— Powiem Somarze, żeby posłała po wodę — oznajmił wesoło. — Być może uzna, że to do moich uszu. — Ten uśmiech na jego twarzy był doprawdy nieznośny!
— Nie ma potrzeby — odrzekła z taką godnością, na jaką tylko było ją stać. Nie miała zamiaru pozwolić, by stał tak tutaj i patrzył, jak ona się myje. Wyciągnęła już i tak szarą chusteczkę, zaczęła czyścić najgorsze plamy. — Wkrótce masz się spotkać z Coiren i pozostałymi. Nie muszę cię chyba ostrzegać, że są niebezpieczne, nieprawdaż?
— Sądzę, że właśnie to zrobiłaś. Nie ze wszystkimi mam się spotkać. Powiedziałem im, że przyjmę tylko trzech, a więc tyle też wysyłają. — Obserwując jego postać w lustrze, zauważyła, że przekrzywił głowę, jakby czegoś słuchał, a potem skinął i zniżył głos do szeptu. — Tak, jestem w stanie poradzić sobie z trzema, jeżeli nie będą zbyt silne. — Nagle zauważył jej spojrzenie. Oczywiście, gdyby jedną z nich była Moghedien w peruce albo Semirhage, wówczas mógłbym mieć kłopoty.
— Rand, nie wolno ci tego bagatelizować. — Chusteczka nie na wiele się przydała. Splunęła na nią z najwyższą niechęcią; nie istniał żaden w miarę godny sposób splunięcia na chusteczkę. Ja wiem, jaki jesteś silny, jednak to są Aes Sedai. Nie możesz traktować ich tak, jakby to były jakieś wieśniaczki. Nawet jeśli sądzisz, że Alviarin naprawdę uklęknie u twych stóp, a wszystkie jej przyjaciółki razem z nią, to te, z którymi masz się spotkać, zostały wysłane przez Elaidę. Nie możesz podejrzewać jej o nic innego, jak tylko o to, że będzie próbowała wziąć cię na smycz. Wniosek z tego jest prosty: powinieneś je odesłać.
— I zaufać twoim ukrywającym się przyjaciółkom? — zapytał cicho. O wiele za cicho.
Z twarzą nic się nie dawało zrobić; powinna była pozwolić mu posłać po wodę. Teraz jednak nie mogła o to poprosić, skoro wcześniej odmówiła.
— Wiesz, że nie możesz ufać Elaidzie — powiedziała ostrożnie, zwracając się do niego. Pamiętając o tym, co zdarzyło się ostatnim razem, nie chciała nawet wspominać o Aes Sedai przebywających w Salidarze. — Wiesz o tym.
— Nie ufam żadnej Aes Sedai. One... — w jego głosie zabrzmiało wahanie, jakby już chciał wypowiedzieć jakieś inne słowo, a potem nagle zrezygnował, chociaż nie potrafiła sobie wyobrazić, co to mogło być. — Będą próbowały mnie wykorzystać, ale to ja wykorzystam je. Piękne koło, nie sądzisz? — Jeżeli nawet kiedykolwiek rozważała możliwość zdradzenia mu, gdzie przebywają Aes Sedai z Salidaru, wyraz jego oczu rozwiał w niej wszelkie wątpliwości; był taki twardy, taki zimny, że aż cała zadrżała w środku.
Być może, jeśli dostatecznie się rozzłości, jeżeli wystarczająco często ścierać się będzie z Coiren, poselstwo powróci do Wieży z pustymi rękami, wioząc ze sobą tylko to, co stamtąd zabrało...
— Jeżeli uważasz, że tak jest ładnie, to zapewne masz rację; ty jesteś Smokiem Odrodzonym. Cóż, ponieważ zamierzasz przejść przez to wszystko, od początku do końca, równie dobrze możesz postąpić wedle swego mniemania. Pamiętaj tylko, że one są Aes Sedai. Nawet król słucha Aes Sedai z szacunkiem, nawet jeśli nie zgadza się z nimi, i wyprawia się do Tar Valon tego samego dnia, kiedy go wzywają. Nawet taireniańscy Wysocy Lordowie postąpiliby tak, nawet Pedron Niall. — Ten głupi mężczyzna znowu się do niej uśmiechnął, czy raczej wykrzywił usta w czymś na kształt uśmiechu, ale reszta jego twarzy pozostała niewzruszona niczym skała w nurcie rzeki. — Mam nadzieję, że słuchasz tego, co mówię. Próbuję ci pomóc. — Tylko, że nie w taki sposób, jak on sobie wyobrażał. — Jeżeli zamierzasz je wykorzystać, to nie możesz sprawić, by jeżyły się niczym rozzłoszczone kotki. Smok Odrodzony nie wywrze na nich większego wrażenia niźli na mnie, z tymi twoimi świetnymi kaftanami, tronami i głupim berłem. — Obrzuciła ponurym spojrzeniem włócznię opartą o krzesło; Światłości, na widok tego przedmiotu ciarki jej chodziły po skórze! — Na pewno nie padną przed tobą na kolana, a ty nie umrzesz, gdy to nie nastąpi. Nie umrzesz również, kiedy będziesz musiał okazać im odrobinę grzeczności. Zegnij swój uparty kark. Nie ma nic upadlającego w okazaniu stosownego szacunku, odrobiny pokory.
— Stosowny szacunek — powtórzył z namysłem. Westchnął i ponuro pokręcił głową, potem przeczesał dłonią włosy. — Przypuszczam, że nie mogę mówić do Aes Sedai w taki sam sposób, w jaki zwracam się do wszystkich tych lordów, którzy knują za moimi plecami. To dobra rada, Egwene. Spróbuję. Będę pokorny jak baranek.
Starając się nie zdradzać nadmiernego pośpiechu, znowu potarła twarz chusteczką, tym razem żeby zamaskować zdumienie. Naprawdę nie była pewna, czy nie wybałuszyła oczu, słysząc jego słowa uznała jednak, że jest to bardzo prawdopodobne. Przez całe swe życie, kiedy upierała się, że droga w prawo wiedzie do celu, on zadzierał podbródek i nalegał, by udać się w lewo! Dlaczego teraz miałby jej posłuchać?
Ale czy z tego wyniknie coś dobrego? Z pewnością nic mu się nie stanie, jeśli okaże odrobinę szacunku. Nawet jeśli tamte były zwolenniczkami Elaidy, sama myśl, że ktoś mógłby obrazić Aes Sedai, budziła w niej zdenerwowanie. Tylko, że tak naprawdę to chciała, żeby okazał się wobec nich impertynencki, żeby był tak arogancki, jak tylko potrafi. Nie było jednak najmniejszego sensu próbować teraz wszystkiego odwracać, już za późno; nie był przecież upośledzony na umyśle. Tyle, że. nieco przesadził.
— Czy to wszystko, z czym do mnie przyszłaś?
Nie mogła jeszcze odejść. Być może istniała szansa, że sprawy ułożą się po jej myśli, albo przynajmniej, że ten wełnianogłowy idiota nie okaże się na tyle głupi, aby pojechać z nimi do Tar Valon.
— Czy wiesz, że Mistrzyni Żeglugi Ludu Morza czeka na statku na rzece? Statek nazywa się „Biała Piana”. — Była to równie dobra zmiana tematu jak każda inna. — Przybyła, aby się z tobą zobaczyć, słyszałam też, że powoli już się niecierpliwi. Tę wiadomość uzyskała od Gawyna. Erian osobiście udała się na nabrzeże, żeby się dowiedzieć, co robi statek Ludu Morza tak daleko w głębi lądu, ale odmówiono jej pozwolenia wejścia na pokład. Wróciła w nastroju, który można by nazwać skrajną wściekłością u każdej kobiety, która nie byłaby Aes Sedai. Egwene miała swoje podejrzenia, odnośnie celu wizyty A’than Miere, nie zamierzała jednak dzielić się nimi z Randem; niech choć raz spotka się z kimś, nie oczekując z góry, że tamten ugnie przed nim kolana.
— Atha’an Miere są wszędzie, jak się zdaje. — Rand usiadł na jednym z krzeseł; z jakiegoś powodu wydawał się rozbawiony, ale mogłaby przysiąc, że nie ma to nic wspólnego z Ludem Morza. — Berelain twierdzi, że powinienem się spotkać z tą Harine din Togara Dwa Wiatry, ale jeżeli ona ma taki charakter, jak donoszą raporty Berelain, to może sobie jeszcze poczekać. W obecnej chwili mam w swoim otoczeniu dosyć wściekłych na mnie kobiet.
W tym momencie mogła już właściwie powiedzieć to, co zamierzała, ale jeszcze nie do końca.
— Nie potrafię zrozumieć, dlaczego. Ty zawsze potrafiłeś zachowywać się w taki sposób, żeby zapewnić sobie przewagę. Pragnęła cofnąć te słowa już w momencie gdy je wypowiedziała; popychały go jedynie w kierunku, w którym nie chciała, aby podążył.
Zmarszczył czoło, zdawał się w ogóle nie słuchać.
— Egwene, wiem, że nie lubisz Berelain, ale nie posunęłaś się w tej sprawie poza samą tylko niechęć, czy tak? Chodzi mi o to, że tak znakomicie wywiązujesz się ze swej roli Aiela, iż potrafiłbym sobie niemalże wyobrazić, jak proponujesz jej taniec włóczni. Ona martwi się czymś, jest niespokojna, ale nie chce powiedzieć o co chodzi.