Выбрать главу

— Miałam już wcześniej do czynienia z Aes Sedai, Egwene Sedai — sucho odrzekła tamta.

Egwene udało się nie okazać zaskoczenia. Trzeba to powiedzieć, ale nie pozwoli, by tamta zobaczyła, z jakim trudem jej to przyszło.

— Elaida życzy Randowi dobrze w nie większym stopniu niźli łasica życzy dobrze kurczakom, a te Aes Sedai przyjechały z polecenia Elaidy. Jeżeli się dowiedzą, że po jego stronie stoi jakaś Aes Sedai, to będą ją chciały dostać w swoje ręce... i pewnego dnia ona również może zniknąć. — Spojrzała prosto w nieprzeniknioną twarz Berelain i nie potrafiła się zmusić, by powiedzieć cokolwiek więcej.

Po dłuższej chwili Berelain uśmiechnęła się.

— Egwene Sedai, zrobię co tylko będę mogła dla Randa. — Zarówno uśmiech jak i ton głosu... dawały dużo do zrozumienia. — Dziewczyno! — skarciła ją Sorilea i, o dziwo, na policzkach Berelain wykwitły rumieńce.

Berelain, nie patrząc na Egwene, odparła rozmyślnie neutralnym tonem, ostrożnie dobierając słowa:

— Będę wdzięczna, jeśli nie powiecie o tym Rhuarkowi. — W rzeczy samej, nie patrzyła na żadną z nich, ale wyraźnie próbowała zignorować obecność Egwene.

— Nie powiemy — szybko wtrąciła Amys, pozostawiając Sorileę z otwartymi ustami. — Na pewno nie — powtórzyła na użytek tamtej tonem niewzruszonym, a jednocześnie jakby proszącym, i ostatecznie najstarsza Mądra skinęła głową, nawet jeśli z pewną niechęcią. Berelain westchnęła z ulgą, zanim opuściła namiot.

— Ta dziewczyna ma w sobie ducha — zaśmiała się Sorilea, gdy tylko Berelain wyszła. Ponownie ułożyła się na poduszkach i poklepała wolne miejsce tuż obok siebie, dając znak Egwene, że może się do nich przyłączyć. — Powinnyśmy znaleźć dla niej właściwego męża, mężczyznę, który będzie w stanie sobie z nią poradzić. Jeżeli w ogóle ktoś taki istnieje wśród mieszkańców mokradeł.

Ocierając dłonie i twarz wilgotnym ręcznikiem, który podała jej Rodera, Egwene zastanawiała się, czy teraz już może wypytać o Berelain i nie naruszyć honoru tamtej. Przyjęła herbatę w filiżance z zielonej porcelany Ludu Morza i zajęła swe miejsce w kręgu Mądrych. Wystarczy, że któraś odpowie na propozycję Sorilei.

— Jesteś pewna, że Aes Sedai zamierzają zrobić coś złego Car’a’carnowi?- zapytała zamiast tego Amys.

Egwene spłonęła rumieńcem. Ona tu myślała o plotkach, a tymczasem do omówienia było tyle poważnych spraw.

— Tak — odparła szybko, a dalej ciągnęła już wolniej. — Przynajmniej... Nie wiem z całą pewnością, czy zamierzają mu zrobić coś złego. W każdym razie chyba nie takie są ich intencje. — List Elaidy mówił o „wszelkich honorach i szacunku”, jakie mu się należą. Ile, zdaniem byłej Czerwonej siostry, należy się mężczyźnie, który potrafi przenosić? — Nie wątpię jednak, iż ich zamiarem jest podporządkowanie go w jakiś sposób, zmuszenie, by robił to, czego zechce Elaida. One nie są mu przyjazne. — Do jakiego stopnia Aes Sedai zgromadzone w Salidarze są życzliwsze? Światłości, trzeba koniecznie porozmawiać z Nynaeve i Elayne. — I nie będą dbały o to, że jest Car’a’carnem. — Sorilea mruknęła coś kwaśno.

— Sądzisz, że spróbują tobie również jakoś zaszkodzić? — zapytała Bair, a Egwene żywo przytaknęła.

— Jeżeli odkryją, że tu jestem... — Spróbowała ukryć dreszcz, który nią wstrząsnął, potem upiła łyk miętowej herbaty. Niezależnie od tego, czy potraktują ją jako haczyk na Randa, czy też jako zbiegłą Przyjętą, zrobią wszystko, by zawlec ją do Wieży. — Nie pozwolą mi odejść wolno. Elaida nie zechce, by Rand słuchał kogokolwiek prócz niej. — Bair i Amys wymieniły ponure spojrzenia.

— A więc odpowiedź jest prosta. — Głos Sorilei brzmiał tak, jakby już wszystko było postanowione. — Zostaniesz z nami w namiotach, a wtedy cię nie znajdą. Mądre, jakby nie było, unikają Aes Sedai. Jeżeli pobędziesz tutaj przez kilka jeszcze lat, zrobimy z ciebie znakomitą Mądrą.

Egwene omal nie upuściła filiżanki.

— Schlebiasz mi — odparła ostrożnie. — Wcześniej czy później jednak, będę musiała odejść. — Sorilea nie wyglądała na przekonaną. Egwene nauczyła się już, jak bronić swego zdania w dyskusjach z Amys i Bair, przynajmniej do pewnego stopnia, jednak gdy chodziło o Sorileę...

— Nie nastąpi to szybko, jak mniemam — powiedziała Bair, okraszając swe słowa uśmiechem, aby nie zabrzmiały aż tak boleśnie. — Dużo się jeszcze musisz nauczyć.

— Tak, i najwyraźniej aż palisz się do nauki — dodała Amys. Egwene próbowała się nie zarumienić, zaś Amys zmarszczyła brwi. — Wyglądasz dziwnie. Może nadmiernie nadwyrężyłaś siły dzisiejszego ranka? Pewna byłam, że doszłaś do siebie w wystarczającym stopniu...

— Bo tak też jest — pośpiesznie odpowiedziała Egwene. — Naprawdę, jestem już zdrowa. Głowa nie bolała mnie od wielu już dni. To tylko kurz i ten bieg z miasta. A tłumy w nim były znacznie gęstsze, niźli zapamiętałam. I byłam tak podniecona. Prawie nic nie zjadłam na śniadanie.

Sorilea dała znak Roderze.

— Przynieś trochę miodu, jeżeli jeszcze jakiś został, oraz sera i wszystkie owoce, jakie znajdziesz. — Szturchnęła Egwene pod żebra. — Kobieta powinna mieć trochę ciała. — I to mówiła Sorilea, która wyglądała, jakby leżała na słońcu tak długo, aż prawie cała wyschła.

Egwene tak naprawdę wcale nie miała ochoty jeść — zbyt dużo wrażeń tego poranka — ale Sorilea obserwowała ją uważnie, sprawiając swym badawczym spojrzeniem, że przełykanie przychodziło jej z coraz większym trudem. Nie ułatwiał też sytuacji fakt, że chciały omówić z nią sposób postępowania z Aes Sedai. Jeżeli te Aes Sedai były wrogo nastawione wobec Randa, to trzeba było obserwować ich poczynania oraz znaleźć jakiś sposób na to, żeby go ochronić. Nawet Sorilea zaniepokoiła się odrobinę, gdy usłyszała, że być może będą musiały otwarcie wystąpić przeciwko Aes Sedai — one się tego nie bały; to tylko myśl o występowaniu przeciwko obyczajowi sprawiała, iż czuły się nieswojo — jednak każde działanie konieczne dla ochrony Car’a’carna musiało zostać podjęte.

Natomiast sama Egwene martwiła się, że mogą wziąć na poważnie sugestie Sorilei i każą jej bezczynnie czekać w namiotach na polecenia. Jeżeli do tego dojdzie, to nie pozostanie jej nic innego, jak tylko usłuchać, nie istniał bowiem inny sposób na ucieczkę przed pięćdziesięcioma parami oczu oprócz zamknięcia się we własnym namiocie. W jaki sposób Rand Podróżował? Mądre na pewno zrobią wszystko co konieczne, póki w grę nie będzie wchodzić naruszenie ji’e’toh: w niektórych kwestiach mogły go interpretować odmiennie, jednak swej oceny będą przestrzegać równie niewzruszenie jak każdy Aiel. Światłości, Rodera była Shaido, jedną z tysięcy schwytanych podczas bitwy, po której tamci zostali odpędzeni od miasta, ale Mądre traktowały ją w taki sam sposób jak innych gai’shain, nie czyniąc najmniejszej różnicy. Nie sprzeciwią się nakazom ji’e’toh, niezależnie od tego, jak trudna byłaby sytuacja.

Na całe szczęście do tego tematu już więcej nie wróciły. Na nieszczęście zaś wciąż przewijało się pytanie o stan jej zdrowia. Te Mądre nie znały się na Uzdrawianiu, nie umiały też badać stanu zdrowia, używając Mocy. Zamiast tego odwoływały się do swoich własnych, sprawdzonych metod. Z których część do złudzenia przypominała to, czego nauczyła się od Nynaeve, kiedy jeszcze pisany był jej los Wiedzącej: zaglądanie w oczy, nasłuchiwanie bicia serca przez wydrążoną drewnianą tubę. Inne metody były specyficznie Aielowe. Dotykała palców stóp, dopóki nie zakręciło jej się w głowie, skakała w górę i w dół w miejscu, aż nie zaczynało jej się wydawać, że oczy wyskoczą jej z orbit, biegała wokół namiotów Mądrych, póki pot całkowicie nie zrosił jej skóry, potem gai’shain lali jej wodę na głowę, piła jej tyle, ile tylko zdołała, zbierała spódnice i biegała dalej. Aielowie bardzo cenili hart ducha. Gdyby okazało się, że jest za wolna, gdyby zatrzymała się, zanim Amys jej na to zezwoli, to nieuchronnie wyciągnęłyby z tego wniosek, że mimo wszystko nie doszła jeszcze do siebie w wystarczającym stopniu.