Pośpieszyła naprzód, z każdym krokiem coraz bardziej obawiając się, że zostanie pochwycona w jedno z tych zawirowań Wzoru, które roztaczał wokół siebie jako ta’veren, z każdą chwilą coraz bardziej przerażona. Na szczęście, widząc rozszerzone oczy i ukrytą pod szalem twarz Aiela — czy ci ludzie mieli choćby blade pojęcie, czym różni się szal od zasłony? — przechodnie schodzili jej z drogi, co pozwalało poruszać się naprzód prawie truchtem. Nie pozwoliła sobie wszak na krótką choćby chwilę odprężenia, póki nie weszła do Pałacu Słońca przez tylne drzwi dla służby.
W wąskim korytarzu zalegał silny zapach gotowanej strawy; gdzie nie spojrzał we wszystkie strony śpieszyli mężczyźni i kobiety w liberiach. Byli tam też tacy, którzy odpoczywali z podwiniętymi rękawami, wachlując się fartuchami; ci patrzyli na nią ze zdziwieniem. Jakby co najmniej od roku nikt prócz służących nie zbliżał się do kuchni. A już z pewnością nie jakiś Aiel. Spoglądali na nią w taki sposób, jakby spodziewali się, że w każdej chwili może wyciągnąć włócznię spod spódnic.
Wycelowała palec w stronę tłustawego, niskiego człowieczka, który właśnie ocierał kark chustką.
— Czy wiesz, gdzie przebywa Rand al’Thor?
Wzdrygnął się, potoczył spojrzeniem po swych towarzyszach, którzy jednak szybko się ulotnili. Zaszurał nogami, najwyraźniej gotów iść w ich ślady.
— Lord Smok, mhm... W swoich komnatach. Tak w każdym razie przypuszczam. — Kłaniając się, próbował umknąć na bok. — Jeśli panienka... hmm... jeśli pani wybaczy, muszę wrócić do moich...
— Zaprowadzisz mnie tam — oznajmiła zdecydowanie. Tym razem nie miała czasu na błąkanie się i szukanie drogi.
Po raz ostatni przewrócił oczami, zerknął na swoich oddalających się przyjaciół, stłumił westchnienie, szybko spojrzał na nią spode łba, czy przypadkiem się nie obraziła, a potem pomknął przywdziać kaftan. Znakomicie orientował się w labiryncie pałacowych korytarzy, śpieszył naprzód i ukłonem wskazywał jej drogę przy kolejnych zakrętach, kiedy jednak po raz ostatni pochylił się uniżenie w kierunku wysokich drzwi z inkrustowanymi wschodzącymi słońcami, których strzegły Panny i jeden mężczyzna Aiel, i kiedy pozwoliła mu już odejść, dostrzegła na jego twarzy przelotny błysk pogardy. Nie potrafiła tego zrozumieć; przecież robił to, za co mu płacono.
Aiel wstał, kiedy podeszła do drzwi. Był wysokim mężczyzną w średnim wieku, z klatką piersiową i ramionami jak u byka oraz zimnymi szarymi oczami; Egwene go nie znała. Najwyraźniej chciał zagrodzić jej drogę. Na szczęście twarz Panny była znajoma.
— Pozwól jej przejść, Maric — powiedziała Somara, uśmiechając się. — To uczennica Amys, Bair i Melaine, jedyna, o ile mi wiadomo, uczennica służąca trzem jednocześnie Mądrym. A jej wygląd wskazuje na to, że kazały jej biegiem zanieść jakieś, nieprzyjemne słowa dla Randa al’Thora.
— Biegiem? — Chichot Marica nie zdołał złagodzić ani jego rysów, ani wyrazu oczu. — Wygląda raczej jakby pełzła. Powrócił do obserwacji korytarza.
Egwene nie musiała pytać, co właściwie miał na myśli. Wyciągnęła swoją chusteczkę z sakwy przy pasie, pośpiesznie otarła twarz; kiedy jesteś brudna, nikt nie potraktuje cię poważnie, a Rand musiał jej wysłuchać.
— W każdym razie są to ważne wieści, Somaro. Mam nadzieję, że jest sam. Aes Sedai jeszcze nie przybyły? — Popatrzyła na zupełnie szarą chusteczkę i z westchnieniem wsunęła ją do sakwy.
Somara pokręciła głową.
— Jeszcze dużo czasu do godziny, na którą zostały umówione. Powiesz mu, żeby był ostrożny? Nie chcę w niczym obrazić twoich sióstr, ale on jest taki nieostrożny i taki uparty.
— Powiem mu. — Egwene nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Słyszała już wcześniej, jak Somara mówi takie rzeczy, z rodzajem przesadnej dumy, jaką odczuwać może matka względem nazbyt żywego dziecka w wieku jakichś dziesięciu lat, słyszała też jak podobnie o Randzie wyrażały się inne Panny. Musiał być to znowu rodzaj Aielowego żartu, a nawet jeśli nie potrafiła go zrozumieć, rada była wszystkiemu, co sprzyjało osłabieniu jego pychy. — Powiem mu także, żeby umył sobie uszy. — Somara przytaknęła, nim się połapała, co właściwie robi. Egwene zrobiła głęboki wdech. — Somara, moje siostry nie mogą się dowiedzieć, że jestem tutaj. — Maric zerknął na nią z ciekawością, w przerwie między przyglądaniem się twarzy każdego ze służących, którzy się kręcili po korytarzu. Musiała być naprawdę ostrożna. — Nie stanowimy jedności, Somara. Tak naprawdę, to można rzec, iż jesteśmy sobie tak dalekie, jak tylko siostry mogą być.
— Najgorsze waśnie przydarzają się między pierwszymi siostrami — stwierdziła Somara, skinąwszy głową. — Wejdź do środka. Ode mnie nie usłyszą twego imienia, a jeśli Maric będzie chlapał ozorem, to zawiążę mu go w supeł. — Maric, któremu sięgała tylko do piersi i który ważył przynajmniej dwa razy więcej, uśmiechnął się tylko nieznacznie i nawet na nią nie spojrzał.
Zwyczaj Panien, które pozwalały jej wchodzić do komnat Randa bez wcześniejszego anonsu, niejednokrotnie już w przeszłości doprowadził do kłopotliwych sytuacji, tym razem jednak Rand nie siedział w wannie. Komnaty, które zajmował, musiały uprzednio należeć do króla, zaś przedpokój stanowił miniaturę sali tronowej. Faliste promienie złotych słońc, długie na całą piędź lśniły w wypolerowanej, kamiennej posadzce i stanowiły jedyne miękkie linie w zasięgu wzroku. Wysokie lustra w surowych, złotych ramach wisiały na ścianach pod szerokimi, prostymi pasami złoceń, zaś wystający gzyms wykonano ze złotych trójkątów zachodzących na siebie niczym łuski. Bogato złocone fotele stojące po obu stronach wschodzącego słońca stały względem siebie idealnie równolegle, tak prosto, jak proste były ich wysokie oparcia. Rand zaś siedział w dwakroć bardziej okazałym fotelu, o dwukrotnie wyższym oparciu, stojącym na niewielkim podwyższeniu, które również było pokryte złotem. Ubrany w czerwony, jedwabny, haftowany kaftan, w zagięciu łokcia trzymał seanchańską włócznię; na jego twarzy zastygł ponury grymas. Wyglądał jak król, i to taki, który właśnie ma wydać na kogoś wyrok śmierci.
Wsparła dłonie na biodrach.
— Somara mówi, że masz natychmiast umyć uszy, młody człowieku — powiedziała, a on poderwał się z miejsca.
Zaskoczenie i gniew na jego twarzy ukazały się tylko przez króciutki moment. Uśmiechnął się i zszedł z podwyższenia, wsparłszy kikut włóczni o siedzisko fotela.
— A cóż ty, na Światłość, wyprawiałaś z sobą? — Przeszedł przez całą długość komnaty, ujął ją za ramiona i odwrócił jej twarz do najbliższego z luster.
Wbrew samej sobie aż zamrugała oczami. Naprawdę wyglądała dość osobliwie. Kurz, który przeniknął przez jej szal — nie, teraz to była już glina, odkąd kurz wymieszał się z potem układał się na policzkach w smugi, zaś na czole, gdzie próbowała go zetrzeć, w koliste kręgi.