Daerid aż zgiął się w pół ze śmiechu, a Nalesean omal nie spadł z konia. Talmanes zesztywniał z początku, ale po chwili też się uśmiechnął. Ten człowiek nie odznaczał się szczególnie dobrze rozwiniętym poczuciem humoru, ale jakaś odrobina gdzieś się tam w nim tłukła.
Szybko jednak spoważniał.
— A co z Zaprzysięgłymi Smokowi? Będą kłopoty, Mat, jeżeli to wszystko jest prawdą. — Śmiech pozostałych ucichł jak ucięty toporem.
Mat skrzywił się. To była najświeższa wieść czy też plotka — jak zwał, tak zwał — posłyszana wczoraj. Gdzieś w Murandy spalona została cała wioska. Gorzej, najprawdopodobniej wymordowano tam wszystkich, którzy nie chcieli złożyć przysięgi na wierność Smokowi Odrodzonemu, a razem z nimi ich rodziny.
— Rand zajmie się nimi. Jeżeli to prawda. Aes Sedai, Zaprzysięgli Smokowi, to wszystko jego sprawy, od których my powinniśmy trzymać się z daleka. Dbajmy lepiej o własne.
To oczywiście nie przegnało ponurego wyrazu z ich twarzy. Widzieli już zbyt wiele spalonych wiosek, a najprawdopodobniej wiele jeszcze mieli zobaczyć, zanim dotrą do Łzy. Któż chciałby być żołnierzem?
Na szczycie najbliższego wzgórza pojawił się jakiś jeżdziec; pędził galopem w ich stronę, nawet po drodze w dół zbocza raczej wolał przeskakiwać nad kępami krzewów, niźli je omijać. Mat dał znak, że mają się zatrzymać i powiedział:
— Żadnych trąb. — Słowo przeszło wzdłuż kolumny cichnącym pomrukiem, ale on nie spuszczał oczu z jeźdźca.
Ocierając pot z czoła, Chel Vanin zatrzymał swego dereszowatego wałacha tuż przed Matem. W niezgrabnym szarym kaftanie, który wisiał na nim jak worek, siedział w siodle, które z jakichś powodów również przypominało worek. Vanin był gruby, ale bynajmniej się tym nie przejmował. Mimo nieprawdopodobnego wyglądu potrafił jeździć na wszystkim, co w ogóle dało się dosiąść.
O wiele wcześniej, zanim dotarli do Maerone, Mat zaskoczył Naleseana, Daerida i Talmanesa, wypytując ich o imiona najlepszych kłusowników i złodziei koni w ich szeregach, takich, których wina raczej nie ulegała wątpliwości, a którym jednak nie potrafiono niczego udowodnić. Dwaj arystokraci za nic nie chcieli przyznać, by ktokolwiek taki zagrzewał miejsce w ich oddziałach, jednak kiedy ich trochę nacisnął, podali mu imiona trzech Cairhienian, dwóch Tairenian i, ku jego zaskoczeniu, dwóch Andoran. Mat sądził, że wszyscy Andoranie przebywali z Legionem dostatecznie długo, by dać się poznać od tej strony, najwyraźniej jednak tym dwóm jakoś udało się zataić swe rzemiosło.
Tych siedmiu ludzi wziął na bok i poinformował, że potrzebni mu są zwiadowcy, oraz że od dobrego zwiadowcy wymaga się takich samych umiejętności jak od kłusownika czy złodzieja koni. Ignorując gwałtowne protesty, jakoby choć raz popełnili jakiekolwiek przestępstwo — każdy z nich protestował jeszcze goręcej niźli Talmanes i Nalesean razem wzięci, równie elokwentnie, chociaż używając znacznie większej ilości przekleństw — zaproponował, że zapomni o ich wszystkich dotychczasowych przewinieniach, zapłaci potrójny żołd i nie będzie wnikał w szczegóły, póki będą mówić mu prawdę. A za pierwsze kłamstwo powiesi; wielu ludzi może bowiem zginąć, jeśli zwiadowca skłamie. Mimo groźby, wszyscy, jak jeden mąż, skwapliwie skorzystali z propozycji, przypuszczalnie większą rolę odegrała tu perspektywa możliwości poleniuchowania od czasu do czasu, niźli większej zapłaty w srebrze.
Ale siedmiu to było za mało, a więc zapytał ich z kolei, czy nie mogliby zaproponować kogoś jeszcze, pamiętając przy tym, co powiedział na temat wymaganych umiejętności, jak również nie zapominając o fakcie, że to, czy dożyją, aby odebrać swą potrójną zapłatę, zależeć będzie w znacznej mierze od zdolności tych, których wymienią. Długo drapali się po brodach i spoglądali nań spode łba, niemniej jednak, naradziwszy się, podali mu jeszcze jedenaście nazwisk, przez cały czas zastrzegając się, że nic nie sugerują na temat tamtych ludzi. Jedenastu żołnierzy, którzy byli tak dobrymi kłusownikami i złodziejami koni, że ani Daerid, ani Talmanes, ani Nalesean o nic ich nigdy nie podejrzewali, za to nie dość zręcznymi, by uniknąć uwagi pierwszej siódemki. Mat złożył im taką samą propozycję i znowu wypytał o następne nazwiska. W chwili, gdy żaden nie potrafił mu podać dalszych nazwisk, dysponował już oddziałem złożonym z czterdziestu siedmiu zwiadowców. Ciężkie czasy sprawiły, że wielu ludzi wzięło się za wojaczkę, porzucając rzemiosło, którym zajmowaliby się w normalnej sytuacji.
Jednym z ostatnich przesłuchiwanych przez Mata, okazał się właśnie Chel Vanin, mieszkaniec Andoru, który przedtem mieszkał w Maerone, ale grasował swobodnie na obu brzegach rzeki Erinin. Vanin potrafiłby ukraść jajka spod wysiadującej je kury, w taki sposób, by nawet nie drgnęła w swoim gnieździe, chociaż raczej w tym przypadku nie należało wątpić, że i ją również schowałby do worka. Potrafiłby też wykraść konia spod jadącego na nim szlachcica, w taki sposób, by tamten niczego nie zauważył przez następne dwa dni. Tak w każdym razie twierdzili ci, którzy go polecili, głosami pełnymi przestrachu przemieszanego z podziwem. Vanin, ze szczerbatym uśmiechem i wyrazem skończonej niewinności na okrągłej twarzy, początkowo protestował. Ależ skąd, był tylko stajennym, a czasami parał się weterynarią, jak dostał taką posadę. Ostatecznie zgodził się jednak na tę robotę, za poczwórny żołd. Jak dotąd okazał się wart wielokrotnie więcej.
Vanin wyglądał na mocno zaniepokojonego. Podobało mu się, że Mat nie lubi, jak się doń zwracać “mój panie”, ponieważ nie przepadał specjalnie za kłanianiem się przed kimkolwiek, niemniej jednak potarł czoło kciukiem, co zapewne miało stanowić jakiś rodzaj powitania.
— Myślę, że powinieneś to zobaczyć. Nie mam pojęcia, co o tym sądzić. Musisz zobaczyć na własne oczy.
— Zaczekajcie tutaj — zwrócił się Mat do pozostałych, a do Vanina rzekł: — Zaprowadź mnie.
Nie musieli daleko jechać, pokonali tylko dwa wzgórza, a potem jeszcze trochę w górę wijącego się strumienia, którego brzegi znaczyła wyschła glina. Zapach zdradził, co Vanin chciał mu pokazać, zanim pierwsze sępy wzbiły się w powietrze. Pozostałe wykonały tylko kilka machnięć skrzydłami, potem na powrót sfrunęły na ziemię, przekrzywiając bezwłose łby i skrzecząc wyzywająco. A były tam jeszcze gorsze, takie, które nawet nie oderwały się od swego koszmarnego posiłku, podobne do rozedrganych brył ulepionych z zakrwawionych czarnych piór.
Przewrócony wóz, maleńki domek na kółkach pomalowany na jadowite zielenie, błękity i żółcie, wskazywał jednoznacznie, że to karawana Druciarzy, niewiele wozów zostało nie tkniętych. Na ziemi leżały ciała, w jaskrawych ubiorach, podartych i pociemniałych od plam zaschniętej krwi, mężczyźni, kobiety, dzieci. Mat, jakąś częścią umysłu, chłodno przeanalizował rozpościerający się przed nim widok; reszta jego osoby pragnęła tylko zwymiotować, uciec, zrobić wszystko, byle nie siedzieć. tutaj na grzbiecie Oczka. Atakujący w pierwszej kolejności nadeszli od zachodu. Większość ciał mężczyzn i starszych chłopców znajdowała się tam właśnie, a wśród nich walały się szczątki ogromnych psów, jakby one próbowały uformować szereg, żeby odeprzeć napastników. Ciała kobiet i dzieci spoczywały w taki sposób, że widać było, iż próbowali z początku uciekać. Próba okazała się daremna. Ich ciała piętrzyły się jedne na drugich, tam gdzie dopadł ich drugi oddział napastników. Teraz w tym miejscu poruszały się tylko sępy.
Vanin splunął z niesmakiem przez szczelinę w uzębieniu.
— Przeganiasz ich, bo ci wszystko ukradną... jak nie upilnujesz, to ukradną ci nawet dzieciaka i wychowają go potem jak własnego... na zakończenie możesz ich poczęstować kopniakiem, żeby szybciej uciekali, ale przecież nie robi się takich rzeczy. Któż byłby do tego zdolny?
— Nie wiem. Rozbójnicy. — Wszystkie konie zniknęły. Ale rozbójnikom zazwyczaj zależało na łupach, nie na zabijaniu, a żaden Druciarz nie opierałby się nawet wtedy, gdybyś mu zabierał ostatni grosz, albo obdzierał go z kaftana czy butów. Mat z wysiłkiem rozprostował dłonie zaciśnięte na wodzach. Nie sposób było spojrzeć w żadną stronę, by nie zobaczyć ciała kobiety, martwego dziecka. Temu, kto to zrobił, zależało, by nikt nie przeżył. Wolno objechał pozostałości obozowiska, starając się nie zwracać uwagi na sępy, które na jego widok skrzeczały i gwałtownie machały skrzydłami. Ziemia była zbyt sucha, by zostały na niej jakieś wyraźne ślady, aczkolwiek wydawało mu się, że konie rozjechały się we wszystkie strony. Po chwili wrócił do Vanina. — Mogłeś mi powiedzieć, co tu znajdziemy. Nie musiałem tego oglądać.
“Światłości, naprawdę nie musiałem!”
— Mogłem ci powiedzieć, że właściwie nie ma tu żadnych śladów — odparł Vanin, zawracając konia w stronę płytkiego strumienia. — Ale jest tu coś, co chyba powinieneś zobaczyć.
Ogień strawił większą część budy przewróconego na bok wozu, ale jego dno ocalało; sterczały z niego żółte koła z czerwonymi szprychami. Obok leżał mężczyzna w jasnoniebieskim niegdyś kaftanie; jedna z wyciągniętych rąk aż czarna była od krwi. Na tle drewna, z którego wykonano dno wozu, wyróżniał się wykonany chwiejną ręką napis: