Выбрать главу

Uśmiech na twarzy Estair był ledwie widoczny, a jej wyraz twarzy zdradzał niejakie oburzenie. Szczupła, młoda kobieta z poważnymi, szarymi oczyma zawsze zachowywała się w taki sposób, jakby Mądre ją właśnie obserwowały. Egwene nigdy nie przestawało zdumiewać, że Sorilea mogła mieć tak roześmianą uczennicę, podczas gdy Aeron, zawsze miła i pogodna, która nigdy nikomu nie dokuczała, miała taką, która zdawała się wręcz poszukiwać kolejnych reguł, którym należało się podporządkować.

— Ja sądzę, że to chodzi o Car’a’carna — oznajmiła Estair najbardziej ponurym z tonów.

— Dlaczego tak myślisz? — zapytała nieobecnym głosem Egwene. Nie widziała innego wyjścia, jak całkowicie zrezygnować z wypraw do miasta. Wyjąwszy spotkania z Gawynem, oczywiście; niezależnie od tego, ile ją kosztowało przyznanie się przed sobą, że nie odwoła spotkań z nim dla przyczyny mniej istotnej niźli Nesune oczekująca w „Długim człowieku”. Oznaczało to jednak powrót do praktyki spacerów wokół murów miasta, w chmurach kurzu. Ten ranek stanowił wyjątek, nie miała jednak najmniejszego zamiaru dawać Mądrym powodów dla dalszego odmawiania jej wstępu do Tel’aran’rhiod. Dzisiejszej nocy same jeszcze spotkają się z Aes Sedai z Salidaru, jednak za siedem nocy ona będzie już wśród nich. — O co tym razem chodzi?

— Nie słyszałaś? — wykrzyknęła Surandha.

Za dwa, trzy dni będzie mogła spotkać się już z Nynaeve i Elayne albo przynajmniej nawiedzać je w ich snach. Spróbować z nimi porozmawiać w każdym razie; nigdy nie można było mieć absolutnej pewności, że osoba, z którą się w ten sposób nawiązywało kontakt, nie uzna tego wyłącznie za zwykły sen. Chyba, że wcześniej nawykła do komunikowania się taką drogą, co jednak z pewnością nie odnosiło się do Nynaeve i Elayne. Jak dotąd zdarzyło im się to przecież tylko raz. W każdym razie na myśl, że w ogóle miałaby starać się je znaleźć, poczuła niepokój. Jak przez mgłę przypomniała sobie dręczący ją koszmar: za każdym razem, gdy któraś z tamtych wypowiadała słowo, wszystkie się potykały i przewracały, upuszczały filiżankę bądź talerz, czy też kopnięciem potrącały wazon; za każdym razem było to coś, co roztrzaskiwało się od uderzenia o ziemię. Od czasu gdy poprawnie udało jej się zinterpretować sen o Gawynie, zostającym jej Strażnikiem, próbowała tego również w przypadku innych snów. Jak dotąd te usiłowania nie zaowocowały powodzeniem, z pewnością jednak tamten koszmar musiał mieć określone znaczenie. Być może zrobi lepiej, jeśli po prostu zaczeka do następnego spotkania i zapyta je wprost. A poza tym zawsze jeszcze istniała możliwość, że wpadnie ponownie do snu Gawyna, że zostanie przezeń pochwycona. Na samą myśl pokraśniały jej policzki.

— Car’a’carn wrócił — wyjaśniła Estair. — Ma się spotkać z twoimi siostrami dziś po południu.

Wszystkie myśli na temat Gawyna i jego snów pierzchły, Egwene zmarszczyła czoło i wbiła wzrok w filiżankę. To już drugi raz w ciągu dziesięciu dni. Tak szybki powrót był czymś niezwykłym w jego przypadku. Dlaczego teraz to zrobił? Czy w jakiś sposób dowiedział się o tych Aes Sedai z Wieży? W jaki? I tak, jak to się zwykłe działo, kiedy o tym myślała, same jego Podróże budziły w jej umyśle mnóstwo kolejnych pytań. W jakiż sposób on potrafił tego dokonać?

— W jaki sposób czego potrafił dokonać? — zapytała Estair, zaś Egwene aż zamrugała, zaskoczona tym, że znowu myślała na głos.

— W jaki sposób dało mu się tak łatwo spowodować, że ściskało mnie w żołądku?

Surandha pokręciła głową ze współczuciem, ale ona również się uśmiechnęła.

— On jest mężczyzną, Egwene.

— On jest Car’a’carnem — dodała Estair, z naciskiem wymawiając ostatnie słowo, a w jej głosie było coś więcej niż tylko szczypta szacunku. Egwene nie byłaby tak znowu całkiem zaskoczona, gdyby zobaczyła, że tamta w pewnym momencie sama również zawinie sobie wokół głowy ten idiotyczny kawałek szmatki.

Surandha natychmiast zaczęła kpić z Estair, powątpiewając, czy tamta kiedykolwiek będzie w stanie poradzić sobie z wodzem siedziby, a co dopiero z wodzem szczepu bądź klanu, skoro nie rozumie, że mężczyzna nie przestaje być mężczyzną tylko dlatego, że zostaje przywódcą, natomiast Estair upierała się twardo, że jednak w przypadku Car’a’carna cała sprawa ma się zupełnie inaczej. Jedna ze starszych kobiet, Mera, która przyszła tutaj specjalnie po to, żeby zobaczyć się ze swoją córką, pochyliła się w ich stronę i wyjaśniła, że sposób na poradzenie sobie z dowolnym wodzem — siedziby, szczepu, klanu, czy nawet z samym Car’a’carnem — jest dokładnie taki sam, jak sposób na radzenie sobie z mężem. To z kolei wywołało śmiech Baerin, także przybyłej z wizytą do córki, oraz komentarz z jej ust, że faktycznie jest to najlepszy sposób na to, aby pani dachu złożyła u twoich stóp swój nóż, co w istocie równa się deklaracji waśni. Baerin była Panną, zanim wyszła za mąż, jednak u Aielów każdy mógł zadeklarować swą wrogość względem każdego, wyjątek stanowiły Mądre i kowale. Zanim Mera skończyła mówić, już do sprzeczki dołączyły wszystkie pozostałe, z wyjątkiem gai’shain oczywiście, które rzuciły się na biedną Estair — Car’a’carn to tylko wódz pośród wodzów, co do tego nie ma wątpliwości — kłótnia dotyczyła jednak tego, czy lepiej próbować dać sobie radę z wodzem samodzielnie, czy szukać pośrednictwa jego pani dachu.

Egwene niewiele przykładała do tego wagi. Z pewnością Rand nie zrobi nic głupiego. Wyraził przecież stosowne wątpliwości odnośnie listu Elaidy... niemniej jednak uwierzył w ten, który napisała Alviarin, a który nie tylko był znacznie bardziej serdeczny, lecz wręcz otwarcie służalczy. Sądził, że posiada przyjaciółki, a nawet zwolenniczki w samej Wieży. Ona tak nie sądziła. Była przekonana, że Elaida i Alviarin napisały ten drugi list wspólnie, co do ostatniej litery, wraz z tym idiotycznym sformułowaniem o „klękaniu w jego świetlistości”. I że to wszystko stanowi element spisku, którego celem jest zwabienie go do Wieży.

Spojrzała z żalem na swoje dłonie, westchnęła i odstawiła filiżankę. Gai’shain pochwycił ją, zanim zdążyła cofnąć rękę.

— Muszę już iść — zwróciła się do obu uczennic. — Naprawdę mam jeszcze coś do zrobienia.

Surandha i Estair podniosły wrzawę, że pójdą razem z nią cóż, z pewnością było to szczere; Aielowie nigdy nie składali żadnych propozycji jedynie grzecznościowo — ale wciągnęła je tocząca się dyskusja i nie upierały się, gdy nalegała, żeby zostały. Owinęła ponownie szal wokół głowy i niebawem gwar ich głosów ścichł w oddali — Mera pouczała Estair, tonem pozbawionym śladu wahania, że ostatecznie tamta może sobie zostać Mądrą, póki jednak nie będzie w stanie nauczyć się słuchać kobiety, która zdobyła męża i wychowała trzy córki oraz dwu synów bez żadnej siostry żony do pomocy... — zanurzyła się w unoszony podmuchami wiatru kurz.

W mieście próbowała przekradać się przez zatłoczone ulice w taki sposób, aby to wcale tak nie wyglądało, usiłowała rozglądać się równocześnie we wszystkie strony naraz, sprawiając wrażenie, iż interesuje ją jedynie cel przechadzki. Szanse natknięcia się wprost na Nesune były niewielkie, ale... Przed nią dwie kobiety w skromnych sukniach i sztywno wykrochmalonych fartuchach próbowały właśnie się wyminąć, ale obie zboczyły w tę samą stronę i w efekcie wpadły na siebie. Wymamrotały przeprosiny i znowu próbowały zejść sobie z drogi. I ponownie ruszyły w tę samą stronę. Wygłosiły kolejne przeprosiny, a potem, jak w tańcu, wykonały identyczny manewr. Kiedy Egwene przechodziła obok nich, wciąż daremnie starały się jakoś wyminąć, dokładnie naśladując swoje ruchy. Twarze ich zaczynał już pokrywać rumieniec, przeprosiny zaś mamrotały zaciśnięte ponuro usta. Ten epizod dał jej do myślenia. Światłości, kiedy Rand był w okolicy, wcale nie było takie nieprawdopodobne, że oto zaraz wpadnie na wszystkie sześć Aes Sedai, a równocześnie podmuch wiatru zerwie jej szal z twarzy, zaś troje ludzie naraz wykrzyknie jej imię, dodatkowo tytułując ją Aes Sedai. Kiedy przebywało się w pobliżu Randa, możliwość natknięcia się nawet na samą Elaidę nie była wcale taka mało prawdopodobna.