Egwene z niechęcią osłabiła moc splotu; być może w ten sposób nie będzie słyszała wszystkiego równie wyraźnie, ale przynajmniej nie przyciągnie uwagi niepożądanych gapiów. Już i tak zbyt wielu ludzi się za nią oglądało — kobieta Aielów przyciśnięta do ściany — aczkolwiek nikt nawet nie przystanął i nie przyjrzał się dokładniej; nikt nie chciał kłopotów z Aielami. Przestała zaprzątać tym sobie głowę. Przesuwała splot okno za oknem, pocąc się obficie, i to nie tylko z powodu wzmagającego się upału. Wystarczy, że jedna tylko Aes Sedai zobaczy jej strumienie, a nawet jeśli nie rozpozna ich przeznaczenia, to będzie wiedziała, że ktoś próbuje wykorzystać przeciwko nim Moc. Będą mogły bez większego trudu domyślić się celu, w jakim to uczyniono. Egwene cofnęła się jeszcze o cal, zza rogu wystawał już tylko kącik jej oka.
Cisza. Cisza. Jakiś szmer. Jakiś ruch? Pantofle szurające po dywanie? Jednak żadnych zrozumiałych słów. Milczenie. Pomrukujący pod nosem mężczyzna, najwyraźniej opróżniający nocniki i bynajmniej nie zadowolony z tej funkcji; z pałającymi uszami spieszyła dalej. Cisza. Cisza. Cisza.
— ...naprawdę uważasz, że to konieczne? — Kobieta mówiła szeptem, ale jej głos był melodyjny i pełen godności.
— Musimy być przygotowane na każdą ewentualność, Coiren — odrzekła druga kobieta, głosem niczym żelazny pręt. — Słyszałam plotki o aresztowaniu... — Ktoś zamknął drzwi, nie pozwalając jej usłyszeć więcej.
Egwene, pod którą ugięły się nogi, bezwładnie wsparła się o kamienną ścianę stajni. Gotowa była krzyczeć, tak była zawiedziona. Szara siostra, która stała na czele poselstwa, oraz druga, która również musiała być Aes Sedai, gdyż w przeciwnym nie zwracałaby się takim tonem do Coiren, jednej z Aes Sedai. Nikt inny nie mógłby jej dostarczyć więcej informacji, na jakich jej zależało, a te dwie musiały akurat odejść gdzieś, skąd nie mogła ich podsłuchiwać. Jakie plotki o aresztowaniach? Jakie ewentualności? W jaki sposób miałyby się na nie przygotować? Strumienie Mocy przenoszonej wewnątrz posiadłości zmieniły się znowu, stając się silniejsze. Co one zamierzają? Zrobiła kolejny głęboki wdech i uparcie próbowała dalej.
Zanim słońce wspięło się wyżej na nieboskłon, zdążyła usłyszeć wiele, zazwyczaj niemożliwych do zidentyfikowania, odgłosów oraz sporą porcję plotek służby i ich bezsensownej paplaniny. Ktoś o imieniu Ceri miał mieć następne dziecko, a dla Aes Sedai trzeba było sprowadzać wino z Arindrim, niezależnie od tego, gdzie też się ono znajdowało, do ich południowego posiłku. Z bardziej interesujących informacji dowiedziała się, że w powozie istotnie była Arilyn, która wyjechała na spotkanie ze swoim mężem przebywającym na prowincji. I to było wszystko, co udało jej się uzyskać. Cały ranek zmarnowany.
Frontowe drzwi posesji otworzyły się szeroko, służący w liberiach zgięli się w ukłonach. Żołnierze nawet nie drgnęli, chociaż wyraźnie zdwoili czujność. Nesune Bihara wyszła na ulicę, wyprzedzając wysokiego, młodego mężczyznę, który wyglądał tak, jakby go wyciosano z jednej bryły głazu.
Egwene pośpiesznie uwolniła sploty, wypuściła saidara i wzięła głęboki, uspokajający oddech; nie miała czasu na uleganie panice. Nesune i jej Strażnik naradzali się przez moment, potem ciemnowłosa Brązowa siostra zerknęła w głąb ulicy, najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Najwyraźniej czegoś wypatrywała.
Egwene doszła do wniosku, że być może jednak nastał już właściwy moment na poddanie się panice. Wycofała się bardzo powoli, tak, aby nie ściągnąć na siebie bystrego spojrzenia Nesune, a kiedy tylko upewniła się, iż tamta nie może jej zobaczyć, odwróciła się gwałtownie, podkasała suknie i wcisnęła w tłum. Udało jej się przebiec nie więcej jak trzy kroki. Nagle zatrzymała się, jakby uderzyła w kamienną ścianę, a potem odbiła od niej i upadła na rozgrzane kamienie bruku z głuchym łupnięciem.
Oszołomiona spojrzała w górę i w tym samym momencie poczuła, że panujący w jej głowie zamęt pogłębił się jeszcze bardziej. Ten kamienny mur, od którego się odbiła... to był Gawyn; stał nad nią i patrzył z równie ogłupiałą miną. Jego oczy błyszczały najbardziej lśniącym z błękitów. I te rudo-złote loki. Przez chwilę miała ochotę tylko na to, by raz jeszcze owinąć je sobie wokół palców. Jej twarz oblała się purpurą.
„Nigdy przedtem tego nie robiłam — pomyślała gniewnie. — To był tylko sen!”
— Nic ci się nie stało? — zapytał z niepokojem, pochylając się już, by uklęknąć przy niej.
Podniosła się z ziemi, pospiesznie otrzepując suknię; gdyby w tej chwili mogła wygłosić jakieś życzenie, które potem miałoby się spełnić, to chciałaby nigdy w życiu więcej się nie zarumienić. Już zgromadził się wokół nich krąg gapiów. Ujęła go pod ramię i pociągnęła za sobą w tę stronę, w którą zmierzała wcześniej. Kiedy po chwili obejrzała się przez ramię, dostrzegła tylko kłębiącą się ludzką ciżbę. Nawet jeśli Nesune ruszyła w stronę tego rogu, za którym ukrywała się chwilę przedtem, to już nic nie zdążyła zobaczyć. A jednak Egwene nie zwolniła kroku, a tłum bez protestów rozstępował się przed kobietą Aielów i mężczyzną na tyle wysokim, iż z łatwością za Aiela mógł uchodzić; cóż z tego, że do pasa przypięty miał miecz. Po sposobie, w jaki się poruszał, było widać wyraźnie, iż wie, jak używać swej broni, a poruszał się w istocie niczym Strażnik.
Po kilkunastu kolejnych krokach niechętnie puściła jego ramię. Zanim jednak zdążyła na dobre wyswobodzić rękę, on ujął jej dłoń i dalej szli w ten sposób. Nie zaprotestowała.
— Przypuszczam-oznajmił tonem zadumy po jakiejś chwili — że powinienem ignorować fakt, iż odziana jesteś jak Aiel. Z tego, co słyszałem ostatnio, miałaś być w Illian. Mniemam dalej, iż nie powinienem komentować faktu, że uciekałaś spod pałacu, w którym zatrzymała się szóstka Aes Sedai. Wszakże zgodzisz się, iż to dosyć dziwne zachowanie jak na Przyjętą.
— Nigdy nie byłam w Illian — odparła, pospiesznie rozglądając się dookoła, czy w pobliżu nie ma żadnego Aiela, który mógłby ją usłyszeć. Kilku, owszem, spojrzało w jej stronę, żaden jednak nie znajdował się na tyle blisko, by zrozumieć jej słowa. Nagle uderzyło ją coś w tym, co przed momentem powiedział. Objęła spojrzeniem jego zielony płaszcz, identycznej barwy jak u żołnierzy. — Jesteś z nimi. Z Aes Sedai należącymi do Wieży. — Światłości, ależ okazała się głupia, że nie zdała sobie z tego sprawy natychmiast, jak tylko go ujrzała.
Jego rysy wygładziły się nieco, choć przed chwilą naprawdę patrzył na nią twardo, ze stężałą twarzą.
— Dowodzę gwardią honorową, którą Aes Sedai przywiodły ze sobą, aby zapewnić Smokowi Odrodzonemu godną eskortę do Tar Valon. — Ton jego głosu stanowił osobliwą mieszaninę gniewu i czujności. — Pod warunkiem, rzecz jasna, że zgodzi się pojechać. I oczywiście pod warunkiem, że przebywa w mieście. Jak zrozumiałem... pojawia się tu i znika. Coiren jest tym zupełnie wyprowadzona z równowagi.
Egwene poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.
— Muszę... muszę prosić cię o przysługę, Gawyn.
— Wszystko oprócz dwóch rzeczy — oznajmił bez ogródek. — Nie skrzywdzę Elayne z Andoru i nie stanę się jednym z Zaprzysięgłych Smokowi. Prócz tego zrobię dla ciebie wszystko co w mojej mocy.
Kilka głów obróciło się w ich stronę. Jakakolwiek wzmianka o Zaprzysięgłych Smokowi natychmiast wzbudzała zaniepokojenie. Czterej mężczyźni o twardych twarzach, z batami, jakich używają woźnice, owiniętymi wokół ramion, przyjrzało się bacznie Gawynowi, prostując z trzaskiem palce w taki sposób, w jaki zwykle czynią to mężczyźni, kiedy zanosi się na bójkę. Gawyn obrzucił ich tylko przelotnym spojrzeniem. Żaden z nich nie był ułomkiem, jednak ich zapalczywość pierzchła pod jego wzrokiem. Dwaj nawet dotknęli kciukami czoła, zanim cała czwórka roztopiła się w ludzkiej rzece. Wciąż jednak zbyt wiele oczu im się przyglądało, zbyt wielu z otaczających ich ludzi starało się pokazać, że wcale nie podsłuchiwali. Tak odziana przyciągała spojrzenia, nawet jeśli nie odzywała się słowem. Na dodatek jeszcze ten mężczyzna o rudozłotych lokach, wyższy od niej o głowę, który wyglądał na Strażnika; stojąc tak razem nie mogli nie przyciągać uwagi.