kto będzie strzegł waszych pleców. Raz chociaż zróbcie, jak wam każę, zróbcie to, co mówię, i wtedy, kiedy mówię. Byłem już tutaj; wiem trochę na temat tego miejsca.

Kilka minut później, które pochłonęły kłótnie, ilu ich ma zostać przy Randzie, dwadzieścia par Aielów rozproszyło się po mieście. Jedyną, która z nim została, była Jalani, tak się Randowi przynajmniej zdawało, chociaż przez zasłonę trudno było stwierdzić na pewno. Raz chociaż nie wydawała się szczęśliwa, mogąc go strzec; w jej zielonych oczach zamarł wyraz smutku.

— Przypuszczam, że my dwoje możemy stworzyć jeszcze jedną parę — powiedział Haman, spoglądając na Covril.

Skinęła głową.

— A Erith może zostać z tobą.

— Nie! — zawołali niemal równocześnie Rand i Erith. Starsi ogirowie spojrzeli na niego z dezaprobatą.

Rand twardo wziął swe emocje w garść. Niegdyś wydawało mu się, że w Pustce nic nie czuje, wszelki gniew zdawał się tak daleki, związany z nim tylko cieniutką niteczką. Ten wszak, który odczuwał teraz, w coraz większym stopniu groził, że go zaleje, zaleje Pustkę. Co mogło skończyć się katastrofą. A mimo to...

— Przykro mi. Nie mam prawa krzyczeć na was, Starszy Hamanie, ani na ciebie, Mówco Covril. — Czy zwracał się do nich we właściwy sposób? Czy to w ogóle były jakieś tytuły? Z wyrazu ich twarzy nie sposób było nic wyczytać. — Byłbym wdzięczny, gdybyście zostali ze mną. Moglibyśmy wtedy poszukać jej razem.

— Oczywiście — oznajmił Haman. — Naprawdę nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mógłbym zaofiarować ci lepszą ochronę, niźli sam jesteś w stanie sobie dostarczyć, ale decyzja należy do ciebie. — Covril i Erith z aprobatą pokiwały głowami. Rand nie miał pojęcia, o czym właściwie Haman mówi, jednak czas nie wydawał się szczególnie sprzyjający na roztrząsanie tej kwestii, skoro wszyscy troje najwyraźniej postanowili go chronić. Nie miał wątpliwości, że będzie w stanie ochronić wszystkich, póki trzymać się będą blisko niego.

— Póki sam przestrzegasz ustanowionych przez siebie reguł, Randzie al’Thor. — Zielonooka Panna wyraźnie nie zamierzała tu stać i tylko czekać. Rand miał nadzieję, że pozostali bardziej wzięli sobie do serca jego przestrogi co do tego miejsca.

Od samego początku poszukiwania były frustrujące. Wędrowali po ulicach, obserwowani przez niewidzialne oczy, czasami wspinając się na spiętrzone gruzy, na zmianę wołając:

— Liah! Liah! — Od krzyków Covril pochylone ściany zaczynały trzeszczeć; na głos Hamana wszystkie zaczynały złowieszczo postękiwać. Żadnej odpowiedzi. Jedynymi odgłosami, jakie docierały do jego uszu, były okrzyki pozostałych grup poszukiwaczy i szydercze echo niosące się wzdłuż ulic. Liah! Liah!

Słońce stało już niemalże ponad ich głowami, kiedy Jalani powiedziała:

— Nie przypuszczam, by odeszła tak daleko, Randzie al’Thor. Chyba że specjalnie próbowała od nas uciec, a tego by przecież nie zrobiła.

Rand odwrócił głowę od ocienionej kolumnady na szczycie szerokich kamiennych stopni, której się właśnie przyglądał, próbując dostrzec coś w wielkiej komnacie znajdującej się za nią. Nie widział tam nic oprócz kurzu. Żadnych odcisków stóp. Niewidzialni obserwatorzy jakby zniknęli; nawet teraz wszakże nie do końca.

— Musimy jej szukać tak długo, jak tylko się da. Może ona... — Nie wiedział, jak skończyć. — Nie zostawię jej tutaj, Jalani.

Słońce wspięło się na szczyt swej drogi przez nieboskłon i zaczęło opadać, on zaś stał na ruinach tego, co ongiś stanowiło pałac, a może nawet cały zespół budowli. Teraz pozostało tylko wzgórze nadgryzione erozją lat, tak że tylko liczne pokruszone cegły i fragmenty obrobionego kamienia wystające spod wyschłej ziemi świadczyły, iż kiedyś coś tutaj było.

— Liah! — krzyknął, przykładając dłonie do ust. — Liah!

— Randzie al’Thor! — zawołała Panna ze znajdującej się poniżej ulicy, uchylając zasłonę tak, że mógł zobaczyć oblicze Sulin. Ona i druga jeszcze Panna, wciąż z zasłoną na twarzy, stały w towarzystwie Jalani i ogirów. — Zejdź na dół.

Gramolił się na dół w tumanach pyłu, strącając kawałki cegieł i kamienie; schodził tak szybko, że dwukrotnie omal nie upadł.

— Znalazłaś ją?

Sulin pokręciła głową.

— Już byśmy ją znalazły, gdyby żyła. Sama z siebie nie odeszłaby tak daleko. Gdyby ktoś chciał zawlec ją gdzieś, wówczas musiałby wlec martwą, jak przypuszczam; nie poszłaby z własnej woli. A jeśli poraniła się tak mocno, by nie móc odpowiedzieć na nasze wołanie, myślę, iż jest to także równoznaczne z tym, że nie żyje. — Haman westchnął ze smutkiem. Długie brwi kobiet ogirów opadły aż na policzki, z jakiegoś nie wyjaśnionego powodu adresowali swe smutne, żałosne spojrzenia w kierunku Randa.

— Szukajcie dalej — powiedział.

— Czy możemy wchodzić do budynków? Jest w nich wiele pomieszczeń, których nie jesteśmy w stanie zobaczyć z zewnątrz. Rand zawahał się. Południe minęło niedawno, a już znowu czuł na swoich plecach wzrok niewidzialnych obserwatorów. Równie przenikliwy jak wtedy, o zachodzie słońca, gdy przebywał tu za pierwszym razem. W Shadar Logoth żaden cień nie był bezpieczny.

— Nie. Ale dalej będziemy szukać.

Nie miał pojęcia, jak długo chodził po mieście, wołając, przemierzając ulice, ale po jakimś czasie przed nim pojawili się Urien i Sulin, oboje mieli opuszczone zasłony. Słońce dotykało już szczytów drzew, krwistoczerwona tarcza na bezchmurnym niebie. Długie cienie kładły się wśród ruin.

— Mogę szukać tak długo, jak tylko będziesz sobie tego życzył — oznajmił Urien — ale z tego wołania i chodzenia nic nam już więcej nie przyjdzie. Gdybyśmy mogli poszukać wewnątrz budynków...

— Nie. — To słowo wyszło z gardła Randa niczym jakiś skrzek. Odkaszlnął. Światłości, ale chciało mu się pić. Niewidzialni obserwatorzy wypełniali każde okno, każdą przestrzeń między domami, były ich tysiące, patrzyli, czekali, jeszcze trochę... A cienie powoli spowijały miasto. W Shadar Logoth cienie oznaczały zagrożenie, jednak ciemność przynosiła śmierć. Wraz z zachodem słońca budził się Mashadar. — Sulin, ja... — Nie potrafił zmusić się do powiedzenia, że trzeba zrezygnować, zostawić Liah, niezależnie od tego, czy już jest martwa, czy żyje jeszcze; a może leży gdzieś nieprzytomna, za jakimś murem albo pod stertą cegieł, która mogła obsunąć się na nią. Mogło i tak się zdarzyć.