Выбрать главу

Tłumy na ulicach Nowego Miasta rozstępowały się przed oddziałem złożonym z ponad czterdziestu Aielów, garstka spośród zgromadzonych rozpoznała również Smoka Odrodzonego. Być może było ich nawet więcej, ale kiedy przejeżdżał obok nich, usłyszał tylko kilka pojedyńczych wiwatów.

— Niech Światłość oświeca Smoka Odrodzonego!

— Łaska Światłości dla Smoka Odrodzonego!

— Smok Odrodzony, Król Andoru!

To ostatnie pozdrowienie gniewało go za każdym razem, kiedy je słyszał, a zdarzało się to już niejednokrotnie. Musiał znaleźć Elayne. Niemalże słyszał zgrzytanie własnych zębów. Nie potrafił się zmusić, by spojrzeć na ludzi na ulicy — pragnął smagnąć ich Mocą, tak by padli na kolana, wrzasnąć choćby, że to Elayne jest ich królową. Próbując nie słuchać okrzyków, wbił wzrok w niebo, a potem omiótł spojrzeniem dachy, wszystko, byle tylko nie widzieć tych ludzi. I właśnie dlatego udało mu się dojrzeć mężczyznę w białym płaszczu, który wyprostował się nagle na jednym z dachów i uniósł kuszę.

Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Rand ujął saidina, przeniósł go już w momencie, gdy bełt leciał w jego stronę... i wtedy grot uderzył w Powietrze, które srebrno-błękitnym masywem zawisło ponad ulicą, wydając szczęk, jakby metal trał w metal. Kula ognia wyskoczyła z dłoni Randa, trafiła kusznika w pierś, wszystko w tej samej chwili, gdy bełt z brzękiem odskakiwał od tarczy utkanej z Powietrza. Płomienie ogarnęły tamtego, który wrzeszcząc spadł z dachu. A ktoś tymczasem skoczył na Randa strącając go z siodła.

Twardo uderzył o kamienie bruku, przygnieciony dodatkowym ciężarem, zabrakło mu oddechu, stracił panowanie nad saidinem. Usiłując zaczerpnąć powietrza, walczył z przygniatającym go ciężarem, wreszcie zrzucił go z siebie... i okazało się, że trzyma za ręce Desorę. Uśmiechnęła się do niego pięknie, potem jej głowa opadła na bok. Jej błękitne oczy znieruchomiały i zachodziły mgłą. Bełt kuszy sterczący spomiędzy jej żeber uciskał jego nadgarstek. Dlaczego zawsze skrywała taki piękny uśmiech?

Pochwyciły go liczne dłonie, pomogły mu powstać; Panny i Górscy Tancerze popchnęli go na skraj ulicy, prawie pod same drzwi sklepu ślusarza, tworząc ścisły krąg zasłoniętych twarzy, łuki z rogu w dłoniach, oczy bacznie przepatrywały ulicę i dachy domów. Wszędzie słychać było wrzaski i lamenty, ale na przestrzeni co najmniej pięćdziesięciu kroków w każdą stronę ulica była opustoszała, a dalej kłębiła się zbita masa ludzi próbujących uciec z miejsca zamachu. Tylko zwłoki zostały. Desora oraz sześć pozostałych, z których trzy należały do Aielów. Jeszcze jedna Panna, pomyślał. Trudno było to stwierdzić z tej odległości. gdy ciała leżały bezwładnie niczym kupka łachmanów.

Rand poruszył się, a otaczający go Aielowie przylgnęli doń jeszcze ściślej; lita ściana utworzona z ciał.

— Te miejsca są niczym królicze nory — oznajmiła Nandera tonem stosownym dla zwykłej pogawędki, nie przerywając ani na chwilę bacznej obserwacji otoczenia. — Jeżeli w takim miejscu włączysz się do tańca, możesz otrzymać cios sztyletem w plecy, zanim się w ogóle zorientujesz, że coś ci grozi.

Caldin pokiwał głową.

— Przypomina mi to czasy, kiedy byłem przy Ściętym Cedrze... W każdym razie mamy jeńca. — Kilku jego Hama N’dore wyszło z gospody po przeciwnej stronie ulicy, popychając przed sobą człowieka, którego ręce, zostały dokładnie związane za plecami. Przez cały czas szarpał się w więzach, póki nie zmusili go, by ukląkł na bruku i nie przyłożyli mu ostrza włóczni do gardła. — Być może on nam powie, z czyjego działali rozkazu. — Caldin mówił to takim tonem, jakby nie miał w tej kwestii najmniejszych wątpliwości.

Chwilę później z następnego budynku wyłoniły się Panny, które prowadziły jeszcze jednego związanego jeńca; utykał, a jego twarz spływała krwią. Po chwili czterej mężczyźni klęczeli na ulicy pod czujną strażą Aielów. Na koniec wreszcie otaczające Randa półkole rozluźniło się nieco.

Wszyscy jeńcy byli mężczyznami o twardych twarzach, chociaż ten zlany krwią chwiał się i przewracał oczyma, kiedy patrzył na Aielów. Na obliczach dwóch pozostałych zastygł grymas ponurego wyzwania, trzeci szczerzył zęby.

Dłonie Randa drżały.

— Jesteście pewni, że oni w tym uczestniczyli? — Sam nie potrafił uwierzyć, jak miękko zabrzmiał jego głos, jak spokojnie. Ogień stosu rozwiązałby wszystkie problemy.

„Tylko nie ogień stosu — wydyszał Lews Therin. — Nigdy więcej”.

— Naprawdę jesteście pewni?

— Brali w tym udział — odpowiedziała jedna z Panien; za zasłoną nie potrafił rozpoznać twarzy. — Wszyscy ci, których zabiłyśmy, nosili coś takiego. — Szarpnięciem zdarła płaszcz ze związanych ramion krwawiącego mężczyzny. Znoszony biały kaftan, brudny i rdzawy od krwi, ze złotym słońcem wyhaftowanym na piersi. Pozostali trzej ubrani byli identycznie.

— Ci mieli wszystko obserwować — dodał barczysty Górski Tancerz — i donieść, czy atak zakończył się powodzeniem. — Jego śmiech przypominał warczenie psa. — Ktokolwiek ich wysłał, nie miał pojęcia, jak źle się wszystko skończy.

— Żaden z tych mężczyzn nie strzelał z kuszy? — zapytał Rand. Ogień stosu.

„Nie” — wrzasnął z oddali Lews Therin.

Aielowie wymienili spojrzenia, pokręcili owiniętymi w shoufy głowami.

— Powiesić ich — rozkazał Rand. Mężczyzna o zakrwawionej twarzy omal nie zemdlał. Rand otoczył go strumieniami Powietrza, postawił na nogi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że obejmuje saidina. Radością napełniała go walka o przetrwanie w rwącym strumieniu, chętnie nawet powitał skazę, brukającą jego kości niczym żrąca galareta. Sprawiała, że w mniejszym stopniu świadomy był rzeczy, o których wolał nie myśleć, uczuć, jakich chętnie by się pozbył. — Jak się nazywasz?

— F-faral, m-mój panie. D-dimir Faral. — Kiedy patrzył na Randa przez maskę zalewającej mu twarz krwi, oczy omalże nie wychodziły mu z orbit. — P-proszę nie w-wieszaj mnie, m-mój panie. I-idę ścieżką Światłości, p-przysięgam!

— Jesteś naprawdę szczęśliwym człowiekiem, Dimirze Faralu. — Własny głos brzmiał mu w uszach tak odlegle, jak wrzaski Lewsa Therina. — Będziesz patrzył, jak zawisną twoi przyjaciele. — Faral zaczął łkać. — Potem dostaniesz konia i zawieziesz Pedronowi Niallowi wiadomość, że pewnego dnia jego również powieszę za to, co się tutaj wydarzyło. — Kiedy rozluźnił sploty Powietrza, Faral osunął się zupełnie bezwładnie na ziemię, wiedząc, że pojedzie do Amadoru, nie zatrzymując się nawet na chwilę po drodze. Trzej mężczyźni, którzy mieli umrzeć, patrzyli z pogardą na szlochającego człowieczka. Jeden z nich splunął na niego.

Rand szybko wygnał ich ze swych myśli. Niall był jedynym, o którym należało pamiętać. Było coś jeszcze, co powinien zrobić. Odepchnął od siebie saidina, przeszedłszy wpierw całą udrękę wyrywania się mu bez jednoczesnej zatraty, wysiłek nakłonienia samego siebie do wypuszczenia go. Ze względu na to, co musiał zrobić, wolał, żeby od własnych emocji nie oddzielała go żadna bariera.

Któraś z Panien ułożyła prosto ciało Desory, ale nie uniosła jeszcze zasłony. Wyciągnęła już dłoń, aby powstrzymać go przed dotknięciem kawałka czarnej algode, potem zawahała się, spojrzała mu w twarz i z powrotem przysiadła na piętach.

Unosząc zasłonę, próbował jednocześnie przypomnieć sobie twarz Desory. Teraz wyglądała jak pogrążona we śnie. Desora, ze szczepu Musara z Reyn Aiel. Tak wiele tych imion. Liah z Cosaida Chareen i Dailin z Żelaznych Gór Taardad, i Lamelle z Dymnych Wód Miagoma, i... Tak wiele. Czasami powtarzał sobie w głowie tę listę, imię po imieniu. Ale było też jeszcze jedno imię, imię, którego nigdy nie wymieniał. Ilyena Therin Moerelle. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Lewsowi Therinowi udało się wedrzeć do tego zakątka jego umysłu, ale i tak już nie wymazałby tamtego imienia, nawet gdyby wiedział, jak to zrobić.