— Muszę porozmawiać z tobą na osobności — powiedziała.
„Jeżeli jakakolwiek kobieta nałożyła na Gawyna zobowiązania Strażnika, to ja...” — Co ciekawe, myśl ta nie miała w sobie prawdziwej pasji.
Bez słowa powiódł ją w stronę najbliższej gospody, gdzie rzucona karczmarzowi złota korona natychmiast wywołała uniżony niemalże ukłon i sprawiła, że znalazł się niewielki, ustronny gabinet, o ścianach wyłożonych ciemną boazerią, z blatem wypolerowanym gładko łokciami licznych użytkowników oraz pękiem zeschłych kwiatów w wazonie na gzymsie kominka. Gawyn zamknął drzwi, a nagła obcość, jaka przed chwilą jeszcze między nimi panowała, rozwiała się, gdy zostali sami. Światłości, jakiż on był piękny; w niczym nie ustępował Galadowi, i jeszcze te złote loki...
Gawyn odkaszlnął.
— Z każdym dniem upał staje się coraz gorszy. — Wyciągnął chusteczkę i otarł twarz, potem zaproponował ją Egwene. Zmieszany odkaszlnął znowu, kiedy zdał sobie sprawę, że przecież przed momentem sam jej użył. — Chyba mam jeszcze jedną.
Kiedy nerwowo przeszukiwał kieszenie, wyciągnęła własną chusteczkę.
— Gawyn, jak możesz służyć Elaidzie po tym, co zrobiła?
— Młodzi służą Wieży — odrzekł sztywno, ale równocześnie niepewnie przechylił głowę. — Będzie tak dopóki... Siuan Sanche... — Na chwilę w jego oczach zalśnił lodowaty chłód. Ale to była tylko chwila. — Egwene, moja matka zawsze powtarzała: „Nawet królowa musi być posłuszna prawom, które stanowi, w przeciwnym razie nie ma mowy o żadnym prawie”. — Gniewnie pokręcił głową. — Nie powinienem być zaskoczony, znajdując cię tutaj. Powinienem wiedzieć, że będziesz tam, gdzie jest al’Thor.
— Dlaczego tak go nienawidzisz? — To, co brzmiało w jego głosie, to była prawdziwa nienawiść, albo ona nigdy się z nią nie zetknęła. — Gawyn, on jest naprawdę Smokiem Odrodzonym. Musiałeś przecież słyszeć o tym, co zdarzyło się w Łzie. On...
— Nie dbam o to, czy jest choćby Stwórcą wcielonym — zazgrzytał zębami. — Al’Thor zabił moją matkę!
Oczy Egwene omal nie wyszły z orbit.
— Gawyn, nie! Nie, on tego nie zrobił!
— Mogłabyś przysiąc? Byłaś tam, kiedy umierała? Wszyscy o tym mówią. Smok Odrodzony zdobył Caemlyn i zabił Morgase. Najpewniej zabił również Elayne, bo wszelki ślad po niej zaginął. — Nagle cały gniew jakby go opuścił. Zachwiał się, zwiesił głowę i stanął tak bezwładnie z zaciśniętymi pięściami i zamkniętymi oczyma. — Nigdzie nie mogę jej znaleźć — wyszeptał.
— Elayne włos nie spadł z głowy — powiedziała Egwene i z zaskoczeniem stwierdziła, że stoi tuż przed nim. Wyciągnęła dłoń i przeżyła jeszcze większe zaskoczenie, gdy zorientowała się, iż wsunęła palce w jego włosy, kiedy uniósł głowę. Czuła wszystko dokładnie w taki sposób, jak zapamiętała. Cofnęła się gwałtownie. Pewna była, że zarumieni się tak mocno, że twarz stanie jej w ogniu, a tymczasem... Policzki Gawyna także okryła purpura. Oczywiście. On również pamiętał, chociaż dla niego wszystko było jedynie snem. Pomyślała, że teraz z pewnością zaczerwieni się jeszcze bardziej, jednak jakimś sposobem stało się inaczej. Rumieniec Gawyna ostudził jej zdenerwowanie, udało jej się nawet zdobyć na uśmiech. — Elayne jest bezpieczna. To mogę ci przysiąc.
— Gdzie ona jest? — W jego głosie zabrzmiała udręka. — Gdzie ona się schowała? Jej miejsce jest teraz w Caemlyn. Cóż, może nie w Caemlyn... przynajmniej dopóki al’Thor tam przebywa... ale z pewnością winna być w Andorze. Gdzie ona jest, Egwene?
— Nie... nie mogę ci powiedzieć. Nie mogę, Gawyn.
Przypatrywał się jej przez chwilę z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu, potem westchnął:
— Za każdym razem, kiedy cię widzę, w coraz większym stopniu stajesz się Aes Sedai. — Jego śmiech zabrzmiał sztucznie. — Czy wiesz, że wyobrażałem sobie, że będę mógł zostać twoim Strażnikiem? Czy to nie głupie?
— Będziesz moim Strażnikiem. — Słowa te wyrwały się z jej ust zanim zdążyła się pohamować, ale kiedy już je usłyszała, wiedziała, że to prawda. Tamten sen. Gawyn klękający przed nią, skłaniający głowę. Obraz ten mógł znaczyć tysiące różnych rzeczy albo jeszcze więcej, wiedziała jednak, że to akurat, co powiedziała, to czysta prawda.
Uśmiechnął się do niej. Ten idiota myślał, że ona żartuje!
— To nie będę ja; sądzę, że raczej Galad. Ale pewnie będziesz musiała odpędzać od niego inne Aes Sedai kijem. Aes Sedai, dziewki służebne, królowe, pokojówki, handlarki, żony wieśniaków... Sam widziałem, w jaki sposób one wszystkie na niego patrzą. Nie próbuj nawet zaprzeczać, przecież i tak myślisz, że on...
Najprostszym sposobem powstrzymania go przed mówieniem kolejnych bzdur było położyć mu dłoń na ustach.
— Nie kocham Galada. Ciebie kocham.
On wciąż próbował udawać, że to wszystko żarty, bo uśmiechał się przez jej przyciśnięte palce.
— Nie mogę zostać Strażnikiem. Jestem przeznaczony Elayne jako jej Pierwszy Książę Miecza.
— Jeżeli królowa Andoru może być Aes Sedai, to Książę może zostać Strażnikiem. A ty będziesz moim. Chciałbym, żeby to wreszcie dotarło do tej twojej tępej głowy. I kocham cię. — Zagapił się na nią. Przynajmniej już się nie uśmiechał. Ale nie powiedział nic. Tylko patrzył. Odsunęła dłoń. — Cóż więc Nie masz zamiaru nic powiedzieć?
— Kiedy od tak dawna zależy ci, by usłyszeć jakieś słowazaczął powoli, a potem nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, się dzieje tak, jakby piorun uderzył i deszcz spadł równocześnie na wyschniętą ziemię. Jesteś ogłuszony, ale nie potrafisz uwierzyć w to, co słyszysz.
— Kocham cię, kocham cię, kocham cię — powtarzała, uśmiechając się do niego. — No i co?
Zamiast odpowiedzi porwał ją w ramiona i pocałował. Było to równie piękne jak we śnie. Piękniejsze. To było... Kiedy w końcu postawił ją z powrotem na podłodze, przywarła do jego piersi, czując, że z jej kolanami dzieje się coś dziwnego.
— Moja pani z Aielów, Egwene Aes Sedai — powiedział — kocham cię i nie mogę się doczekać, kiedy nałożysz na mnie to zobowiązanie. — Po chwili dodał cieplejszym tonem: — Kocham cię, Egwene al’Vere. Powiedziałaś, że chcesz, bym oddał ci przysługę. Jaką? Czego sobie życzysz? Naszyjnika z księżycem? W ciągu godziny zapędzę złotników do pracy. Gwiazd, byś mogła wplatać je we włosy? Sprawię...
— Nie mów Coiren i pozostałym, że jestem tutaj. W ogóle nie wspominaj o mnie w ich obecności.
Spodziewała się przynajmniej śladu wahania, ale on zwyczajnie oznajmił:
— Ode mnie niczego się na twój temat nie dowiedzą. Ani też od nikogo innego, jeśli będę w stanie temu zapobiec. — Przerwał na chwilę, potem ujął ją za ramiona. — Egwene, nie będę pytał, dlaczego tutaj jesteś. Nie, nie przerywaj, tylko posłuchaj. Wiem, że Siuan wciągnęła cię podstępem w swoje knowania, rozumiem też, że poczuwasz się do lojalności względem człowieka ze swojej wioski. To nie ma znaczenia. Powinnaś być w Białej Wieży i powinnaś się uczyć; pamiętam przecież, jak wszystkie mówiły, że pewnego dnia staniesz się potężną Aes Sedai. Czy masz jakiś plan, który pozwoliłby ci wrócić, unikając jednocześnie... kary? — W całkowitym milczeniu pokręciła głową, on zaś, jakby nie mógł się powstrzymać, ciągnął dalej: — Może uda mi się coś wymyślić, jeśli tobie nic wcześniej nie przyjdzie do głowy. Wiem, że nie miałaś innego wyboru, jak być posłuszna Siuan, wątpię wszakże, by dla Elaidy znaczyło to cokolwiek. Za wspomnienie choćby imienia Siuan w jej obecności można zapłacić głową. Pewnego dnia jednak znajdę jakiś sposób. Przysięgam. Ale obiecaj mi, że póki to nie nastąpi, ty nie... nie zrobisz nic głupiego. — Na moment zacisnął dłonie, mocno, niemalże aż do bólu. — Obiecaj mi, że będziesz ostrożna.