Patrzyli na nią takim wzrokiem, jakby była niespełna rozumu, a jej twarz powoli pokrywała się czerwienią. Miała nadzieję, że uznają, iż to z gniewu. Nie: jakim prawem porywacie się na słabszego, ale: jakim prawem nie pozwalacie mu kolejno z wami walczyć? Pouczyła ich właśnie w taki sposób, jakby oni wszyscy żyli zgodnie z zasadami ji’e’toh. Oczywiście, gdyby tak było, to nie istniałaby potrzeba wygłaszania żadnej takiej mowy.
Jeden z mężczyzn przekrzywił głowę w rodzaju płytkiego ukłonu. Jego nos nie tylko był złamany, ale nadto brakowało mu koniuszka.
— Hmm... on już uciekł... hm... proszę pani. Czy my też możemy odejść?
Prawda — kościsty człeczyna skorzystał z okazji i gdzieś się zapodział. Poczuła przypływ pogardy. Uciekł, ponieważ bał się stawić czoła czterem przeciwnikom. W jaki sposób uda mu się udźwignąć ciężar tej hańby Światłości, znowu to samo.
Otworzyła usta, chcąc powiedzieć, że oczywiście wolno im odejść, ale nie wykrztusiła ani słowa. Wzięli jej milczenie za zgodę czy raczej wymówkę, Egwene jednakże ledwie zauważyła, że odeszli. Była zbyt zajęta przyglądaniem się orszakowi konnych podążającemu ulicą.
Nie rozpoznała żadnego z kilkunastu żołnierzy w zielonych płaszczach torujących mu drogę przez ciżbę, ale ci, których eskortowali, przykuli jej uwagę. Mogła dojrzeć jedynie plecy kobiet — pięć ich było, czy sześć może, skrytych wśród żołnierzy — a właściwie jedynie fragmenty ich pleców, ale to jej wystarczyło. Aż nadto. Kobiety miały na sobie lekkie płaszcze, z bladego lnu w brązowawych odcieniach, Egwene zaś przyłapała się na tym, że tępo wbija wzrok w krąg czystej bieli wyhaftowany na jednym z tych płaszczy. Gdyby nie szew, w ogóle nie byłoby widać Płomienia Tar Valon przy pasie oznaczającym Białe Ajah. Potem zauważyła błysk zieleni, czerwieni. Czerwone! Pięć czy sześć Aes Sedai zmierzało do Królewskiego Pałacu; na szczycie wysokiej wieży, obok zwisającej nieruchomo repliki Sztandaru Smoka pysznił się szkarłatem sztandar Randa, na którym widniał starożytny symbol Aes Sedai. Niektórzy ten właśnie drugi sztandar nazywali Sztandarem Smoka, a ten pierwszy Sztandarem Al’Thora czy nawet Sztandarem Aielów, jak również rozmaitymi innymi określeniami.
Przepychając się przez tłum, podążała za nimi w odległości może jakichś dwudziestu kroków, po chwili jednak przystanęła. Obecność Czerwonej siostry — zauważyła przynajmniej jedną — oznaczała, że była to od dawna spodziewana misja poselska z Wieży, która, jak pisała Elaida w liście, miała stanowić eskortę Randa w drodze do Tar Valon. Minęły już ponad dwa miesiące od dnia, w którym kurier na zziajanym koniu przywiózł list; ta grupa musiała opuścić Wieżę krótko po nim.
Nie spotkają się z Randem — przynajmniej do czasu aż, jak zawsze nie zapowiedziany, pojawi się w Cairhien; rozmyślając wiele nad tą kwestią, doszła do wniosku, że udało mu się powtórnie odkryć w jakiś sposób Talent nazywany Podróżowaniem, ale w niczym jej to nie zbliżało do rozwiązania zagadki, a mianowicie odkrycia sposobu. w jaki on to właściwie robi — jednak niezależnie od tego, czy miały znaleźć Randa czy nie, na pewno należało zadbać o to, żeby to jej nie znalazły. Gdyby tak się stało, najlepszą rzeczą, jakiej mogła z ich strony oczekiwać, byłoby to, że natychmiast zawloką ją z powrotem, jak to powinno mieć miejsce w przypadku Przyjętej, która znajdowała się poza Wieżą, pozbawiona towarzystwa pilnującej jej pełnej siostry; stałoby się tak niezależnie od tego, czy Elaida naprawdę jej poszukiwała, czy też nie. Nawet wówczas zawiozłyby ją do Tar Valon, gdzie czekałaby na nią nieprzyjemna audiencja u obecnej Zasiadającej; nie łudziła się, że uda jej się stawić opór pięciu lub sześciu Aes Sedai naraz.
Spojrzała po raz ostatni na oddalające się Aes Sedai, podkasała spódnice i rzuciła się do biegu, prześlizgując się między ludźmi, niekiedy zderzając z nimi, przeskakując tuż przed samym nosem zaprzęgów ciągnących wozy lub powozy. Ścigały ją pełne złości krzyki. Kiedy wreszcie przemknęła przez jedną z wysokich, kanciastych bram miasta, gorący wiatr uderzył ją w twarz. Nie powstrzymywany przez budynki, niósł tumany kurzu, który sprawił, że się rozpaczliwie rozkaszlała, ale nie przestawała biec, dopóki nie dotarła do niskich namiotów Mądrych.
Ku swemu zaskoczeniu obok namiotu Amys spostrzegła siwą klacz z pozłacanym siodłem i uprzężą ozdobioną złotymi frędzlami; pilnowali jej gai’shain, którzy mieli spuszczone oczy i z rzadka klepali uspokajająco nerwowe zwierzę po karku. Pochyliła się, weszła do środka i zobaczyła Berelain, która popijała herbatę w towarzystwie Amys, Bair i Sorilei; wszystkie rozciągnięte były wygodnie na jaskrawych poduszkach z chwostami. Odziana na biało Rodera klęczała z boku, pokornie czekając, by napełnić im filiżanki.
— Aes Sedai są w mieście — oznajmiła Egwene, gdy tylko weszła do środka — kierują się do Pałacu Słońca. To musi być poselstwo Elaidy do Randa.
Berelain podniosła się z wdziękiem; ta kobieta miała w sobie niezwykły urok — tyle Egwene musiała jej oddać, nawet jeśli niechętnie. A jej suknia do konnej jazdy była przyzwoicie skrojona, ponieważ nawet skończona idiotka nie jeździłaby w takim słońcu w jednej z tych szat. jakie zazwyczaj zakładała Berelain. Pozostałe wstały również.
— Wygląda na to, że muszę wracać do pałacu — westchnęła Berelain. — Światłość jedna wie, jak one się poczują, kiedy nikt nie wyjdzie im na spotkanie. Amys, jeżeli wiesz, gdzie jest Rhuarc, to wyślij mu proszę wiadomość, że ma się natychmiast ze mną spotkać.
Amys przytaknęła, ale Sorilea powiedziała:
— Nie powinnaś aż tak się uzależniać od Rhuarka, dziewczyno. Rand al’Thor tobie oddał Cairhien pod opiekę. Z większością mężczyzn jest tak, że gdy dasz im palec, to ani się obejrzysz, a już schwycą całą rękę. Dasz wodzowi klanu palec, a złapie całe ramię.
— To prawda — wymruczała Amys. — Rhuarc jest cieniem mego serca, niemniej to prawda.
Berelain wyciągnęła cieniutkie rękawiczki do konnej jazdy zza paska i zaczęła je naciągać.
— On mi przypomina mojego ojca. Czasami doprawdy aż za bardzo. — Przez chwilę na jej twarzy gościł smutek. — Ale daje znakomite rady. I wie też, kiedy się postawić i do jakich granic. Moim zdaniem spojrzenie Rhuarka zrobi wrażenie nawet na Aes Sedai.
Amys zaśmiała się gardłowo.
— Faktycznie potrafi wywrzeć wrażenie. Poślę po niego. — Lekko pocałowała Berelain w czoło, a potem w oba policzki.
Egwene patrzyła na to, zupełnie nic nie rozumiejąc; w taki sposób matka całuje syna lub córkę. Co właściwie się działo między Berelain a Mądrymi? Oczywiście nie mogła zapytać wprost. Takie pytanie byłoby hańbiące zarówno dla niej, jak i dla Mądrych. A także dla samej Berelain, chociaż ona nie miałaby o tym pojęcia.
Kiedy Berelain odwróciła się, żeby wyjść z namiotu, Egwene położyła dłoń na jej ramieniu.
— Z nimi trzeba postępować ostrożnie. Nie będą usposobione przyjaźnie względem Randa. Złe słowo, czy niewłaściwe posunięcie, mogą z nich zrobić otwartych wrogów. — Miała jak najbardziej rację, ale tak naprawdę wcale nie to winna była powiedzieć. Raczej jednak dałaby sobie wyrwać język, niżby poprosiła Berelain o przysługę.