Выбрать главу

Reszta śniadania upłynęła na naradach Mądrych, próbujących zdecydować, która z nich ma się tego dnia udać do pałacu, oraz którym wodzom można zaufać w kwestii właściwego doboru wojowników i Panien, mających wyśledzić, czy Aes Sedai jest więcej. Niektórzy wśród nich mogli się odnieść z niechęcią do pomysłu występowania przeciwko Aes Sedai w jakikolwiek sposób; Mądre nie powiedziały niczego wprost, jednak taki wniosek można było bez trudu wysnuć z tego, co, często z niewesołymi minami, mówiły. Inni z kolei mogli uznać, że z zagrożeniem życia Car’a’carna, nawet ze strony Aes Sedai, najlepiej poradzić sobie za pomocą włóczni. Kilka Mądrych najwyraźniej również przychylało się do tego zdania; Sorilea musiała nie raz surowo dławić w zarodku zakamuflowane sugestie, w myśl których cały problem przestałby istnieć, gdyby Aes Sedai po prostu zniknęły. W końcu zostali im tylko dwaj kandydaci: Rhuarc i Mandelain z Daryne.

— Dopilnujcie, by nie wybrali żadnych siswai’aman — dodała jeszcze Egwene. Ci z pewnością odpowiedzieliby ciosem włóczni na najmniejszy choćby ślad groźby. Tą uwagą ściągnęła na siebie liczne spojrzenia, w których krył się niekiedy nieskrywany gniew, czasami zaś całkowity brak wyrazu. Mądre nie były przecież głupie. Martwiła ją tylko jedna rzecz. Żadna z nich ani razu nie wspomniała o czymś, o czym mówiły niemalże za każdym razem, gdy padała wzmianka o Aes Sedai: że mianowicie Aielowie zawiedli ongiś Aes Sedai i że czeka ich zagłada, jeżeli dopuszczą się tego ponownie.

Wyjąwszy ten pojedynczy komentarz, Egwene nie wtrącała się więcej do dyskusji, poświęcając większość swej uwagi kolejnej misce owsianki, do której dodano nie tylko suszone śliwki, lecz również suszone gruszki, czym zasłużyła sobie na pełne aprobaty spojrzenie ze strony Sorilei. Ale przecież nie o pochwałę tamtej jej chodziło. Była po prostu głodna, a poza tym nade wszystko pragnęła, by zapomniano o jej obecności. Sposób najwyraźniej okazywał się skuteczny.

Kiedy śniadanie i rozmowa dobiegły końca, wróciła do swego namiotu, a następnie przykucnęła w nim, tuż za opuszczoną klapą wejścia, obserwując małą gromadkę Mądrych zmierzającą w stronę miasta; Amys szła na czele. Kiedy zniknęły jej z oczu za najbliższą bramą, ponownie wyściubiła nos na zewnątrz. Wszędzie dookoła było pełno Aielów, nie tylko gai’shain, jednak wszystkie Mądre skryły się w namiotach; żadna nie odprowadzała jej wzrokiem, kiedy niezbyt szybkim krokiem wędrowała w stronę murów miasta. Jeżeli ją zauważą, to zapewne pomyślą, że właśnie zamierza odbyć codzienną porcję porannych ćwiczeń. Zerwał się wiatr, unosząc w górę tumany kurzu i starych popiołów z Podgrodzia, ale nie zwolniła kroku. Równym krokiem maszerowała przed siebie. Po prostu udawała się na poranne ćwiczenia.

Pierwsza osoba, którą zapytała w mieście o drogę, koścista kobieta sprzedająca z wozu pomarszczone jabłka po zupełnie niewiarygodnej cenie, nie umiała jej powiedzieć, jak trafić do pałacu lady Arilyn; nie powiodło jej się również z pulchną szwaczką, która wytrzeszczyła oczy ze zdumienia na widok kobiety Aielów, za jaką ją wzięła, wchodzącej do jej sklepu; nie pomógł jej też łysiejący nożownik, który uznał, że jego wyroby z pewnością zainteresują ją o wiele bardziej niźli jakaś lady. Na koniec wreszcie jubiler, który przez cały czas, kiedy znajdowała się w jego sklepie, obserwował ją uważnie spod przymrużonych powiek, udzielił jej niezbędnych informacji. Chwilę później, wędrując już przez tłumy zalegające ulice, Egwene kręciła głową nad własną naiwnością. Czasami doprawdy zapominała, jak wielkim miastem jest Cairhien, w którym nie każdy musiał wiedzieć, gdzie się co znajduje.

Właśnie z tego powodu zgubiła się jeszcze trzy razy i dwukrotnie musiała pytać o drogę. Wreszcie znalazła się pod jakąś stajnią do wynajęcia, zerkając ostrożnie zza jej rogu na kwadratowy masyw ciemnego kamienia po przeciwnej stronie ulicy, na jego wąskie okna, balkony o ostrych kątach i strzeliste wieżyczki. Jak na pałac budowla była stosunkowo niepozorna, aczkolwiek za duża, by nadać jej miano zwykłego domu; w hierarchii cairhieniańskiej szlachty Arilyn zajmowała dość wysokie miejsce, o ile Egwene dokładnie zapamiętała wyjaśnienia, jakich jej w tej kwestii udzielono. Szerokich schodów strzegli żołnierze w zielonych kaftanach i metalowych napierśnikach, kolejni stali przy każdej bramie, jaką mogła dostrzec z miejsca, w którym się znajdowała. Rozstawiono ich nawet na balkonach. A co najdziwniejsze, wszyscy zdali jej się bardzo młodzi. Jednak nie zastanawiała się nad tym dłużej. Gdzieś we wnętrzu budowli przenosiły jakieś kobiety, a jeśli potrafiła to wyczuć z ulicy, jeśli potrafiła wyczuć to tak wyraźnie, to z pewnością nie chodziło tu o maleńkie porcje saidara. Wyczuwany przez nią strumień Mocy prawie natychmiast skurczył się raptownie, wciąż jednak był znaczny.

Przygryzła wargę. Nie potrafiła określić, czym tamte się zajmowały — przynajmniej dopóki nie zobaczy strumieni — jednak z drugiej strony musiano również widzieć strumienie, aby móc je spleść. Nawet jeśli stały przy jakimś oknie, to wszystkie sploty Mocy wypływające z posesji, których ona sama nie potrafiła dojrzeć, musiały być skierowane w stronę południa, czyli w stronę przeciwną niźli Pałac Słońca, w stronę, w której nic interesującego nie było. Co one tam robią?

Jedna z bram otworzyła się i wypadł z niej ciągniony przez sześciokonny zaprząg czarny powóz z lakierowanym herbem na drzwiach — dwie srebrne gwiazdy na tle zielonych i czerwonych pasków. Ruszył na północ, torując sobie drogę wśród tłumów; odziany w liberię woźnica używał długiego bata w równym stopniu do popędzania koni, jak i nakłaniania opieszałych przechodniów do ustępowania mu z drogi. Lady Arilyn udawała się dokądś... a może to któraś z posłanek?

Cóż, nie przyszła tutaj tylko po to, żeby się gapić. Cofnęła się jeszcze trochę, tak, że teraz łypała zza węgła tylko jednym okiem, ale nadal widziała wielką budowlę, a potem wyciągnęła mały, czerwony kamyk z sakwy przy pasie, zrobiła głęboki wdech i zaczęła przenosić. Gdyby któraś z nich wyjrzała właśnie przez okno od tej strony, zobaczyłaby sploty, ale nie samą Egwene. Tyle ryzyka trzeba było podjąć.

Gładki kamień był tylko zwykłym kamykiem, o powierzchni wygładzonej przez wody strumienia, jednak tej sztuczki Egwene nauczyła się od Moiraine, a Moiraine używała właśnie kamienia jako ogniska koncentracji — kamienia szlachetnego, skoro już o tym mowa, jednak rodzaj nie miał znaczenia — więc Egwene postępowała podobnie. W jej splotach znalazło się głównie Powietrze, z odrobiną Ognia. stosownie weń wplecioną. Taki splot umożliwiał podsłuchiwanie. Szpiegowanie, jak by powiedziały Mądre. Egwene nie dbała jednak o to, jak ktoś określiłby jej poczynania, dopóki dzięki nim mogła dowiedzieć się czegoś o zamiarach Aes Sedai z Wieży.

Splot dotknął ostrożnie otworu okiennego, ach, jakże delikatnie, potem kolejnego i następnego. Cisza. I wtedy...

— ...a ja mu na to — powiedział tuż przy jej uchu kobiecy głos — jeżeli chcesz, żebym pościeliła im łóżka, to lepiej przestań łaskotać mnie pod brodą, Alwinie Raelu.

Rozległ się chichot jakiejś innej kobiety.

— Nie wierzę, że to powiedziałaś.

Egwene skrzywiła się. Służące.

Krępa kobieta przechodząca obok z koszem chleba ustawionym na ramienia spojrzała na Egwene z konsternacją. I naprawdę nie było czemu się dziwić, skoro słyszała dwa kobiece głosy, podczas gdy widziała jedynie samotną Egwene, na dodatek z zamkniętymi ustami. Egwene rozwiązała ten problem w najprostszy sposób, jaki przyszedł jej do głowy. Spojrzała z taką wściekłością, że kobieta pisnęła tylko, i omalże nie upuściwszy kosza, szybko wmieszała się w tłum.