— Cokolwiek nas obserwuje, czeka do zmierzchu, jak sądzę — powiedziała Sulin. — Zaglądałam do okien, a stamtąd coś patrzyło na mnie, chociaż nie mogłam niczego dostrzec. Taniec włóczni z czymś, czego nie da się zobaczyć, z pewnością nie będzie łatwy.
Rand zrozumiał, że pragnie zapewnienia, iż Liah z pewnością nie żyje, że mogą spokojnie odejść. Liah mogła gdzieś leżeć nieprzytomna, ranna; to było możliwe. Musnął dłonią kieszeń kaftana — angreal w kształcie małego tłustego człowieczka zostawił w Caemlyn razem z mieczem i berłem. Nie miał pewności, czy po zapadnięciu zmroku udałoby mu się wszystkich ochronić. Moiraine sądziła, że zebrane razem Aes Sedai z całej Białej Wieży nie byłyby zdolne do zabicia Mashadara. Jeżeli w ogóle można było o nim powiedzieć, że jest żywy.
Haman odkaszlnął.
— Z tego, co pamiętam na temat Aridhol — zaczął, marszcząc czoło.- czy też Shadar Logoth, wynika... że jeśli słońce zajdzie, najprawdopodobniej wszyscy zginiemy.
— Tak — wyszeptał niechętnie Rand. Liah, być może jeszcze żywa. Wszyscy pozostali. Na uboczu Covril i Erith szeptały coś, pochyliwszy ku sobie głowy. Usłyszał tylko wymruczane kilkukrotnie imię: “Loial”.
“Obowiązek cięższy niż góra, śmierć lżejsza od pióra”.
Lews Therin musiał zapewne wygrzebać to gdzieś w jego pamięci — przez rozdzielającą ich umysły przegrodę wspomnienia najwyraźniej przenikały w obie strony — ale zabolało aż do żywego.
— Musimy już iść — oznajmił pozostałym. — Niezależnie od tego, czy Liah żyje czy nie, musimy... odejść. — Urien i Sulin pokiwali jedynie głowami, jednak Erith podeszła bliżej i poklepała go po ramieniu z zaskakującą delikatnością, jakiej trudno byłoby się spodziewać po uścisku dłoni, w której zdolna byłaby schować się jego głowa.
— Jeżeli wolno mi się wtrącić — powiedział Haman — to przebywaliśmy tu znacznie dłużej, niż pierwotnie zakładaliśmy. — Wskazał dłonią na zachodzące słońce. — Gdybyś wyświadczył nam tę przysługę i przeniósł nas poza obszar miasta w taki sam sposób, jak nas wprowadziłeś do środka, bylibyśmy bardzo wdzięczni.
Rand pamiętał las położony poza murami Shadar Logoth. Nie było w nim obecnie żadnych Myrddraali ani trolloków, niemniej jednak gęstwina była nieprzebyta, a Światłość zaś jedna tylko wiedziała, jak daleko jest do najbliższej wioski, albo w którym kierunku należy takiej szukać. — Mogę was szybko zabrać do samych Dwu Rzek.
Dwoje starszych ogirów pokiwało poważnie głowami.
— Niech błogosławieństwo Światłości spłynie na ciebie, a pokój zamieszka w twym sercu, za pomoc — wymruczała Covril. Uszy Erith aż wyprężyły się w oczekiwaniu, być może dlatego, że miała wkrótce spotkać Loiala, lub też, że opuszczała Shadar Logoth.
Rand wahał się przez chwilę. Loial z pewnością znajdować się będzie w Polu Emonda, ale tam nie mógł ich przenieść. Zbyt wielkie były szanse, że wieści o jego wizycie rozejdą się po całych Dwu Rzekach. A więc gdzieś na uboczu, dostatecznie daleko od wioski, by uniknąć także bliskości którejś z otaczających ją farm.
Pionowa szczelina światła pojawiła się w powietrzu i natychmiast poszerzyła, skaza rozlała się znowu w jego wnętrzu, gorsza niźli kiedykolwiek wcześniej; ziemia zdawała się nieomal uderzać w podeszwy jego butów.
Szóstka Aielów przeskoczyła na drugą stronę, a trójka ogirów podążyła za nimi z pospiechem, który tym razem bynajmniej nie dziwił, biorąc pod uwagę okoliczności. Rand przystanął jeszcze na chwilę i spojrzał na zrujnowane miasto. Obiecał kiedyś Pannom, że pozwoli im umierać za siebie.
Kiedy ostatni z Aielów przeszedł już na drugą stronę, usłyszał syknięcie Sulin. Patrzyła na jego dłoń. Na wierzch jego dłoni, gdzie paznokcie drugiej otworzyły maleńką rankę; ciekła z niej teraz krew. Otulony w Pustkę miał wrażenie, że to ktoś inny odczuwa ten ból. Fizyczne rany nie miały znaczenia, goiły się. Wewnątrz miał inne, tam gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć. Po jednej za każdą Pannę, która umarła — tym nigdy nie pozwoli się zagoić.
— Nic tu po nas — powiedział i przeszedł przez bramę do Dwu Rzek. Tętnienie pod stopami ustało, w momencie gdy brama rozwiała się bez śladu.
Rand usiłował się zorientować, gdzie się znaleźli. Precyzyjne umiejscowienie bramy nie było sprawą prostą, jeśli jej wyjście znajdowało się w miejscu, w którym nigdy się przedtem nie było. Jednak on wybrał takie, które znał wcześniej: zarośniętą zielskiem łąkę dobre dwie godziny drogi pieszo od południowego krańca Pola Emonda. W bladym świetle zachodzącego słońca dostrzegł spore stado owiec oraz chłopca z laską pasterską w dłoni i łukiem przewieszonym przez plecy, który przyglądał im się z odległości około stu kroków. Rand nie potrzebował wypełniającej go Mocy, aby stwierdzić, że chłopak wybałuszył oczy. Po chwili zobaczył, jak upuszcza laskę i rzuca się biegiem w stronę zabudowań farmy, której tu nie było w czasach, gdy Rand mieszkał jeszcze w Dwu Rzekach. Dach głównego domostwa pokrywały dachówki.
Przez chwilę Rand zastanawiał się, czy w ogóle trafił do Dwu Rzek. Jednakże atmosfera, jaką roztaczało wokół siebie to miejsce, jednoznacznie upewniała go, że się nie mylił. Zapach powietrza aż krzyczał, że oto znalazł się w domu. Wszystkich tych zmian, o których opowiadała mu Bode oraz reszta dziewcząt, tak naprawdę to nie przyjął do wiadomości; przecież nic nigdy nie zmieniało się w Dwu Rzekach. Czy oń je powinien odesłać z powrotem, tutaj, do domu?
“Przede wszystkim powinieneś trzymać się od nich z daleka”. Myśl była pełna irytacji.
— Pole Emonda znajduje się w tamtym kierunku — powiedział. Pole Emonda. Perrin. W wiosce mógł także przebywać Tam, w gospodzie “Winna Jagoda”, razem z rodzicami Egwene. — To tam właśnie powinniście znaleźć Loiala. Nie mam pojęcia, czy zdążycie dojść przed zmierzchem. Możecie zatrzymać się na noc na jakiejś farmie. Jestem pewien, że pozwolą wam się gdzieś przespać. Nie mówcie im o mnie. Nie mówcie nikomu, w jaki sposób tutaj dotarliście. — Chłopiec widział, ale opowieść chłopca może zostać potraktowana jako zwykłe koloryzowanie, kiedy pojawią się ogirowie.
Haman i Covril poprawili tobołki, wymienili spojrzenia, a potem ona .powiedziała:
— Nie powiemy nic o tym, jak tutaj dotarliśmy. Niech ludzie opowiadają sobie jakie chcą bajki.
Haman szarpnął bródkę i odkaszlnął.
— Nie wolno ci dopuścić do własnej zguby.
Nawet otulony w Pustkę, Rand poczuł zaskoczenie.
— Co?
— Droga, jaką masz przed sobą — zagrzmiał Haman — jest długa, mroczna i, naprawdę się obawiam, że przesiąknięta krwią. Boję się też bardzo, że zabierzesz nas wszystkich ze sobą, idąc swoim szlakiem. Ale musisz żyć, aby dojść do jej kresu.
— Będę żył — odparł lakonicznie Rand. — Powodzenia. — Próbował nasycić swe słowa choć odrobiną ciepła, jakimkolwiek uczuciem, ale nie miał pewności, czy mu się udało.
— Żegnaj, powodzenia — odpowiedział Haman, a kobiety powtórzyły echem jego słowa, a potem cała trójka odwróciła się w stronę zabudowań farmy. Jednak nawet w głosie Erith nie krył się choćby ślad wiary w to, co powiedziała.
Chwilę później Rand wciąż jeszcze stał w tym samym miejscu. Z domu wyszli ludzie, obserwowali zbliżających się ogirów, Rand jednak patrzył na północny zachód, nie w kierunku Pola Emonda, ale w stronę farmy, na której się wychował. Kiedy się odwrócił i otworzył bramę wiodącą do Caemlyn, to jakby odciął sobie rękę. Ten ból stanowił znacznie bardziej stosowny hołd pamięci Liah niźli tamto drobne skaleczenie.